Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Ewa Lempart, PRZYSZLI PO NAS (3)

TRUDNY ROK OSTATNI

Ewa Nechay, szybowcowa rekordzistka świata, 1953W lecie rozchorowałam się na tyfus brzuszny i przez sześć tygodni leżałam w wysokiej gorączce walcząc o życie. Biedna mama, która dopiero co straciła matkę, bała się, że i mnie może stracić. Ale jakoś z tego wyszłam. Jeszcze będąc w gorączce, zobaczyłam, że ze szpar w podłodze wyłażą ogromne dwa szczury. Przerażona zaczęłam krzyczeć: – Mamo – szczur, szczur! Mama wystraszyła się, bo myślała, że majaczę w gorączce, ale zbudził się też Jacuś i zawołał, że on też widzi szczury – są tam pod łóżkiem. I tak ze szczurami pod podłogą mieszkaliśmy już do końca.

Bardzo głodny był rok 1944. Zmniejszono racje chleba na kartki. Jedliśmy pożywienie normalnie uważane za niejadalne dla ludzi. Podkradało się z dołów ziemnych kiszkę dla bydła lub tzw. żmych, czyli prasowane ziarno słonecznikowe, przeznaczone dla bydła. Chudzi, wycieńczeni, ze szkorbutem i niegojącymi się czyrakami na nogach z powodu braku witamin, jednak przeżyliśmy ten rok. Wieczorami zbieraliśmy się w mieszkaniu pani Stefy Urzędowskiej, nauczycielki, i z nieodłącznym kłębkiem wełny pod pachą i drutami z robótką w rękach słuchaliśmy oczarowani czytanych przez nią książek: „Krzyżaków”, „Trylogii”, „Pana Tadeusza” i innych. Nawet gdy wyłączali światło w zimie – czytanie i robienie swetrów na drutach odbywało się przy kopcących, zamoczonych w nafcie knocikach.

Jeszcze jesienią 1944 r. mamę spot­kała przykra przygoda. Po sprzedaniu na bazarze w Semipałatyńsku swetrów, kupiła trochę łoju baraniego i na tym nakrył ją milicjant. Oskarżył ją, że jest handlarką i poprowadził do komisariatu. Mama, bojąc się aresztowania, zdjęła z palca ostatnią złotą rzecz, jaką posiadała – obrączkę, i dała ją milicjantowi prosząc, żeby ją puścił. Ale to jeszcze pogorszyło sprawę – widocznie uznał, że obrączka to za mało – dość, że w komisariacie oskarżyli mamę nie tylko o nielegalny handel, ale i o łapownictwo. Przez całą noc przetrzymali ją w areszcie, a u nas w domu zrobili rewizję, lecz nic nie znaleźli. Rano ją wypuścili, oddając i obrączkę i tłuszcz. Wróciła do domu rozstrzęsiona i zapłakana, ale szczęś­liwa, że znowu jest z nami.

Rok 1945 był obfity w wydarzenia międzynarodowe. W styczniu została wyzwolona Warszawa, w lutym konferencja w Jałcie, a 8 maja kapitulacja Niemiec. W lipcu konferencja w Poczdamie, w sierpniu Hiroszima i Nagasaki. Do nas te wszystkie wiadomości naturalnie też docierały, ale nic to nie zmieniło w codziennej walce z głodem, o przeżycie, o doczekanie się wolności. [...]

* * *

Pod koniec 1945 roku Związek Patriotów Polskich zaczął organizować repatriację Polaków z ZSRR do kraju. Lecz minęła jeszcze zima, i dopiero na wiosnę 1946 r. wydano nam kartę repatriacyjną. Przestałam pracować w cegielni. Wraz z resztą młodzieży zamieszkałej przy cegielni pojechałam do ZPP do Semipałatyńska na egzamin. Po odpowiedzi na parę pytań z geografii, historii i po wykazaniu się umiejętnością pisania i czytania po polsku dostałam świadectwo z piątej klasy szkoły powszechnej, a miałam wtedy już ukończone 15 lat.

Wreszcie z początkiem maja 1946, zaopatrzeni przez ZPP w chleb i prowiant na drogę, załadowaliśmy się do bydlęcych wagonów i wyruszyliśmy w drogę powrotną – po sześciu latach wygnania, wychudzeni i obdarci, ale bardzo szczęśliwi. Wagony były otwarte, nie zaryglowane jak poprzednio. Na naprędce zrobionych z dwóch cegieł i kawałka blachy kuchenkach gotowało się jakieś zupki. Wszędzie było słychać śpiew i śmiechy.

Wracaliśmy południową trasą przez Ałma-Atę. Gdy nasz transport zatrzymał się na granicy na Bugu, wszyscy wyszli z wagonów i całowali ziemię. Było tam pełno wojska, wszyscy rzucali się sobie w ramiona, potem były tańce przy dźwiękach harmonii i wspólne śpiewy. Jeden z polskich żołnierzy zapytał: – Dlaczego wy się tak strasznie cieszycie? Przecież to już nie jest ta sama Polska, jaką znacie sprzed wojny.

Gdy transport szedł na ziemie zachodnie – my w czasie postoju w Lublinie odnaleźliśmy rodzinę. Za jej namową opuściliśmy transport, żeby stamtąd udać się do Torunia, do siostry mamy, Anieli. Ze łzami w oczach żegnaliśmy się z jadącymi dalej naszymi towarzyszami sześcioletniej niedoli. Gdy u cioci w Lublinie poczęstowano nas kolacją, Jacek pytał: co to te małe czerwone kuleczki – a to była rzodkiewka.

Następnego dnia wsiedliśmy już do normalnego, osobowego wagonu i pojechaliśmy do Torunia. Znaleźliśmy się tam 26 maja. Ciocia Aniela odstąpiła nam jeden pokój, a sama zamieszkała w najmniejszym. Trzeci pokój był jadalnią i sypiał tam mąż cioci – wujek Władek, gdy wracał na niedzielę z pracy we Włocławku. Był tam jeszcze jeden pokój, który zajmowała bardzo sympatyczna emerytowana nauczycielka. Oprowadzała mnie po starych zabytkach Torunia i nauczyła kochać piękno. Przygotowywała mnie też do Pierwszej Komunii, która jest tak uroczyście obchodzona w Polsce. Moja była skromna i jakby wstydliwa – przecież miałam już prawie 16 lat.

Lato 1946 r. miałam bardzo pracowite. Gdy inni byczyli się na wakacjach, ja musiałam nadrabiać wszystkie zaległości ze szkoły powszechnej. We wrześniu poszłam na egzamin i w jednym roku przerobiłam dwie klasy. Moja edukacja podstawowa była więc bardzo pobieżna i do dzisiaj odczuwam pewne braki w wykształceniu.

Mama, stęskniona do życia rodzinnego, myślała, że na stałe zainstalujemy się u cioci Anieli, jednak w 1947 r. przenieśliśmy się do Krakowa, gdzie mieszkała duża część rodziny – i ta, co stale tu żyła, i ta, która przybyła ze Lwowa. Zamieszkaliśmy u cioci Marychny, znowu w jednym pokoju, przez który cała rodzina chodziła do kuchni i łazienki.

Uczyłam się w gimnazjum im. Mickiewicza i tam zdałam małą maturę. Cała rodzina zastanawiała się, do jakiego liceum posłać mnie jesienią, ale jak zobaczyli szkice i kukiełki, które czasem robiłam – zgodnie uznali, że powinnam pójść do Liceum Plastycznego, bo po mamie i babci Wandzi odziedziczyłam zdolności artystyczne. I tak się stało – jesienią 1948 r. rozpoczęłam naukę w Liceum Plastycznym przy ul. Lea. W tej samej klasie uczyły się ze mną takie przyszłe sławy, jak Bolesław Chromy, Władysław Boniecki i Adam Macedoński, a w klasie równoległej Starowieyski i Kucówna.

Pod wpływem nowego środowiska, z zahukanej kazachstańskiej dzikuski zaczęłam przeistaczać się w „artystyczną duszę”. Dumnie dźwigałam ogromną teczkę z rysunkami i kasetę z farbami. Podobało mi się wszystko, co zalatywało ekstrawagancją i niecodziennością. I może dlatego, gdy przeczytałam, że „Służba Polsce” organizuje dla dziewcząt i chłopców szkolenie na szybowcach – wraz z dwiema koleżankami postanowiłyśmy spróbować trochę pobujać w przestworzach.

 

(Koniec)

 

Z notki biograficznej, zamieszczonej po pierwszym odcinku wspomnień Ewy Nechay-Lempar­towej (CL S/99), wiemy, że Autorka nie zos­tała artystką, lecz ukończyła studia politechniczne i pracowała jako projektant. A z próby „pobujania w przestworzach” wynikł po kilkunastu latach szybowcowy rekord świata w przelocie szybkościowym.