Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Zofia Lewartowska, POLSKIEGO PRZESIEDLENIA – HISTORIA NIEZNANA

Przedstawiamy tekst ciekawy, choć miejscami kontrowersyjny. Został napisany przed kilkudziesięciu laty i podobno opublikowany w „Przeglądzie Tygodniowym” (jeszcze tego nie sprawdziliśmy, korzystamy ze starego maszynopisu). Autorka nie żyje od wielu lat. Jej notkę biograficzną zamieścimy w CL 4/01.
 
Wiadomości o konferencji jałtańskiej, która toczyła się w pierwszych dniach lutego 1945 r., dotarły bardzo szybko do Polaków, niezależnie od miejsca ich zamieszkania. Oczywiście bez szczegółów, jedynie w informacyjnym skrócie, głównie radiowym. Ogólny zarys reakcji był jednoznacznie optymistyczny. Nad wszystkim górowało potwierdzenie niezachwianej wiary, że sprawiedliwości dość szybko staje się zadość: zwycięska wojna kończy się, dobro wygrywa, złe przegrywa, hitlerowskie Niemcy zapłacą sowicie za swoje zbrodnie.

Na podstawie wspomnień z kontaktów między ludźmi i pamięci własnych odczuć, gotowa jestem przypuszczać, że na sporym obszarze przedwojennej Polski nikt nie kojarzył swych bliskich losów z dyskusjami przywódców mocarstw. Publikowane zdanie o zarysie powojennych granic kraju nie było traktowane zbyt serio. Polacy nie od dziś lubią wierzyć w to, co chcą, a już najmniej w rzeczy dla siebie nieprzyjemne. Obywatelowi X, Y, Z z Wileńszczyzny, Polesia, Wołynia i Wschodniej Małopolski do głowy nie przychodziło, że tam już za niego zadecydowano, gdzie spędzi resztę życia osiadłego, że na fakt skontrowania uprzejmej wobec sojusznika wątpliwości Churchilla, czy aby polska gęś nie udławi się nadmiarem terytoriów na zachodnich rubieżach, determinuje być może – jego zameldowanie się na bliższych Odrze obszarach, niż by to niektórzy chcieli.
W uczuciu spełnionych nadziei świętowano więc Dzień Zwycięstwa aż do chwili, gdy jałtańskie słowa zmieniły się w realia. Rozpoczynała się operacja przemieszczania bez precedensu w polskich dziejach, miejmy nadzieję jedyna: repatriacja zza Buga i Sanu, wyrywająca z korzeniami setki tysięcy ludzi. To już nie była wojna, nie towarzyszyli też ewakuacji korespondenci frontowi, a jednak była tej wojny epilogiem. Szła z marszu, w tempie nieprawdopodobnym, w czasie kilku miesięcy roku 1945 po 15 czerwca 1946.
Jej szczegóły, przebieg i problemy pozostają do dziś kartą mało znaną, zwłaszcza dla pokolenia powojennego. Czy temat był delikatny, czy autorów brakło, trudno przesądzić. W sumie strzępy tego exodusu pojawiły się w kilku w filmach, z których najpopularniejszy Sami swoi ujmował rzecz w konwencji komediowej. Dokumenty Polskiego Urzędu Repatriacyjnego, czyli tzw. PUR-u, były mało ciekawe dla dziennikarzy, a i tak – podobnie jak kroniki filmowe – dotyczyły jedynie „odbioru” repatriantów już w kraju. W literaturze może najbardziej Ptasi gościniec Auderskiej przekazuje coś z prawdy tamtych lat. To właściwie wszystko.
W sumie wygląda na to, że z aktywnych uczestników operacji nikt się do pisania nie kwapi. Jestem więc prawdopodobnie jedynym polskim dziennikarzem, który zna zagadnienie bliżej i szerzej z racji pracy w Pełnomocnictwie Rządu Tymczasowego RP ds. Ewakuacji Polaków ze Lwowa i z tej perspektywy mogę spierać się o pewne rzeczy nawet z historykami współczesności.
A czas już chyba na przypomnienie pewnych prawd, gdyż teoretycy dochodzą już niekiedy do wniosków, które oby nie stały się źródłowymi. W naukowym piśmie natknęłam się na wywód, iż przyczyną fatalnego dla Krakowa złego wyniku referendum był fakt, że ludność miasta w 1/3 składała się z zakompleksionych politycznie lwowiaków. Nie składała się. Kardynalnym założeniem strony polskiej przy ewakuacji było kierowanie repatriantów wyłącznie na ziemie zachodnie, nie wydano ani jednej karty na centrum, pociągi szły tędy tylko tranzytem. Później w obrębie kraju nastąpiły oczywiście przemieszczenia, ale w całej masie osadnicy szli na zachód trzema liniami: z południa na Bytom, Opole, Wrocław, Kłodzko itp.; środkową, jak z łuku strzelił, na drugą stronę Polski; północną na Szczecin, Pomorze i Mazury.
Wracajmy jednak ab ovo.

Trzy strony medalu
Akurat tym razem było ich wyjątkowo trzy: państwowa – radziecka, państwowa – polska jako realizatorzy, oraz masa zainteresowanych obiektów biernych, poddawanych ewakuacji. Dążenia i motywy każdej były różne i dziwić się temu zbytnio nie należy.
Stronie radzieckiej zależało na maksymalnie szybkim zakończeniu sprawy przesądzonej – wiązały się z tym metody działania. Odbiegały one jednak od znanych z lat 1939–41 – sprawa dotyczyła teraz obcokrajowców. Pamiętajmy, że Polacy z tych ziem po wrześniu [1939 r.] otrzymali paszporty jako obywatele radzieccy, ze wszystkimi tego aktu konsekwencjami, włącznie do objęcia poborem do armii radzieckiej w obliczu starcia z Niemcami. Obywatelstwo polskie zostało nam zwrócone w czasie wojny, po rozmowach Sikorski–Stalin, co dopiero umożliwiło tworzenie armii. Cywile, którzy przeżyli na miejscu w dystrykcie Galizien, dopiero po wyzwoleniu otrzymując dokumenty z rąk radzieckich, dowiedzieli się o powrocie do swojego obywatelstwa. Sposób traktowania był również reperkusją tej zmiany: nikogo nie zatrzymywano, nacisku na wyjazd nie zastosowano, oddziaływanie miało raczej charakter psychologiczny: gdy ociąganie się zarejestrowanych z wyjazdem stało się ewidentne, zastosowano legitymowanie uliczne. Kto miał zaświadczenie o rejestracji na wyjazd, otrzymywał polecenie zgłoszenia się w komisji dla realizacji dalszego ciągu. Wystarczyło; odtąd ewakuacja nabrała tempa.
Stronie polskiej śpieszyło się z innego powodu. Chodziło o maksymalnie szybkie zasiedlenie opustoszałych, a zarazem nękanych przez szabrowników ziem odzyskanych. Stąd wytyczne głównego pełnomocnika zalecały pośpiech. Tylko pusty zachód dawał też szansę ekwiwalentu za mienie pozostawione, który wziął na siebie rząd polski. Wobec tych, którzy nie zdążyli, kołacze się ta sprawa do dziś, z coraz bardziej biurokratycznym skutkiem. [...]
Reakcja trzeciej strony, czyli ewakuowanych, zależał od etapu. Początkowo nikomu się nie śpieszyło – a nuż da się przeczekać? Nikt chętnie nie żegna się z domem rodzinnym, dorobkiem życia i bliskimi na cmentarzach. Później coraz częstsze stało się rejestrowanie w komisji na wszelki wypadek. W miarę gdy dotarła jednak do świadomości nieuchronność decyzji i zaistniała obawa wyznaczenia terminów prekluzywnych, po których zamkną się granice – masy runęły na podwoje komisji ewakuacyjnych. Wtedy to wzdłuż całej ulicy przedzieraliśmy się rano do pracy, skacząc po wojskowych ciężarówkach [autorka pracowała w biurze repatriacyjnym we Lwowie], a w budynku nie ostały się ani drzwi, ani okna, a wejście za biurko oznaczało, że nie zdołamy się stąd ruszyć do wieczora.
Znajdująca się w oku cyklonu dwustronna komisja – czym była i jakie miała warunki?
Był to zaiste fenomen pod wieloma względami. Twór efemeryczny, o strukturze najprostszej, bez majątku trwałego, wydziałów, gabinetów, a nawet telefonu, czyli bez niczego. Siedziba była wypożyczona, skład personalny sformowany ad hoc, głównie z młodych, bez przeszkolenia. Przy tym wzór antybiurokratyzmu. Było nas w sumie – jeśli pamiętam – 12 po stronie polskiej i tyleż po radzieckiej, do wspólnego urzędowania, bok w bok, przy wspólnych biurkach. Na tę „imponującą” liczbę załogi składali się: pełnomocnik polski i jego zastępca (pp. Sławiński i Zaleski), radziecki (tt. Bułhakow, b. podobny do Chruszczowa, i człowiek bez uśmiechu, mjr Zapłatin). W hierarchii niższej szło po czterech polskich i radzieckich pracowników, odpowiadających za ewakuację z dzielnic miasta. Zadaniem ich było wypisanie kart na podstawie metryk (przy czym likwidowano kennkarty), dokonanie opisów majątku pozostawianego, rotacyjne uczestnictwo na rampach przy odprawie transportów i dyżury nocne. Te miejsca pracy uchodziły za niezłe, na górze było cicho, można się było poruszać swobodnie, czasami wyjść w teren. Niskie piętra „Hadesu” reprezentował za to parter, zwłaszcza w czasie runu na komisję. Tu wydawano karty ewakuacyjne i wyznaczano warunki wyjazdu. Po czterech następnych referentów wystawianych było na najsilniejszą presję zdesperowanego tłumu, walczącego o wszystko: wybrany transport, więcej miejsca w wagonie, dogodną datę i punkt docelowy. W zasadzie pracownicy mieli się tu zmieniać co 2 tygodnie, bo nerwy odmawiały posłuszeństwa, ale to tylko teoria. Sama wysiedziałam w tym piekle parę miesięcy, gdyż mój radziecki odpowiednik dla czerwonoarmiejskiego rejonu, czyli Śródmieścia, był alergiczny na kolegów polskich, a mnie jakoś znosił. Działaliśmy odtąd razem aż do końca ewakuacji. Pozostałe 2x2 etaty to dział transportu. Też mieli co robić: całokształt pertraktacji z koleją, formowanie transportów i ich pilotaż, na zmianę co drugi dzień, do granicy w Medyce. Możliwości przebierania w taborze równały się zeru. Do wyczynów zaliczyć można wyszperanie gdzieś komuś tak zwanej szumnie „salonki”, czyli czegoś pamiętającego młodego Franz Josefa. Nią właśnie z transportem Kurii wyjechał arcybiskup Baziak. Towarzysze radzieccy przypatrywali się tym naszym zabiegom zwykle bez uwag, choć nie kryli lekkiego zdziwienia. Drugi transport miał dla nas wymiar historyczny: odprawialiśmy w drogę tym razem nie ludzi, a dzieło – Panoramę Racławicką. Starania przy zdobywaniu platform znalazły zrozumienie drugiej strony. O ile mi wiadomo – a w komisji słyszało się wiele – oporów w przekazaniu nie było. Krajowe perypetie panoramy były już raczej tworem rodzimych gorliwców.
Tyle o ludziach komisji. Jeśli chodzi o oprzyrządowanie tej międzynarodowej instytucji, to składało się ono z biurek-gratów, leciwych kas pancernych na karty ewakuacyjne (będące drukami ścisłego zarachowania), kuchni, pod którą czasem udało się rozpalić, dziurawej siatki, na której „wypoczywaliśmy”, czuwając nocą nad nienaruszalnością tych dokumentów, za które odpowiadało się wolnością. Był też element nowoczesnej techniki: samochód-antyk z demobilu, do dyspozycji pełnomocników. Raz, gdy nie normowany i tak czas pracy przekroczył granice przyzwoitości, tj. godzinę duchów, rozwieźli nim „damy” po domach – piekielnie warczał. Z odpraw na rampach wracało się oczywiście per pedes, bo było wcześnie – ok. 22 czasu miejscowego.
[...] Niezwykły twór, jakim była komisja, załatwił w parę miesięcy i dowiózł do granicy sto kilkadziesiąt tysięcy petentów, na pewno nie ku ich zadowoleniu, ale zawsze. Po wykonaniu gigantycznego zadania komisja rozpłynęła się bez śladu. Nie wybielam jej obrazu – nie składała się z aniołów. Przedstawiam tylko osobliwość tej drugiej strony medalu.
Na pewno najwięcej należałoby napisać o masach repatrianckich. Dla nich był to czas ciężkiej próby, który wrył się w pamięć milionów uciążliwością, prymitywem i ograniczeniami. Faktów nic nie zmieni. Wykonawców, z racji warunków, zasięgu i narzuconego tempa, sytuacja zmuszała do działań maksymalnie uproszczonych i zdecydowanych. Są chwile – jak na froncie – gdy muszą zamilknąć delikatności, a rodzi się nie zawiniona brutalność. Ostatnia polska część komisji była w sytuacji analogicznej: mieliśmy przekraczać granicę tylko w parę miesięcy później, po zdaniu materiałów do centrali w Łucku.
 
Dokończenie w CL 4/01