Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Andrzej Rybicki, PRZYPADKI KSIĘDZA JAKUBA

Autor spisał opowieść sędziwej Pani Ireny Sandeckiej z Krzemieńca o pierwszym powojennym proboszczu krzemienieckim, Jakubie Macyszynie. Uzupełniła p. Danuta Trylska-Siekańska.
Krzemieniec, miasto Juliusza Słowackiego, gdzie powstało i działało przez lata słynne Liceum Krzemienieckie, miał przed wojną kilka kościołów. Ostatnia wojna, a przede wszystkim rządy komunistyczne zrobiły swoje – wiernym odebrano świątynie, w licealnym kościele urządzono salę gimnastyczną. Zachował się kościół parafialny pod wezwaniem św. Stanisława, Biskupa i Męczennika, ale bez proboszcza.

Przez całe dziesięciolecia, od końca wojny do roku 1955, oficjalną kościelną władzą była rada parafialna (wszak żyliśmy w „kraju rad”), popularna Dwudziestka. Składała się z 20 osób, z prezesem, sekretarzem i skarbnikiem na czele. Lata powojenne to był czas wielkiej próby dla krzemienieckich parafian, w zdecydowanej większości Polaków. Księża byli tylko „najemnikami” rady, przyjeżdżali na jej prośbę i za pozwoleniem Pełnomocnika do spraw Religii Rzymskokatolickiej na województwo tarnopolskie, sowieckiego urzędnika, urzędującego w Czortkowie, a później w Tarnopolu. Duszpasterze działali 3–4 dni, zaopatrzeni w odpowiedni papier, i wyjeżdżali. W Krzemieńcu bywali czterej księża: Jan Rutkowski, Marceli Wysokiński, Alojzy Kaszuba i Bronisław Mirecki. Po wyjeździe księdza administracją kościoła i cmentarza, a przede wszystkim organizacją życia religijnego zajmowali się sami parafianie. Remonty, terminowe płacenie horrendalnego podatku – tego prawdziwego i tego ukrytego na przykład w dziesięciokrotnie zawyżonych cenach energii elektrycznej, to wszystko stanowiło codzienność „dwudziestki”. Młodzież parafialna objęła we władanie kościelny chór, a dwoje najzdolniejszych udało się wykształcić w szkole muzycznej.
Trudno tu wymienić wszystkich ofiarnych mieszkańców Krzemieńca, były ich dziesiątki, ale nie sposób pominąć Melanii Kańskiej. Całą duszą poświęciła się ona krzemienieckiemu kościołowi. Codziennie, niezależnie od pory roku i pogody, otwierała kościół dla wiernych, modliła się przy wszystkich ołtarzach. Pani Kańska prowadziła nabożeństwa, Drogę Krzyżową, odwiedzała chorych i modliła się na pogrzebach. Przy tym wszystkim mocno ściskała parafialny woreczek i pilnowała, aby nie zaniedbać terminów opłat. Potrafiła również wiele zdziałać u władz, żaden dygnitarz nie potrafił się oprzeć spojrzeniu jej niebieskich oczu. Wierni w sobotę zbierali się na „polskie” nieszpory, a w niedzielę na tzw. „sumę”. Trudną, o dyplomatycznym zabarwieniu funkcję wyjednywania u sowieckiego pełnomocnika zgody na jednorazowy przyjazd księdza pełniła Zofia Majewska, która też zawsze gościła u siebie duchownych.

I stało się, dostali swojego księdza...
Po dziesięciu latach „bezkrólewia” (1945–55) krzemieńczanie otrzymali wreszcie zgodę władz na przybycie i pracę stałego proboszcza. Nie śmieli przypuszczać wtedy, że stosunkowo młody, 43-letni kapłan Jakub Macyszyn pozostanie w mieście aż 18 lat, tj. do swojej śmierci. Wiele się zmieniło, gdy przyjechał do Krzemieńca. Co prawda nadal o parafialnym życiu decydowała „dwudziestka”, ale powoli ster rządów przejmował – zresztą zgodnie z prawem kanonicznym – ksiądz. Zamieszkał i z czasem zameldował się w domu Zofii Majewskiej, gdzie też powstała pierwsza powojenna plebania. Również w pobliżu mieszkała pani Irena Sandecka – jedno z najlepszych źródeł informacji o historii Krzemieńca. Widziałam wielokrotnie ciężką pracę kapłana – opowiada. – Swiatło świeciło się do późna w nocy, ciągłe wizyty parafian z różnymi problemami, a i wszelkiego rodzaju interesanci nie dawali księdzu chwili wytchnienia. Do tego dochodziły częste wyjazdy do innych miejscowości. Początkowo ksiądz opiekował się jedynie krzemieniecką parafią, ale z czasem przybyła mu również parafia w Hałuszczyńcach, niedaleko Tarnopola, a po śmierci ks. Adamczyka, proboszcza w Borszczowie, także i tamtejsza, położona na południowo-wschodnim krańcu Tarnopolszczyzny. Ogrom pracy księdza Jakuba najlepiej było widać w czasie świąt: najpierw odprawiał pasterkę w Borszczowie, potem w Hałuszczyńcach, by późno w nocy przyjechać do Krzemieńca i już następnego poranka odprawić świąteczne nabożeństwo.
Z czasem ksiądz ustalił sobie program: co dwa tygodnie był w Krzemieńcu w sobotę, niedzielę i poniedziałek, dwie pozostałe niedziele pozostawiał na tamte miejscowości. W sowieckim imperium, gdzie władza walczyła z wiarą wszelkimi metodami, księża byli na wagę złota. Sami krzemienieccy parafianie nie wiedzieli nawet, gdzie ksiądz jeździ. Tak też było bezpieczniej i dla niego, i dla nich. Dużo później dowiedzieli się, że odwiedzał również niedaleki Szumsk.
Taki tryb życia, ciągle w rozjazdach, ciągle w biegu, z niepewnym jutrem, odbijał się ujemnie na zdrowiu księdza. Kiedy przybył na parafię, był mężczyzną potężnym, wysokim, barczystym. Jak sam opowiadał – w lwowskim seminarium kładł na rękę wszystkich kleryków. Jego siłę wzmacniał dodatkowo jego potężny, głęboki głos. Powstała nawet dość zabawna anegdota – przy okazji jakiejś narady któryś z miejscowych komunistycznych notabli powiedział: – Szkoda, że to ksiądz, byłby z niego świetny dyrektor kołchozu. Tak więc proboszcz, niczego sobie mężczyzna, z czasem zaczął podupadać na zdrowiu. Zaczął mieć kłopoty z chodzeniem, ciągle był przeziębiony, a i ogromne ilości łykanych lekarstw powoli, ale skutecznie robiły swoje.

Dawaj papiery!
Na to wszystko nakładały się jeszcze kłopoty i szykany. Komuniści trzykrotnie odmawiali mu zgody na odwiedzenie umierającej matki. Jednak najgorsze były ciągłe utarczki z władzami o kościół. Ksiądz miał obowiązek składania kwartalnych sprawozdań – nazywało się to raporty o pracy w kościele. Już przedtem wszyscy parafianie byli szczegółowo opisani, policzeni: nazwisko, imię, adres, wiek, wykształcenie i oficjalne zajęcie – to były podstawowe dane, jakie trafiały na nasze karty. Póżniej uzupełniano je kolejnymi wpisami, często też donosami. Ksiądz zaś musiał pisać, ilu było parafian na niedzielnej mszy w kościele, chrztów – oczywiście za zgodą obojga rodziców, ślubów, pogrzebów kościelnych. Nie mogło zabraknąć w raporcie informacji o zebranych na tacę pieniądzach – bolszewicka władza musiała wiedzieć o wszystkim, o najdrobniejszym wydarzeniu w parafii. Założono, że ilość parafian musi stale i systematycznie spadać – po prostu miał być obraz stopniowo obumierającego katolicyzmu, zaniku religii. Tymczasem rzeczywistość była zupełnie inna. Kościół w Krzemieńcu, jedyny na ogromnej wołyńskiej przestrzeni, odwiedzało coraz więcej wiernych. Ksiądz nieopatrznie w jednym z kolejnych raportów wykazał więcej ludzi na mszy, więcej udzielonych ślubów kościelnych i więcej chrztów. Gdy to dotarło do pełnomocnika, ten walnął pięścią w stół – jak to ksiądz relacjonował – poczerwieniał z wściekłości i krzyknął: – Dawaj dokumenty! – a to oznaczało jedno: likwidację kościoła, dla księdza zaś zakaz pracy duszpasterskiej nie tylko na danym terenie, ale w całej sowieckiej Rosji. Ksiądz odkrzyknął tylko: – Dokumentów nie dam! i przez chwilę obaj przekomarzali się. – Dawaj... – Nie dam... Nastąpiło długie milczenie, widać, że w tej sowieckiej głowie coś zaczęło kołatać. Przecież likwidacja kościoła i wyrzucenie księdza to dla komunistycznego dygnitarza mogło oznaczać tylko jedno: utratę jedynego podwładnego, jedynego obszaru ludzkiego działania, którym się zarządzało, i w konsekwencji utratę stanowiska. Ksiądz przytomnie powiedział, że zaraz raport będzie taki, jaki powinien być. I już od tamtej dramatycznej rozmowy każdy kolejny raport był jak najbardziej „właściwy”. Rozpoczęła się wieloletnia gra z władzą, pełna niepewności, dręcząca duszę walka o utrzymanie krzemienieckiej parafii, której towarzyszyło powtarzane pytanie: odkryją, czy nie, to fałszerstwo? Na szczęście pełnomocnik sam wiedział, że obaj jadą na tym samym wózku i dobrze pilnował, by sprawa raportów nie wyszła na jaw.

KGB też chce wiedzieć...
Pełnomocnik nie był jedynym sowieckim utrapieniem księdza. KGB przydzieliło mu specjalnego „anioła stróża”, który nie odstępował go na krok. Drobny, chudy, wyglądający bardziej na nauczyciela czy urzędnika niż oficera KGB, wywiadowca był wszędzie: w podróży, na mszy, często po prostu rozmawiał z księdzem, męcząc go pytaniami. Kiedyś, w Tarnopolu, szli razem przez opustoszały park – jak to później opowiadał ks. Macyszyn – i nagle ten pracownik służb specjalnych zadał dziwne pytanie: – Czy ksiądz naprawdę wierzy w Boga? – Jesteśmy tu sami – padła odpowiedź – ciemno i pusto wokoło, a ja mógłbym cię zgnieść w dwóch palcach, ale tego nie zrobię, bo właśnie wierzę w Boga. Po tej rozmowie „anioł stróż” zniknął, by nie pojawić się już więcej.
Remonty kościołów – było to wyzwanie, któremu ksiądz starał się sprostać najlepiej, jak umiał. Zaczął od borszczowskiej świątyni, niewielki kościół przetrwał w stosunkowo dobrym stanie i dawał gwarancję szybkiego zakończenia prac. Później zabrał się za kościół krzemieniecki. Jako dobry gospodarz zaczął od dachu. Ukończenie prac remontowych przy kościele przerwała śmierć księdza. Zmarł 9 sierpnia 1973 r. w Borszczowie, w przeddzień spotkania z rodzonym bratem, który przybył z Polski. Śmierć ta pozostawiła pewne znaki zapytania, na które do dzisiaj nie ma odpowiedzi. Ksiądz po obiedzie poczuł się bardzo źle, jak nigdy dotąd. Przewieziono go do szpitala, gdzie nie postawiono żadnej diagnozy, a za trzy dni zmarł. Nie przeprowadzono sekcji zwłok, co jeszcze bardziej podsyciło atmosferę tajemniczości wokół jego śmierci. Na pogrzeb do Borszczowa przybyły setki ludzi z dalekich stron. Z Krzemieńca pojechał cały wynajęty autobus parafian – to właśnie tam dowiedzieli się szczegółów o śmierci ich księdza. Wszyscy pamiętali, jak jeszcze w Krzemieńcu przed samym wyjazdem oświadczył: Ludziom uczyniłem wszystko, o co mnie prosili. Nie wiedzieli, że to było ostatnie dla nich przesłanie.