Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Leopold Kapuściński, POCZĄTEK WOJNY W ZBOISKACH

Dotarło do nas wspomnienie starszego dziś człowieka o korzeniach wschodniomałopolskich – stanisławowskich (rok urodzenia prawdopodobnie 1930), który początek wojny przeżył w podlwowskich Zboiskach. Tekst jest dość długi (9 stron gęstego maszynopisu) i barwny, ale tylko strona pierwsza dotyczy przeżyć lwowskich autora. Ten więc fragment przedstawiamy.
 
 
Rok 1939. Mieszkamy we Lwowie, w Nowych Zboiskach. Niemcy okrążyli Lwów, znad Pełtwi idą rowami polscy żołnierze z bagnetami na karabinach. Ojciec mówi: – Idą na bagnety! i rzeczywiście odrzucają Niemców aż za Brzuchowice. Po którejś nocy Ojciec mówi do Matki: – Słyszałaś, w nocy byli Niemcy pod domem. Gdybym miał broń, zlikwidowałbym ich. Matka: – Nie mieszaj się do wojny. Polacy znowuż idą na bagnety. Ojca nie ma od dwu dni w domu. Pytamy się Matki z bratem: – Mamo, gdzie jest Tato? Matka się rozpłakała i mówi płacząc: – Nie będziecie mieli Taty, poszukał sobie kolegów i gonią po Zboiskach z karabinem maszynowym. Cywile już bronią Lwowa, droga na Żółkiew odcięta, tam są Niemcy. Aż tu nagle tą drogą jadą czołgi głodnej armii. Paru polskich żołnierzy broniących mostu na Pełtwi podejmuje walkę, z karabinami idą na czołgi. Zostają wymordowani przez głodną armię. Krasnoarmiejcy wyciągają kostki dynamitu spod zaminowanego mostu, oglądamy to dzieło z chłopakami. Po dwóch tygodniach ojciec wraca. Zaczyna się zima, coraz większy głód, my z chłopakami śpiewamy Ruskim:
Try tankisty nemały szo jisty –
Dawaj maszynu, budim pożyrat.
Zaczynają się aresztowania, tj. nad ranem walenie kolbami do drzwi. – Adiewajsia, bystrej, bystrej! i tak ładują ludzi do świńskich wagonów, i na Sybir. Chodzimy z chłopcami niedoszłym sybirakom podawać papierosy na Zniesieniu, sołdaty nas przeganiają – Utikajte bacany, strelat budu – i repetują karabiny, to uciekamy.
Nauczyłem się już milczeć, nikt się ode mnie nie dowie, że jestem synem legionisty i czekam już na swoją kolej. Wstaję do dnia i szybko się ubieram, a ubierając się myślę – jak mam już pończochę włożoną – że jakby teraz po mnie przyszli, to już będzie mi cieplej, a kiedy już jestem całkiem ubrany, to już jestem szczęśliwy. Jeszcze ciemno, wychodzę na szosę żółkiewską mleko kupić od chłopów. Towarzysze wmawiają nam, że nas wyzwolili z niewoli od panów. A tak naprawdę, to ja zawsze myślałem, że to Hitler wyzwolił nas od oswobodzicieli, bo inaczej to my wszyscy pojechalibyśmy na białe niedźwiedzie.
    
*   *   *

Ponowne oswobodzenie tym razem w Samborze. Pojechałem w ostatniej chwili do Sambora, do Ojca. Ojciec pracował tam przy naprawie mostków kolejowych, był dobrym murarzem, a Niemcy fachowość i pracowitość cenili.
Idziemy pieszo do Lwowa. Ojciec nie da usiąść w rowie ani zejść z drogi, mówi, że tam mogą być miny. We Lwowie pojawiają się pierwsi żołnierze polscy. Jest pobór do polskiej armii. Mężczyźni idą na ochotnika i z poboru. Ja namawiam Ojca, żeby poszedł do wojska na ochotnika, zemścić się za aresztowaną Matkę na Niemcach.
Ja zostaję sam we Lwowie, ma się mną opiekować były sąsiad. Ma mi być dobrze w młynie, od razu zaganiają mnie do roboty. Wstaję o świcie, a spać idę późną nocą, bo pędzę bimber. W dzień pasę krowy, świniom daję jeść, a tymczasem we Lwowie mówią, że zostaniemy przyłączeni do Rosji. Wszyscy czekamy na Poczdam, tym razem jesteśmy wyzwoleni z pół Polski, rozpacz we Lwowie. Ja tymczasem dostaję list od Ojca, znajoma też od męża – są w jednej jednostce we Włodawie nad Bugiem. Znajomi mi mówią – dostałeś list, wiesz gdzie jest ojciec, to szybko wyrabiaj kartę emigracyjną i wyjeżdżaj do Ojca, bo jak Ruski zwęszą, że jesteś sam, to cię wywiozą w głąb Rosji. Szybko wyrobiłem kartę emigracyjną i pojechałem do Włodawy.
Przepraszam, nie Poczdam, a Jałtę ogłoszono. Naprzód trzeba było usunąć generała Sikorskiego, żeby można było lepiej sprzedać Polaków w jasyr sowiecki.
   
*   *   *

Nie odnalazłszy ojca we Włodawie, autor pozostaje w armii gen. Berlinga jako „syn pułku” (swemu wspomnieniu autor nadał tytuł „Jak zostałem synem pułku”). Uczy się w szkole samochodowej w koszarach i – obserwuje. Szczególną sympatią darzy generała Berlinga. Oto jeszcze jeden fragment:

Wybucha powstanie warszawskie, my o tym wiemy, ale z dowództwa nikt nas nie informuje. Gen. Berling daje rozkaz forsowania Wisły. Poszły nasze bataliony i sforsowały Wisłę bez większego oporu. Na godz. 12 w nocy Ruscy zwołują naradę wojenną. Pułkownicy radzą gen. Berlingowi, żeby nie szedł na tę naradę, a jak chce iść, to niech idzie w silnej obstawie wojska polskiego. Gen. Berling nie posłuchał tych rad i poszedł sam – i więcej nie wrócił.
Na rano jest nowo mianowany naczelny dowódca Wojska Polskiego gen. Rola-Żymierski. Wydaje rozkaz wycofania Wojska Polskiego zza Wisły. Nie wszyscy zdążyli się wycofać. W koszarach po ogłoszeniu o mianowaniu d-cy nie zapanowała radość, a żałoba wśród żołnierzy. Pozostawało tylko pytanie, co się stało z gen. Berlingiem (gdzie on jest)?
Tymczasem powstanie upadło, Warszawa została zrównana z ziemią na oczach sojuszników. Niemców nad Wisłą nie było, teraz zajmują pozycję i umacniają się. Po pewnym czasie krąży pogłoska po koszarach, że Ruscy powiedzieli – No, Polaczki chatieli samy dobywat Warszawu, to dobywajty. Poszli Polacy, krew popłynęła Wisłą – nie sforsowali. Ruscy mieli powiedzieć: – No, Polaczki sami Warszawu ne możete dobuty, my wam pomożemy jak Wisła staniet.
W koszarach upływa dzień jak co dzień, na temat Berlinga nie wolno mówić. Mimo braku kapelanów wojskowych przy capstrzyku modlimy się i śpiewamy rotę.

*   *   *

Po zakończeniu wojny Kapuściński pozostaje na kilka lat w wojsku jako plutonowy. Po wyjściu z wojska osiada w Krakowie, pracuje jako kelner, aż do emerytury. Oto zakończenie jego tekstu wspomnieniowego:

Ja dzisiaj, mając 64 lata [tekst nosi datę 1994] jestem szczęśliwy. Jestem na emeryturze, prowadzę własny interes i jeszcze pracuję na półtora etatu. Zadowolony jestem z siebie, że nigdy nie zgodziłem się na pozostanie w wojsku i na żadne szkoły wojenne. Bo z miłości do Związku Radzieckiego, bez zastanowienia się – gdybym miał taką okazję jak pułkownik Kukliński – mógłbym jeszcze gorzej zrobić: zdradziłbym komunę, a odpowiadałbym za zdradę Ojczyzny. A tak jest mi dobrze i można powiedzieć, że bardzo dobrze. Powszechnie jestem szanowany, lubiany, nie mam żadnych wrogów, a samych przyjaciół. Tęsknię tylko do korzeni i przez to prawie co roku jeżdżę [...] na urlop [w rodzinne strony].