Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Barbara Czałczyńska, FELIETON O POCHODZENIU

Nie pamiętam dobrze, w którym momencie swojego raczej już długiego życia, patrząc wstecz, odkryłam zupełnie nieoczekiwanie, że wszyscy moi najlepsi przyjaciele pochodzą ze wschodu. Za komuny nikt się specjalnie nie afiszował swoim pochodzeniem. Z czasów okupacji wszyscy wynieśliśmy często może nieuświadomiony strach przed „wielkim bratem”.
Ale powolutku w bliższych kontaktach okazywało się, że najlepsza koleżanka pochodzi z Baranowicz, a kolega, który „po sąsiedzku” przysiadł się do mojej szkolnej ławki – ze Stanisławowa, nie mówiąc już o całej rodzinie Jaremów, zawsze manifestującej swoje samborskie korzenie, i o Kornelu Filipowiczu, nie zapominającym o swym tarnopolskim rodowodzie. A wielu innych, z którymi bliżej zetknęło mnie życie, okazywało się być a to ze Lwowa, a to z Wilna. Zastanawiając się nad tym, nie umiem sobie wyjaśnić, co skłaniało mnie zawsze, aby wśród wielu ludzi, których znałam, za bliższych sobie uznać tych z kresów. Odbywało się to jakoś mimochodem, bez żadnych wstępnych ceremonii i oświadczeń. Po prostu było nam ze sobą bardziej „swojsko”.
A przecież i „tutaj”, gdzie rzucił nas los, i to „tam”, które byliśmy zmuszeni opuścić, to była ta sama Galicja, niegdyś cząstka cesarstwa austro-węgierskiego. I Tyśmienica, z której niegdyś wywędrował mój dziadek, to było takie samo galicyjskie miasteczko jak Limanowa, w której osiadł, mianowany naczelnikiem ck sądu. Nie czuł się tam na pewno obco, ale przywiózł ze sobą legendę tamtych stron, jakiś może odmienny obyczaj, którego widomym znakiem była na bożonarodzeniowym stole kutia. Pomimo tego, że wielokrotnie byłam w „tamtych” okolicach, nigdy nie udało mi się dotrzeć ani do Stanisławowa, ani do Tyśmienicy. Wiem, że Tyśmienicy takiej, jaką znał mój dziadek, nigdy nie zobaczę. Została zniszczona kompletnie. Przepadły księgi parafialne, w których mogłabym odnaleźć liczne rodzinne pamiątki, przepadły domy, ulice i ludzie, którzy po nich chodzili. Ale przecież nikt nie jest w stanie zniszczyć rzeczy tak zarazem ulotnej i trwałej, jaką jest przenoszona z pokolenia na pokolenie legenda.
Może na koniec wspomnę jeszcze mojego ojca, który większą część życia spędził w Anglii, podróżował dużo po świecie, ale zawsze twierdził, że najwspanialszym kurortem, jaki znał w swoim życiu, to był Truskawiec!
 
Barbara Czałczyńska