Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Wertując wydawnictwa

• Wywiad udzielony przez prof. S.S. Nicieję ukazał się w „Rzeczpospolitej” 147/99, a przeprowadziła go Magdalena Bajer (Cokół i figury). Tematem jest wydana w ub. roku książka Profesora pt. Łyczaków, dzielnica za Styksem (pisaliśmy o niej w CL 1/99). Profesor przedstawia swoją „drogę do Lwowa”, która, jak pisze, jest największą przygodą intelektualną mojego życia i jedną z największych moich miłości – myślę, że odwzajemnioną. Mówiąc o swojej pracy, zauważa, że gdyby nie trafił do tysięcy lwowskich rodzin, do archiwów domowych – nie wyrwałby z zapomnienia setek niezwykle oryginalnych ludzi.

O roli Lwowa mówi: U schyłku XIX wieku miasto osiągnęło swoje apogeum. Lwów miał kilka momentów w dziejach, kiedy stawał się wielki i ważny, jednak najważniejszy okres ja datuję na lata 1870–1914. Był wtedy stolicą autonomicznej Galicji i odgrywał niezwykłą rolę w życiu, zatem i historii całej Polski. Gdy Polska utraciła Lwów po pierwszym rozbiorze, to było zapyziałe miasteczko, liczące mniej więcej 20 tysięcy mieszkańców z mało znaczącym uniwersytetem. I nagle, u schyłku XIX wieku, o uniwersytecie lwowskim staje się głośno w Europie, mającej setki uniwersytetów. Pojawiają się w nim nazwiska światowe: wielcy matematycy, wielcy filolodzy: Juliusz Kleiner, Antoni Józef Małecki, prawnicy, wielcy lekarze, jak choćby Ludwik Rydygier, który przeprowadził pierwszą operację na otwartym żołądku, wielcy filozofowie, jak Kazimierz Twardowski, twórca szkoły filozoficznej, historycy: Ludwik Finkel, Karol Szajnocha, Szymon Askenazy, Michał Bobrzyński. Podobnie jest z Politechniką, podobnie jest z akademią rolniczą w Dublanach pod Lwowem – wszędzie mamy liczne środowiska ludzi o wielkim dorobku, o ciekawych osobowościach, wyrazistych i mocno zaznaczających się w życiu miasta. I dalej: [...] Jak wyglądałaby odrodzona Rzeczpospolita, gdyby nie miała tych kadr wykształconych we Lwowie? [...] Szczególnie płodny był, jak już mówiłem, okres autonomii galicyjskiej i to owocuje do dzisiaj, choć Lwów od 60 lat nie należy do Polski.

Magdalena Bajer zadaje w końcu profesorowi pytanie: Jak długo będzie istnieć żywa legenda tego miasta [...]? Nicieja jest optymistą. Zauważa, że w ciągu 10 lat od zniesienia cenzury powstało ponad 300 książek o Lwowie. W historii Lwowa jest tak dużo materialnych pamiątek, zabytków najwyższej próby, którym na szczęście, już nie grozi zagłada [my nie bylibyśmy takimi optymistami – przyp. redakcji], że ciągle będziemy z tej skarbnicy czerpać.

Podoba się nam to, co mówi prof. Nicieja, bo nasza redakcja od początku stara się rejestrować i przekazywać to, co czyniło ze Lwowa miasto szczególne. Choć są tacy historycy, którzy z gorliwością neofitów usiłują to wymazać z pamięci Polaków.

 

• W „Dzienniku Polskim” 248/99 przeczytaliśmy rozmowę red. Włodzimierza Knapa z Jerzym Kozakiewiczem, b. ambasadorem RP w Kijowie (1993-96), pt. Trudne sąsiedztwo. W rozmowie znalazło się kilka ustępów, które korespondują z naszymi przekonaniami, gdy chodzi o dość zauważalną różnicę postaw ze strony Polski i Ukrainy wobec partnera. Wyglądałoby na to, że Polska musi „chować do kieszeni” wszystkie wybryki tamtej strony (bo tak to „ustawił” min. Skubiszewski), ale Ukrainie na wzajemności nie zależy. Oto fragmenty wypowiedzi ambasadora, z zawodu historyka, dziś pracownika Instytutu Studiów Politycznych PAN:

[...] Teza, że prawdziwie niepodległa Polska nie jest możliwa bez niepodległej Ukrainy, nie ma przecież dostatecznego potwierdzenia w naszym historycznym doświadczeniu. To raczej ładnie brzmiący slogan, ale zarazem pewne polityczne nadużycie, zwłaszcza że obecnie fakty przemawiają przeciwko temu. Po definitywnym akcesie naszego kraju do struktur Paktu Północnoatlatyckiego nasze bezpieczeństwo gwarantowane jest w inny sposób i przez inne mechanizmy i podmioty polityki międzynarodowej. [...] Oczywiście, istnienie państwa ukraińskiego jest dla nas wartością samą w sobie, bo np. uniemożliwia rekonstrukcję imperium rosyjskiego, ale chyba nie ma dziś bezpośredniej zależności między ukraińską państwowością a naszym bezpieczeństwem narodowym i bytem państwowym. [...]

Na pytanie redaktora, na ile Ukrainie potrzebny jest nasz kraj, Kozakiewicz odpowiada:

Wydaje się, że raczej tylko w niewielkim stopniu, niestety. Realizując „politykę paralelizmu”, zrobiliśmy od momentu proklamowania ukraińskiej niepodległości wiele, w tym także sporo politycznych gestów, które naszego ukraińskiego partnera powinny były przekonać o szczerości polskich intencji nawiązania bliskich stosunków sąsiedzkich. Ukraina – właściwie poza usiłowaniem wciągnięcia Polski w krąg swojego konfliktu z Rosją – nie chciała dostrzegać innych, ważnych dla siebie politycznych interesów w Warszawie. Polska zaś, jak i inne kraje Europy Środkowej, nie mogła i nie chciała dać się wciągnąć w konflikt pomiędzy Kijowem a Moskwą, co sprawiło, że Ukraina straciła do pewnego stopnia polityczne zainteresowanie naszym krajem. Zwłaszcza że Polska nie może udzielać Ukrainie takiego rodzaju pomocy, który jest dla Kijowa najbardziej pożądany – pomocy finansowej.

Na temat częstych spotkań prezydentów:

Spotkania prezydentów zawsze mają polityczne znaczenie, szczególnie w stosunkach sąsiedzkich. Nie one jednak – niestety – stanowią o jakości tych stosunków. Przeciwnie, powiedziałbym – może z pewną przesadą – że dzisiejszy stan stosunków polsko-ukraińskich to pasmo naszych spektakularnych porażek, zwłaszcza w sytuacji, gdy obie strony nazywają siebie partnerami strategicznymi i gdy prezydenci wyjawiają sobie osobiste sympatie, a nawet przyjaźń. Przypomnijmy jednak, że parlament ukraińs­ki przez wiele lat odmawia ratyfikacji porozumienia o wspólnym [...] batalionie sił pokojowych. Drugą [z porażek] jest proklamowanie przez prezydenta Kuczmę 17 września ukraińskim świętem ogólnopaństwowym. Ukraina ma tego dnia świętować tzw. zjednoczenie ziem ukraińskich, co oznacza, że realizację tajnego protokołu traktatu Ribbentrop-Mołotow podniesiono do rangi święta państwowego.

Skandaliczna jest również bezradność polskich władz państwowych w sprawie rekonstrukcji Cmentarza Orląt Lwowskich. Okazuje się, że ani zapisy polsko-ukraińskiego traktatu głównego, ani litera dziesiątków szczegółowych porozumień w tym względzie, ani wreszcie tylekroć deklarowana przyjaźń obu prezydentów i ich zapewnienia [...] – nie są wystarczającą obroną przed bezczelną samowolą lwowskich urzędników. Podobnie rzecz się ma z setkami zabytków kultury materialnej na Ukrainie, dworów, kościołów, zamków, klasztorów, bibliotek, galerii, parków, bezpowrotnie niszczejących z powodu braku wspólnego programu ochrony, rekonstrukcji i zagospodarowania, lecz często właśnie jako niewygodne świadectwa minionej polskiej obecności na tych ziemiach. [...]

Dalej ambasador mówi o dramatycznej sytuacji mniejszości polskiej w państwie ukraińskim, dopuszczając podejrzenie, że rytuał wizyt [prezydentów] zakrywa być może rzeczywistą pustkę stosunków polsko-ukraińskich.

Na temat sytuacji społecznej w państwie ukraińskim:

[...] zapaść gospodarcza nie ułatwia procesów społecznych, w tym także tożsamościowych. Jednak groźniejszy wydaje się bardzo niski poziom świadomości politycznej ukraińskiego społeczeństwa, wynikający zwłaszcza z braku tradycji własnej państwowości i głębokiej sowietyzacji zachowań społecznych. Ukraińskie społeczeństwo uczestniczy w życiu wewnątrz-politycznym w bardzo ograniczonym stopniu, a przeciętny Ukrainiec nie wie, po co mu ukraińska niepodległość, co z nią robić i do czego miałaby ona posłużyć. Innymi słowy ukraińskie społeczeństwo nie umie korzystać ani z własnej państwowości, ani z procedur demokratycznych. [...]

To zaledwie fragmenty wypowiedzi ambasadora Kozakiewicza, wybrane pod kątem naszego zainteresowania sprawami Lwowa i Małopolski Wschodniej oraz egzystencji tam Polaków.

 

Widok Lwowa z końca XVIII w. Strzałką wskazano kościółek św. Elżbiety i zabudowania szpitala św. Ducha wokół niego. Obok, po lewej, kościół Jezuitów.

W miesięczniku „Poznaj Świat” nr 8/99 znalazła się relacja z międzynarodowej konferencji, poświęconej problemom ochrony zabytkowej zabudowy Lwowa, wpisanej na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO (głównie za sprawą strony polskiej – pisaliśmy o tym w CL 1/99). W auli Politechniki Lwowskiej – tej z obrazami Matejki – spotkali się przedstawiciele środowisk architektonicznych Lwowa, Wiednia i Grazu (widać, że Austriacy mają skłonności do Ost-Galizien) oraz Wrocławia (prof.prof. O. Czerner i T. Zipser, a ze strony PŚ red. A. Bajcar).

Miejscowi uczestnicy poinformowali o obłędnym w zamyśle planie urbanistycznym Lwowa, przygotowanym w czasach stalinowskich. Miał on gruntownie zmienić charakter miasta, nadając mu sowiecką fizjonomię kosztem historycznej zabudowy. Na szczęście nie doczekał się realizacji.

My zadalibyśmy dwa pytania: czy nad tym planem koncepcyjnie pracowali sami Rosjanie? I – jak traktować systematyczne zacieranie (w chwili obecnej) historycznego oblicza zabytkowego cmentarza Łyczakowskiego, zamienionego wszak na muzeum?

W tym samym piśmie firma turystyczna z Przemyśla reklamuje wycieczki w Czarnohorę i Gorgany.

• Tom LXVI Studiów i Materiałów z Historii Kultury Materialnej (Wydawnictwo Instytutu Archeologii i Etnologii PAN, Warszawa 1998) pt. Szpitalnictwo w dawnej Polsce – zbiór artykułów pod red. M. Dąbrowskiej i Jerzego Kruppe – zawiera opracowanie Oksany Denys: Szpital Świętego Ducha we Lwowie. Wiemy, gdzie ten najstarszy szpital lwowski stał: została po nim nazwa placu św. Ducha przy Wałach Hetmańskich (obecnie jakoś inaczej się nazywa, ale to nieważne), brakowało natomiast bliższych danych o dokładnym umiejscowieniu i strukturze obiektu. Szczęśliwym trafem, gdy wykonywano jakieś rozkopy na tym placu, natrafiono na fundamenty i resztki murów budynku szpitala i związanego z nim kościółka św. Elżbiety. Szpital powstał w kazimierzowskim Lwowie w średniowieczu (koniec XIV w.), a w 1780 r. zawalił się, kościół rozebrano, majątek zaś przekazano nowszemu szpitalowi św. Łazarza. Na części terenu należącego do szpitala już wcześniej zbudowano kościół i kolegium Jezuitów (które było pierwszym uniwersytetem lwowskim). Badaniami archeologiczno-architektonicznymi pozostałości szpitala kierował dr Witold Aulich z Instytutu Nauk Społecznych Akademii Nauk we Lwowie. Przy okazji natrafiono na inne jeszcze znalezisko: kamienny kartusz z herbem Lwowa z 1608 r. (najstarszy z dotychczas odnalezionych kartuszy).

W innych artykułach, omawiających ogólnie dawne szpitalnictwo polskie, wielokrotnie pada nazwa Lwowa i innych miast wschodniomałopolskich.

Książka dostępna w księgarniach o profilu naukowym

Na marginesie: piszący te słowa już od dawna „zbiera się” do opracowania historii szpitalnictwa lwowskiego i wschodniomałopolskiego, na przeszkodzie jednak ciągle stoi brak czasu. A może ktoś inny to już uczynił?

Stefan Sochaniewicz