Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Maria Jordan, WAKACJE NAD PRUTEM

Po co ja piszę te wiersze?

Nikt mi nie kazał – nie muszę!

Lecz piszę, bo gdzie wyśpiewam

serce i duszę?...

 

Przez wiele lat spędzaliśmy dwumiesięczne wakacje w dolinie Prutu. Zwykle po Wielkanocy Rodzice udawali się tam, by zamówić u Hucułów mieszkanie, a potem w pierwszych dniach lipca wyruszaliśmy w drogę. Przez Stanisławów przejeżdżały liczne pociągi z całej Polski, ponieważ Jaremcze i Worochta były chętnie odwiedzane przez letników z całego kraju. Pociągi były punktualne i o określonych godzinach dudniły na moście w Chryplinie na Bystrzycy Nadwórniańskiej. Ojciec – gdy siedział wieczorną porą na naszym balkonie przy ul. Kazimierzowskiej, słysząc pociąg relacji Worochta-Lwów – wstawał i mówił: Już dziewiąta dziesięć – czas iść spać...

Kamienny most kolejowy w Jaremczu  (nie istniejący)

Dolina Prutu była cudownym zakątkiem: otoczona wysokimi, zalesionymi górami, ugrupowanymi nad malowniczo ukształtowanym korytem rzeki. Ze Stanisławowa, odległego od Worochty o 120 km, jechało się najpierw po równinie podkarpackiej z niezapomnianym widokiem na pasma Gorganów i Czarnohory, które zbliżały się w miarę szybkiego posuwania się pociągu. Mijając Nadwórną, która – już otoczona górami – leży w kotlinie, linia kolejowa wznosi się na dział wód między Bystrzycą a Prutem, i z tego wzniesienia, zataczając piękny łuk i mijając Lubiżnię, pociąg wjeżdża na pierwszy ze sławnych kamiennych wiaduktów, które będą nam towarzyszyły do końca drogi. Te mosty, powstałe jeszcze za czasów austriackich, lecz przez polskich inżynierów stworzone, odznaczały się czystą linią oraz długością i wysokością śmiałych łuków. Stały się one przed wojną symbolem Huculszczyzny. Gdy w latach 50. spędzałyśmy z Mamą wakacje w Wiśle-Dziechcince, codziennie prawie szłyśmy do aż do Wisły-Głębiec, bo tam znajduje się jakby miniaturka naszych mostów huculskich, o podobnej kamiennej konstrukcji. Siadałyśmy przed nim i patrzyły...

A więc za Lubiżnią wjeżdżało się na most w Delatynie. Delatyn był bramą do Huculszczyzny – już widać było rozsiane grażdy huculskie. Do dziś pamiętam, z jakim podziwem patrzyłam na burzliwą rzekę pod wysokim, wielopiętrowym mostem delatyńskim, który łagodnym łukiem skręcał w lewo.

 

Wolne, klasyczne, kamienne łuki,

to pną się w górę, to znów w dół się kłonią...

A rzeka huczy – gromkie, głuche huki

Po kamienistym żwirze cudnie dzwonią...

Jedziemy dalej – most już przejechany...

A przed nami wśród szczytów Huculszczyzna woła...

                                         (Delatyn, 1936)

 

Przejechawszy most w Delatynie, jechało się dalej doliną Prutu i mijało kolejne miejscowości, ukryte w zgrupowaniach gór o niepowtarzalnym uroku! Dora – wieś huculska i letnisko, miejsce wypadowe do interesujących szlaków turystycznych. Jaremcze, wtedy zwane po cichu Jarmułczem, z uwagi na wielkie skupiska letników żydowskich, a dalej, przez najwspanialszy z kamiennych mostów, obok wodospadu i Kamienia Dobosza, dojeżdżało się do Jamny – aby pokłonić się bardzo oryginalnemu wodospadowi:

 

nad gościńcem wyniesiony

 

wyrasta skalny zwał...

A po ścianach owych zboczy,

Wstęgą wody cudnie lśni...

I kaskady jasne toczy

Cud – Kapliwiec, sen przeźroczy

I w promieniach słońca drży...

                                         (Jamna, 1938)

 

Podobno obecnie wodospad Kapliwiec już nie istnieje, tak jak wiadukt w Jaremczu...

Po Jamnie, przez tunel, pociąg wjeżdżał na maleńką stacyjkę Diłok – miejscowość pięknie położoną nad Prutem, wspaniałą bazę letniskową u Hucułów. Tu zawiązywały się z nimi przyjaźnie. Moim przyjacielem był Dziadek Hundziak, który pykając długą fajką, opowiadał mi rozmaite historie.

Worochta (widok przedwojenny)

Największą przyjemnością było oczekiwać na stacji Diłok na pociąg, najpierw dudniący w tunelu, a następnie wyłaniający się z zadymionego otworu i z sapaniem zatrzymujący się na przystanku. Wtedy wszyscy – zarówno stojący na peronie, jak ci z okien wagonów – jak na komendę, wśród śmiechu, zaczynali wykrzykiwać tajemnicze słowo Hules – Hules. Tak się działo na wszystkich stacjach i stacyjkach w dolinie Prutu – było to pozdrowienie, przywitanie i pożegnanie podróżnych, mające swoją legendę. Oto dawno temu pewna Żydówka oczekiwała w Jaremczu na przyjazd ze Lwowa swojego męża Hulesa, ale on jakoś nie kwapił się z powrotem. Ona więc wychodziła codziennie do wszystkich pociągów i biegała wzdłuż wagonów, wołając jego imię: Hules! Hules! Okrzyk był podejmowany przez rozbawionych podróżnych, i tak się przyjęło na lata.

Diłok miał charakter klasycznej wsi huculskiej:

 

... I tak tu cicho, tak dostojnie,

chatki huculskie śpią spokojnie

na szczycie górskich łąk...

                                         (Diłok,1936)

 

W nocy Diłok miał swoisty urok. Nieraz siedzieliśmy na pidganiu huculskiej grażdy i patrzyliśmy w letnie niebo:

 

...Ciemno! Ciche we mgle stoją

popodniebne góry.

Już sczerniały, zmatowiały

przedwieczorne chmury...

Ciemno! Cicho, gdzieś hen – w górze

błyska światło małe.

To huculskie gdzieś domostwo

w górach zabłąkane...

                         (Diłok, 1936)

Bardzo często przechodziliśmy przez most na Prucie w kierunku Mikuliczyna. Dalej szło się gościńcem, mijając pensjonaty, a w głębi w lesie widać było sanatorium przeciwgruźlicze Uniwersytetu Lwowskiego. Roześmiani, weseli stu­denci nadawali życiu Mikuliczyna charakter beztroski W niedzielę, śpiewając, szli gromadą do centrum, gdzie obok siebie stały dwa kościoły: rzymskokatolicki, gdzie zbieraliśmy się na nabożeństwach, i stara drewniana cerkiewka greckoka­tolicka.

W latach gdy przenieśliśmy nasze „wakacyjne leże” do Mikuliczyna, musieliśmy zawsze brać ze sobą naszego Bomcia, który zwykle po 10 minutach samotności w pensjonacie zaczynał wyć. Chodził więc z nami na msze święte, i przywiązany przy stylowym płocie u wejścia do kościoła, czekał tęsknie. Mieliśmy „dyżury” – każde z nas wychodziło kolejno na zewnątrz, by serce psie zadowolić. Kiedyś, przy końcu wakacji, biskup polowy WP, ks. Józef Gawlina, który w tym czasie codziennie odprawiał msze, dziękował letnikom za tak liczne uczestnictwo w nabożeństwach, zwracając się szczególnie w kierunku tych rodzin, które przychodziły nawet z żywym inwentarzem. Powiedział to tak ciepło i serdecznie, że dostaliśmy oklaski zgromadzonych wiernych. Obie z Mamą byłyśmy purpurowe, a Ojciec bliski zawału!

Gdy mieszkaliśmy w Mikuliczynie, czasem po Służbie Bożej w cerkiewce wpadał do nas stary Hundziak i prowadził dalej ze mną „rozmowy literackie”. Od niego dowiedziałam się na przykład, że salamandry nie rodzą się z jaj (!?), jak inne hadziuki (gady, płazy), ale powstają z ognia i dlatego mają na ciele plamy krwiste lub pomarańczowe.

Niedawno wykorzystałam ten wątek w czasie Rady Naukowej w Krakowie, w której uczestniczyłam jako recenzent pracy naukowej nad rozrodem salamander. Widząc, że za chwilę doktorant padnie trupem z emocji, opowiedziałam niewinnie legendę o powstawaniu salamander. Okazało się, że część członków Rady to kresowianie, znający tę bajkę. Zaczęła się krótka dyskusja na temat piękna Huculszczyzny i kultury huculskiej, co pozwoliło doktorantowi zebrać zmysły do przebrnięcia dalszych etapów przewodu doktorskiego.

Inną huculską legendą starego Hundziaka było opowiadanie o Niesamowitym Jeziorku pod Turkułem (a legendę tę znalazłam potem w literaturze):

 

Jezioro Niesamowite jest czarne, jak oko potwora. W czarnym zwierciadle widzą się góry. Lecz ptak się przejrzeć w nim boi. Jezioro jest szczególnie straszne w noce burzliwe, gdy widać w nim podobno:

Stwory straszliwe i fale się przelewają – Mówią Huculi z nabożnym strachem,

Kładąc trzy krzyże na siebie.

I gdy bezpieczni pod grażdy dachem – Że diabeł tam dusze grzebie... 

W taką noc, według Hundziaka:

Jest jednak sposób na jego tany,

By ściszyć jęki i zgrzyty,

By umilkł cichy i zasłuchany –

Wystarczy zadąć w trombity...

 

Wówczas Didko podobno pokornieje, jezioro cichnie. Korzystając z z zasłuchania Didka, należy trombitę zanurzyć w jeziorne wody.

 

Takie trombity grają najrzewniej,

O cudzie gór granitowych.

Takie trombity głoszą najrzewniej

O tajemnicach szczytowych.

                                         (Mikuliczyn, 1937)

 

Bo trzeba wiedzieć, że na Huculszczyźnie gorliwa modlitwa, różnobarwna, bogata w liturgiczną oprawę religijność, o krok tylko sąsiaduje z tradycyjną, wkorzenioną głęboko magią, zabobonami. Na każdym kroku Huculi wierzą w nadziemskie siły, które tylko dybią na ich losy. Niektórzy Huculi, a zwłaszcza kobiety, trudnią się znachorstwem, ziołolecznictwem, „zamawianiem” chorób. Myślę nawet, że i teraz, po upływie tylu lat, ciągle jeszcze te praktyki żyją na Huculszczyźnie.

Mikuliczyn miał charakter bardziej letnis­kowy, w centrum były sklepy, obok kościołów restauracja, był też Mikuliczyn bazą wypadową, z której urządzano wycieczki na pobliskie szczyty, krótsze spacery w kierunku Podleśniowa, Żeńca, Tatarowa. Upalne dni spędzano nad Prutem.

Prut, rzeka mego dzieciństwa, ciągle inny, zawsze urzekający, mający różne oblicza, w zależności od pogody, pory dnia, wiatru...

 

Zanurzam się w chłodne fale, kręgi się złote i srebrzyste toczą,

I kropelkami dzwonią wspaniale, i powracają tęczą przeźroczą...

Czasem się przedrze słońce poprzez wodę i obejmie pocałunkiem żwiry,

Czasem się fala wyrwie na swobodę i bijąc w kamień, na kształt szemrze liry,

Czasem od liści drzew starych na brzegu padnie cień szary, ponury i czarny.

Wtedy się wody zaciemnią w swym biegu, to znowu błysną, jak błękit w dzień parny,

Duże i małe kamienie szarawe piętrzą nad sobą kaskady pstrej wody.

Czasem od słońca błyszczą się złotawe. I cicho lecą muszek korowody...

                                         (Mikuliczyn, 1937)

 

Gorgany. Połonina Chomiaków i Syniak (1664 m n.p.m.)Ale poznaliśmy także potęgę i śmiertelną siłę Prutu w 1934 roku, gdy po kilku lipcowych ulewach wystąpił z brzegów, porwał chałupę, w której mieszkaliśmy, zaczęła się powódź. Wówczas Huculi uratowali nas od pewnej śmierci. Pamiętam, że w czasie tej akcji nie nazywali rzeki po imieniu – mówili cicho: pane, ON idzie...

Gdy z Mikuliczyna szło się w kierunku Tatarowa, mijając Podleśniów – przystawaliśmy oniemiali z podziwu, widząc przed sobą poprzez dolinę Żeńca, malowniczy, niepowtarzalny zespół szczytów: Chomiak, Syniak, Gorgan. Szczególnym, dziecinnym uczuciem darzyłam Chomiak – piękną, rozło­żystą piramidę, widoczną nawet, przy sprzyja­jącej pogodzie (zwłaszcza zimą), z okien naszego mieszkania w Stanisławowie. Szczytowi temu poświęciłam kilka wierszy, przekazując mu wiele ciepłych słów:

 

Gną się w głuchym pędzie drzewa,

Śnieg stopiony wiatr rozwiewa,

Pędzą zwały chmur.

Dech zapiera czyste tchnienie,

Słychać głuche drzew westchnienie,

Pędzi wiatr od gór.

Chomiak groźny, zadumany,

Mrukiem rozgrzmi swoje ściany

Pośród śnieżnych skał.

I śnieg zrzuci z swego szczytu,

I wyciągnie łeb z granitu

Jakby duszę miał. [...]

                                         (Połoninny wiatr,

Stanisławów, 1938)

 

Chomiak szczególnie piękny był od strony Jabłonicy, a zwłaszcza z przełęczy Jabłonickiej, inaczej zwaną Tatarską, gdzie często podjeżdżaliśmy dorożką, a czasem wchodziliśmy od strony Woronienki. Nieco dalej widok był jeszcze rozleglejszy. Tam –

 

Z przełęczy Tatarskiej, cóż za bezmiar przestrzeni,

Aż giną, aż się gubią nasze małe oczy...

Tu Howerla odcina kontur swoich zboczy,

Tam Pietros jeży ostry rys grzebieni...

A Bliźnica łańcuchem w białych grzęźnie chmurach

I topi szczyt wysoki w błękitnych lazurach...

Ówdzie na jakichś szarych rozpadlinach, zboczach

Śnieg widać jeszcze biały, jasną plamą leży...

Horyzont znikł. Wzrok mój za łańcuchami bieży,

Ciągle nowe widać – mgła je kryje przeźrocza...

W tym przestrzeni bezmiarze człowiek się zatraca.

Żal mi tylko, że muszę już w dolinę wracać...

                         (Przełęcz Tatarska, 1938)

 

Wakacje w 1939 roku spędziliśmy nad morzem. 17 września weszli do nas Sowieci, zaczęła się straszna okupacja bolszewicka, potem hitlerowska. Umiłowany łańcuch – Czarnohora i Gorgany, widoczne z naszych okien, stały się granicą między nami a wolnością – tam byli „nasi chłopcy”. Byliśmy odcięci od świata, ale wierzyliśmy, że nasze dywizje wejdą, odbiją nas. Napisałam wiersz, zwracając się do gór z wyrzutem:

 

Po co mam tęsknić do was, góry,

spoglądać w wasze białe skronie?

Po to, by widzieć poza wami

wolność, co już nie dla nas płonie?

Po co ma rwać się moja dusza

do was, na wierchy i szczyty?

Po to, by jęk odnowić w uszach

i kraj zobaczyć krwią pokryty? [...]

                                         (Stanisławów, 1941)

 

Od Redakcji: Swoje serdeczne wspomnienie o wakacjach spędzanych przed wielu laty na Huculszczyźnie Autorka ubarwiła własnymi młodzieńczymi wierszami. Nie wszystkie z nich zapewne usatysfakcjonują dziś swoją formą, ale na pewno autentycznym zachwytem nad pięknem tamtych utraconych stron. Niech jednak o poetyckich możliwościach Autorki zaświadczy piękne motto, otwierające powyższe opowiadanie.

Notkę biograficzną Autorki zamieściliśmy w CL 2/96.