Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Janusz Majewski, W CZASIE WOJNY WE LWOWIE

W czasie wojny we Lwowie było nam ciężko. Kiedy weszli Sowieci, zwolnili z posad wszystkich wyższych urzędników państwowych. Mój ojciec zaczepił się w restauracji swojego szwagra Alfonsa Gąsiorowskiego jako magazynier. Ta restauracja, prowadzona pod firmą „Głowik” przy ulicy Leona Sapiehy, naprzeciw Politechniki, cieszyła się sławą doskonałej kuchni, świetnym wyborem win, sprowadzanych bezpośrednio z Francji, i z tej racji – wielkim powodzeniem u profesorów sąsiadujących z nią uczelni. Cenili ją także studenci Politechniki (ich wyszywane czapki wtedy bardzo mi się podobały) za sprawą dobrego serca mojej ciotki Michaliny, która karmiła ich na kredyt za pół darmo. Wśród jej stałych gości był na przykład profesor Kazimierz Bartel, wykładowca geometrii wykreślnej, znany polityk – trzykrotny premier, senator RP, zamordowany potem z innymi lwowskimi profesorami przez hitlerowców na Wuleckich Wzgórzach. Zapamiętałem to, gdyż zarówno willa Bartla, na skraju Stryjskiego Parku, jak i Wulka były blisko naszego domy przy ul. Pochyłej 7 i leżały w obszarze moich dziecięcych zabaw, a także dlatego, że asystent i współpracownik Bartla, prof. Antoni Plamitzer, uczył mnie potem w Krakowie, na architekturze, tejże geometrii wykreślnej, która dla nas studentów była dość koszmarna.
Moskale albo czubaryki, jak Sowietów nazywał mój ojciec, naturalnie wprowadzili od razu swój porządek i upaństwowili, czy też uspołecznili restaurację wuja Fonsia. Znikli gdzieś dostawcy, zawalił się rynek, w miejsce tego pojawiła się reglamentacja, przydziały, kontrola receptur itd. Wujowi narzucono buchaltera, Ukraińca z Kijowa, który z miejsca zaczął uczyć mojego ojca, jak „zaopatrywać się” w towar, żeby można trochę ukraść dla siebie, jak sprzedawać własną wódkę, wprowadzoną poza księgowością, jak wyciągnąć strzykawką z każdej butelki 50 ccm wódki i dopełniać ubytek wodą. Ojciec wracał do domu wstrząśnięty i załamany. Komuś, kto zasiadał w radach nadzorczych banków i kas związkowych, nie mogło pomieścić się w głowie, że tak można postępować. Poszedł z tym do szwagra, którego wciąż uważał za właściciela interesu, jak wtedy mawiano, żeby naradzić się, co robić, a ten równie wstrząśnięty mówi, że Ukrainiec jego też uczy, jak ma okradać samego siebie! To, czego potem nauczyło się całe społeczeństwo od okupantów i rodzimych komunistów, że chodzi o jak największe oszukiwanie państwa, było absurdem nie do pojęcia dla tych patriotycznie wychowanych obywateli II Rzeczypospolitej, a wcześniej lojalnych poddanych Najjaśniejszego Pana Cesarza Franciszka Józefa, i całkowicie sprzeczne z ich systemem wartości. Ale – trzeba to przyznać uczciwie – te lekcje oszukiwania przydały się mojemu ojcu trochę później, za okupacji niemieckiej, kiedy wraz z kolegami z siatki akowskiej znaleźli sposób, aby niemieckie przekazy i paczki nadawane na lwowskiej poczcie zasilały organizację, zamiast Hausfrauen w Rzeszy. Niestety mój cioteczny dziadek Kazimierz Jamrógiewicz, starszy rewident w urzędzie pocztowym przy ul. Kadeckiej, i jego woźny Cebula zapłacili za to życiem. Zginęli w Mauthausen.

Pierwsze miesiące sowieckiej okupacji przebiegały jeszcze w nastroju względnie spokojnym. Trwał naturalnie szok po tak szybko przegranej wojnie, gorycz z powodu bezsilności wobec przewagi Niemców i podstępnego ciosu w plecy, zadanego przez Moskali, ale okupanci jakby jeszcze nie zabrali się na dobre do roboty. Wszędzie był bałagan i dezorganizacja, za sowieckim wojskiem pojawiły się żony i rodziny oficerów i Lwów zaśmiewał się z małanek paradujących po ulicach w koszulach nocnych, kupionych jako sukienki od zubożałych lwowskich dam i kurtyzan na słynnym targowisku, zwanym „na Krakowskiem”, lub w lwowskim bałaku: „na Krakidałach”. Oficerowie z żonami zaczęli nagminnie zajmować kwartiry w prywatnych mieszkaniach. Odbywało się to w sposób bardzo komunistyczny: ktoś dzwonił do drzwi, otwierano mu, wchodził oficer w czapce na głowie, za nim szła jego kobieta i ordynans niosący walizki. Bezceremonialnie oglądali mieszkanie i oficer pytał żony, w którym pokoju chce mieszkać. Trzeba przyznać, że zawsze zadawalali się jednym, nie przychodziło im widać do głowy, że człowiek może mieć więcej pokoi. Na ogół też udawało się im wyperswadować, że lepiej im będzie w pokoju z osobnym wejściem niż w amfiladowym.
Naszych pierwszych przymusowych lokatorów zapamiętaliśmy po wypalonej na parkiecie dziurze od prymusa i po kanapie, która, gdy wyprowadzili się zaledwie po paru tygodniach, wyglądała jak kopiec termitów w Afryce, z tym że termitami były pluskwy. Pan Żenczur, nasz dozorca, przy pomocy człowieka (ludzie, których najmowało się do jakichś doraźnych prac przy domu, byli zawsze nazywani „człowiekiem” lub „kobietą”) wyniósł z ogromnym obrzydzeniem kanapę do ogrodu, polał naftą i spalił, a mimo to długo jeszcze tępiliśmy pluskwy w domu.
Drugiego, kapitana, pamiętam z takiego epizodu: w naszej łazience na ścianie wisiał irygator, zwany hegarem. Nie wiem, czy była to nazwa lokalna, czy zaadoptowana, jak imię własne, marka wyrobu, jak elektroluks lub rower, ale tak mówili wszyscy we Lwowie, podobnie jak mówili na półbuty meszty, na szafkę nocną nakastlik, a na nocnik nalik. Hegar składał się z blaszanego naczynia emaliowanego na biało, w kształcie przepołowionego garnka, i długiej czerwonej gumowej rurki z czarną, bakelitową końcówką, zaopatrzoną w kurek zamykający lub otwierający przepływ wody z blaszanego rezerwuarku do... ludzkiego organizmu. Pewnego dnia nasz kapitan przychodzi z miasta do domu i już od progu pokazuje z dumą swój nabytek z Krakidałów: taką właśnie końcówkę hegara, którą trzyma w ustach i pali w niej papierosa, jak w cygarniczce. Smatri malczyk – mówi do mnie – kakaja tiechnika, choczesz kurit’ – adkrywajesz, nie choczesz – zawierajesz. Nie wiadomo, czy wcześniej nie zauważył hegara w łazience, czy nie wiedział, do czego służy, czy też nie skojarzył swego nabytku z tym urządzeniem. Tylko nasza Wikta chichotała zachwycona i snuła jakieś obrzydliwe hipotezy na temat handlarza, który zapewne sprzedał kapitanowi końcówkę irygatora – jej zdaniem używaną – z premedytacją. Matka ofuknęła ją zgorszona i na wszelki wypadek irygator z łazienki usunęła.
To nowe zastosowanie irygatora było, widać, bardzo popularne wśród sowieckich oficerów, bo po latach spotkałem się z podobną anegdotą, opowiedzianą przez kogoś w jakichś lwowskich wspomnieniach, a dla mnie pointą tych irygatorowych opowieści było takie oto autentyczne zdarzenie: moi przyjaciele, bardzo kulturalne małżeństwo, poszukiwali kiedyś kawałka gumowej rurki, chyba do turystycznej kuchenki gazowej. Było to, rzecz jasna, w schyłkowych latach PRL-u, kiedy wszystko trzeba było zdobywać przedziwnymi sposobami. Kiedy na próżno obchodzili zdesperowani sklepy AGD i sportowe, ktoś doradził im, aby udali się do sklepu z artykułami medycznymi, tam rzekomo widział takie gumowe rurki na półce. Poszli więc do takiego sklepu i zapytali ekspedientkę, czy są gumowe rurki. Odpowiedziała z miejsca pytaniem: – Do odbytu? Ta obcesowość tak ich zmieszała, że tylko bez słowa przytaknęli i kupili spory kawałek rurki. Tu moja znajoma, nobliwa starsza pani, która mi to opowiadała, zawiesiła głos, aby po chwili powiedzieć: – Niestety, w domu okazało się, że rurka jest do dupy. Opowiedziałem kiedyś tę historyjkę Andrzejowi Szczepkowskiemu, wielkiemu smakoszowi żartów. Skomentował to ze szczerym zachwytem: – Piękna konstrukcja!

Ale wróćmy do Lwowa: nasz kapitan ze swoją praktyczną cygarniczką został gdzieś przeniesiony i z powodzeniem stosowaliśmy prosty sposób, aby uniknąć następnych na kwaterze: po prostu należało przetrzymać ich dzwonienie i walenie do drzwi, w końcu rezygnowali i szli gdzie indziej. Pewnego popołudnia byliśmy w domu z siostrą tylko pod opieką naszej cioci-babci Jamrógiewiczowej. Nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Babcia na palcach podeszła do judasza, wyjrzała i zbladła: pod drzwiami stało dwóch sowieckich oficerów. Babcia wróciła do pokoju i nakazała nam ciszę. Dzwonki powtarzały się wielokrotnie, stawały się coraz dłuższe, ale dziwnie nienatarczywe, raczej monotonne i nudzące. I wtedy babcia popełniła błąd: nie wytrzymała nerwowo i posłała mnie do przedpokoju, żebym przez zamknięte drzwi powiedział: – Tawariszcz lejtinant, doma nikawo nietu. Papa i mama rabotajut. Ledwie to wyjąkałem, rozpętała się burza. Sowieci zaczęli walić i kopać w drzwi, wrzeszczeć jak furiaci: Adkrywaj dwieri, strielat’ budiem! Struchlała babcia wybiegła z pokoju i rozlatanymi rękami odryglowała drzwi. Wtedy nastąpił cud: za progiem stali dwaj bardzo młodzi, sympatycznie uśmiechnięci chłopcy w polowych mundurach, obaj w randze podporuczników. Jeden z nich trzymał ogromne naręcze białego, tureckiego bzu, drugi butelkę Sowietskoje Szampanskoje. Pierwszy zasalutował, trzasnął szarmancko butami i powiedział do babci: – Prastitie, madam, wam nużen spakoj, nam nużna kwartira. Pajdiot dagawaritsia? Babcia zaniemówiła i sama nie wiedziała, kiedy przyjęła od chłopaków bez i szampana.
Chłopcy okazali się zmobilizowanymi studentami, jeden medycyny, drugi malarstwa z Moskwy. Nazywali się Jasza i Grisza. Bardzo ich polubiliśmy, a ja i siostra wręcz za nimi przepadaliśmy. Przynosili nam ogromne moskiewskie pralinki pakowane w sztywny, szary, niemal gazetowy papier – o nazwach zdumiewająco niedopasowanych do zawartości, jak Czerwony kolejarz albo Zorze pionierskiego jutra – a czasem nawet pomarszczone azjatyckie pomarańcze. Uwielbiali naszego szorstkowłosego teriera Dżoka i nauczyli go różnych sztuczek. Całkowicie zawojowali babcię, która posyłała im do pokoju przez Wiktę kakao z bitą śmietanką i dopatrywała się w nich potomków arystokratycznych rodów, z czego tylko się śmiali, ale dość tajemniczo.
Potem zaczęło być już mniej śmiesznie: w zimie 1939/40 zaczęły się wywózki do Kazachstanu. Trudno było odgadnąć, jakim kluczem się kierowano. W nocy pod dom zajeżdżała ciężarówka z sołdatami i wygarniali z mieszkań, zaczynając zwykle od najwyższego piętra. Spaliśmy w ubraniach, a przy łóżkach przygotowane były walizki z najpotrzebniejszymi rzeczami na drogę. I pewnej nocy stało się: zbudziły nas hałasy na schodach i brutalne walenie do drzwi. Ojciec blady jak papier ruszył do przedpokoju. Wtedy ze swojego pokoju wyskoczyli Jasza i Grisza, na wpół ubrani, z pistoletami w rękach. Odsunęli ojca od drzwi: – Prastitie gaspadin, zachaditie w komnatu. Ojciec wycofał się do pokoju, ale nie zamknął za sobą drzwi. Zobaczyliśmy. jak Jasza z furią otwiera, a Grisza wyrzuca z siebie wiązankę najbrutalniejszych wyzwisk, kierując ją pod adresem sołdata w szpiczastej czapce, z długim bagnetem na karabinie: – Nu, sztoż ty, swołocz w żopu jobana, sztoż diełajesz? Ty ruskawo, sowieckawo aficira asmieliwajeszsia nocziu budit’?! Paszoł won durak, ubiju tiebja kak sobaku! Sołdat struchlał i wyjąkał: – Tak, toczno, towariszcz komandir. W drzwiach pojawił się jakiś cywil w skórzanej kurtce i wyszmelcowanym kaszkiecie. – W cziom dieło? – zapytał. Sołdat wyprężył się i chciał zameldować, ale nasi chłopcy nie dali mu dojść do głosu. Wyzywając obu najgorszymi przekleństwami wypchnęli ich na schody i zatrzasnęli drzwi. Tak oto dwaj młodzi, dobrzy Rosjanie uratowali nam być może życie, a w każdym razie wpłynęli na jego bieg.
Życie ludzkie przypomina jakąś grę planszową, co chwilę zatrzymujemy się na którymś polu i rzucamy kostkę: jeśli wyjdzie parzysta, to przesuwamy się do przodu i otrzymujemy premię, jeśli nieparzysta, musimy się cofnąć i przeczekać kolejkę. Ludzie, których spotykamy na naszej drodze, zawsze powodują jakieś zmiany w naszym życiu, zawsze na nasze życie jakoś wpływają. Gdyby Jasza i Grisza nie obrugali wtedy sołdata – mogli się nie obudzić, mogli inaczej zareagować, mogli przyjąć obojętnie nocne najście NKWD, mogli się po prostu bać interweniować – pojechalibyśmy, jak tysiące, za Ural i albo byśmy przetrwali i wrócili po wojnie, albo – co prawdopodobne – wyszli z Rosji z Andersem i przedostali się do Stanów, do rodziny mojej matki i wtedy już naprawdę mogło by się potoczyć rozmaicie – gdybanie nie ma większego sensu. Ale nieraz myślałem o tych chłopcach: co się z nimi stało? Czy podzielili los tych milionów Rosjan, których pochłonęła wojna? Może polegli gdzieś w Polsce i prochy ich leżą pod jakimś pomnikiem, który potem nie z ich winy znienawidziliśmy, by go wreszcie zburzyć? A może dożywają swoich dni gdzieś w niespokojnej i rozdartej Rosji, która powinna być według nich inna, taka, o jakiej czasem napomykali w rozmowach z moją babcią, takiej, jaką można by sobie wyobrazić na podstawie ich dobroci, inteligencji, szlachetnych manier, ujmującego stylu bycia – całkiem odmiennego od tego, co było typowe wtedy i później.

Nie myślałem wtedy o filmie, laterna magica zapodziała się gdzieś, do kina rodzice nie pozwalali mi chodzić i chyba przez cały czas sowieckiej okupacji Lwowa rzeczywiście w nim nie byłem. Ale moje oko i pamięć cały czas rejestrowały wydarzenia, które zmieniały się w tempie dzisiejszego kina akcji. Chłopców pewnego dnia gdzieś przenieśli, ich pokój zajął starszy, cichy pan w mundurze pułkownika. Wychodził wcześnie, wracał późno, zawsze na palcach, bezszelestnie, jakby go nie było. Moja matka mówiła, że on ma takie smutne spojrzenie i musi być dobrym człowiekiem. Nie wiem, na ile była jeszcze pod wpływem wspomnienia Jaszy i Griszy, a na ile wynikało z jej wrodzonej dobroci i pewnej, związanej z tym naiwności – po wojnie to samo mówiła patrząc na portret Bieruta, czego już ojciec nie mógł ścierpieć i wyzywał go od enkawudowców i zdrajców Polski.
Któregoś wieczoru pułkownik delikatnie zapukał do naszego pokoju i wywołał ojca na korytarz. Wyszli do ogrodu, była ciepła czerwcowa noc, widziałem w mroku rozjarzające się i przygasające ogniki papierosów, które palili spacerując, krzaki przekwitłego już bzu tłumiły ich głosy. Matka zagoniła nas do spania, ale zasypiając słyszałem niewyraźnie przez ścianę, że ojciec wrócił i rozmawia z matką przyciszonym głosem. Wpatrywałem się w kreskę światła pod drzwiami sypialni rodziców i sam nie wiem, kiedy zasnąłem.
Nazajutrz, 22 czerwca 1941, obudził nas ten sam odgłos nalotu Stukasów i to samo szczekające walenie artylerii przeciwlotniczej co 1 września dwa lata wcześniej – Niemcy uderzyli na ZSRR. Uciekliśmy do piwnicy, gdzie pan Żenczur urządził schron, zasłaniając okienka workami z piaskiem. Nie pamiętam już, czy trwało to dzień, czy parę, kiedy Niemcy zbliżyli się i weszli do miasta. Odgłosy dział ustąpiły kanonadzie karabinów maszynowych i broni ręcznej, dochodzącej gdzieś od strony dworca kolejowego. Ojciec powiedział, że rozpoczęły się już walki uliczne. Nagle usłyszeliśmy walenie kolbami w bramę i okrzyki: – Adkrywaj, bystra, bystra! Panu Żenczurowi ręce zaczęły się tak trząść, że nie mógł trafić kluczem do dziurki. Kiedy otworzył, wpadło kilku żołnierzy. Byli umorusani, spoceni, w rozpiętych mundurach, uzbrojeni w erkaemy. Mieli przerażone twarze ludzi ściganych. Jeden z nich wyciągnął pomiętą kartkę i krzyknął: – Gaspadin Majewskij zdieś? Majewskij! Matka dopadła ojca gwałtownie, wołając: – Nie idź, błagam! Ojciec odsunął ją delikatnie i zrobił krok do przodu. Sołdat poskoczył do niego: – Gdie kwartira pałkownika? Pakaży! Bystra! Ojciec szybko ruszył schodami na górę, żołnierze pobiegli za nim. Wydawało się nam, że upłynęły godziny, zanim usłyszeliśmy tupot ich zbiegających po schodach. Po chwili ojciec blady, ale cały i zdrowy ukazał się w drzwiach piwnicy i powiedział cichym głosem: – Pułkownik miał w szafie cywilny garnitur. Po to ich przysłał. Dałem im też napić się kompotu. Kiedy potem rozmyślałem, co też mogło stać się z pułkownikiem – czy wtedy zdezerterował, czy może ukrył się i został po cywilnemu jako szpieg na tyłach niemieckiej armii – nigdy tego się nie dowiedzieliśmy – zawsze przypominał mi się ten kompot. Bo musiał to być wtedy, w czerwcu, kompot z wspaniałych lwowskich białych czereśni, słodkich i twardych, o miąższu przypominającym jabłka, których już potem nigdy i nigdzie nie spotkałem. Każdego lata Wikta zastawiała wekami z czereśniowym kompotem całe półki, aby starczyło do wiosny. Taki kompot został we wrześniu trzydziestego dziewiątego całkowicie wypity przez spragnionych żołnierzy wycofującej się armii, pojonych przez Wiktę, która pilnowała mieszkania, gdy my, w Zaleszczykach, wahaliśmy się, czy przekroczyć most. I teraz, gdy mój wnuczek domaga się w lecie Pepsi lub Icetea żałuję, że nie mogę pójść do naszej przestronnej spiżarni w domu przy ulicy Pochyłej, bocznej Kadeckiej, numer 7, pierwsze piętro, i przynieść mu stamtąd słoik tego niezapomnianego napoju.

Uliczne walki o Lwów trwały jeszcze dzień, nazajutrz do miasta wkroczyli Niemcy. Kiedy ustały już wszelkie wystrzały, wreszcie wyszliśmy z piwnicy. Pierwsze wrażenie było bardzo korzytne: ciągnęli ze śpiewem w górę ulicy Kadeckiej, na autach, motocyklach, chociaż widać było też sporo zaprzęgów konnych. Część z nich kierowano do koszar Korpusu Kadetów, większość podążała dalej, na wschód. Z samochodu amfibii jakiś mody oficer rzucił garść cukierków. Pożarliśmy je z chłopakami błyskawicznie, chwaląc ich dziwny, ślazowo-miętowy smak. Jednego zaniosłem do domu siostrze i rozpętałem tym małe piekło. Ojciec był oburzony, że przyjęliśmy od wroga cukierki, matka wpadła w panikę, że są zatrute. Przypomniały się plotki z 39 roku, że Niemcy zrzucali zatrute cukierki i wybuchające wieczne pióra z samolotów. Matka chciała posłać Wiktę do pana Szpaka, nauczyciela chemii w naszej szkole, żeby zrobił analizę cukierka, ale ojciec ją powstrzymał. Skończyło się na wmuszeniu we mnie litra mleka, jako odtrutki, oraz wyznaczeniu Wikty do pilnego obserwowania mnie aż do rana. Ponieważ nazajutrz wciąż żyłem, alarm odwołano, ale cukierek został zamknięty w kredensie, aby w razie czego był dowodem. Zdaje mi się, że wejście Niemców powodowało uczucia dość ambiwalentne: z jednej strony byli to nadal wrogowie i najeźdźcy, z drugiej wyzwalali nas od innych wrogów i okupantów, którzy, zwłaszcza przez wywózki i masowe aresztowania, szczególnie inteligencji, mocno dali się nam we znaki. Niemcy zresztą umiejętnie podsycili antysowieckie nastroje we Lwowie przez ujawnienie potwornej katowni NKWD w więzieniu przy ulicy Łąckiego.
Sowieci przed ucieczką z miasta zdążyli tam wymordować wszystkich więźniów. Dziedziniec, cele i korytarze więzienia były dosłownie zasłane ciałami ludzi, których zamknięto wyłącznie z motywów politycznych. Niemcy pozwolili Polakom zobaczyć efekty tego bestialstwa najpierw na żywo, a potem zdjęcia to ukazujące opublikowali w gazetach, które wkrótce zaczęły się ukazywać. Kiedy we wrześniu zacząłem znów chodzić do mojej szkoły im. Marii Magdaleny, wciąż jeszcze na ulicy Łąckiego, która była w pobliżu, czuć było straszny, trupi odór. Sądzę, że Niemcy po to właśnie przez kilka dni nie pozwalali pogrzebać zwłok, a czerwiec był upalny. Natomiast z innego więzienia, popularnych Brygidek, Sowieci wypuścili wszystkich kryminalistów, co dało się niebawem odczuć wzrostem kradzieży i włamań w mieście, ukróconych zresztą niedługo przez sprawną niemiecką Kripo (policję kryminalną).

*   *   *

Cztery lata później

Tymczasem miasto musiało przeżyć kilka bardzo ciężkich nalotów sowieckich bombowców. Po raz pierwszy Sowieci przylecieli póżnym wieczorem w Wielkanocną Niedzielę, 9 kwietnia. Nagle zawyły syreny, jakby zaskoczone w ostatniej chwili, bo niemal natychmiast zrobiło się jasno, jak w dzień, od zrzucanych na spadochronach oślepiających flar i usłyszeliśmy kanonadę dział przeciwlotniczych, a po chwili straszne detonacje jakichś niezwykle ciężkich bomb. Zbiegliśmy natychmiast do schronu i słuchaliśmy, jak te wybuchy coraz to zbliżają się do nas, bo w pobliżu było kilka obiektów wojskowych, jak chociażby dawne koszary Korpusu Kadetów, gdzie stacjonował Wehrmacht, lub wspomniany II Dom Technicki, zajęty przez Luftwaffe. Rzeczywiście gruchnęło coś tak potężnie, jakby bomba spadła na nasz dach, a potem już zdawało się, że wybuchy zaczęły się stopniowo od nas oddalać, nalot jednak nadal trwał. Samoloty nadlatywały, zrzucały bomby i odlatywały, ale na ich miejsce przylatywały następne. Wydawało się, że nigdy się to nie skończy. W istocie, nalot trwał pięć godzin! (od 20.45 do 2.05 – znalazłem te dane w świetnie udokumentowanej książce Grzegorza Hryciuka Polacy we Lwowie 1939–1944). Na drugi dzień oglądaliśmy ogromny lej na pustej parceli nieopodal nas. Zastanawialiśmy się, dla kogo była przeznaczona bomba, która go pozostawiła, i co zmieniło to jej przeznaczenie. Tydzień później (17 i 18 kwietnia) naloty powtórzyły się, może z mniejszą siłą, ale siejąc dalsze spustoszenia w mieście. Było bardzo wiele ofiar wśród ludności cywilnej, podobno jedna bomba trafiła w getto na Zamarstynowie, a obiekty niemieckie dziwnym trafem trwały nienaruszone. Ludzie zaczęli się zastanawiać, czy to przypadek, czy celowe działanie, a jeśli tak, to co miało na celu?
Wtedy to właśnie w naszym domu doszło do wydarzenia, które odsunęło w cień te rozważania. Było koło pierwszej w południe, chyba we środę 19 lub w czwartek 20, bo na pewno po tych dwóch sowieckich bombardowaniach, kiedy nagle do domu wpadł ojciec, blady jak papier. Powiedział do matki, już nie krępując się moją i siostry obecnością: – Wpadliśmy. Gestapo aresztowało dzisiaj już sześć osób z naszej komórki. Znalazłem ciężarówkę. Kierowca zgadza się wziąć tylko po jednej walizce na głowę. Mamy pół godziny. Pakujcie się, może się uda. Pół godziny później rodzice i my dwoje, z czterema walizami zapakowanymi chaotycznie i bez planu, opuszczaliśmy Lwów na platformie ciężarówki niemieckiej Organisation Todt, z zamiarem dotarcia do małej wioski Pantalowice po Przeworskiem, gdzie wuj mojej mamy był proboszczem. Kierowca ciężarówki, Austriak z Wiednia, widać bardziej sobie cenił amerykańskie dolary, które za to od nas dostał, niż wierność ideom Fuehrera. Pamiętam, że kiedy wyjeżdżaliśmy, miasto było całe udekorowane niemieckimi flagami, musiało to mieć związek z obchodzonymi właśnie 20 kwietnia urodzinami Hitlera. Kończył 55 lat i miał przed sobą jeszcze jeden najcięższy rok i parę dni, zanim odebrał sobie życie w berlińskim bunkrze. Ta okoliczność nam sprzyjała, bo zajęci przygotowaniami do świętowania Niemcy nie byli drobiazgowi przy sprawdzaniu papierów. Ojciec miał przy sobie jakieś fałszywe Urlaubsbescheinigung (zaświadczenie o urlopie) z Dyrekcji Deutsche Post Osten, gdzie pracował i konspirował. Mam je jeszcze w swoim archiwum, jest podpisane nieczytelnym gotykiem przez jakiegoś niemieckiego urzędnika. Nigdy się już nie dowiem, czy podpis był sfałszowany, czy zaświadczenie wystawione in blanco. A może ów Niemiec chciał świadomie ratować ojca?
Opuszczaliśmy Lwów, patrząc przez szpary plandeki na znajome ulice, na których zaczynały się już zielenić krzewy i drzewa, jakby przygotowując nas na spotkanie ze wsią, może dodając nam otuchy przy pożegnaniu jego starych murów. Nie wiedzieliśmy, że opuszczamy nasze miasto na zawsze.

JANUSZ MAJEWSKI, ur. 1931 we Lwowie, uczęszczał do Szkoły Powszechnej im. św. Marii Magdaleny. Od 1944 w Krakowie, tu ukończył Gimnazjum i Liceum im. J. Sobieskiego (matura 1949) oraz studia architektoniczne na Politechnice Krakowskiej. W latach 1955–59 studiował w Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi. Jako reżyser jest autorem filmów: Zazdrość i medycyna (wg powieści M. Choromańskiego, 1973), Zaklęte rewiry (wg H. Worcella, 1975), Lekcja martwego języka (wg A. Kuśniewicza, 1979), Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię i Album Fleischera (oba wg K. Kąkolewskiego), Lokis, CK Dezerterzy (3 części), Królowa Bona (serial TV) i szeregu innych.