Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

LISTY OD REDAKCJI

Pan Andrzej Konoplicki, zamieszkały w Poznaniu, wytknął nam trzy istotne błędy rzeczowe w nrze S/99, które prostujemy dla porządku w erracie. A oto list p. Andrzeja, dający szersze wyjaśnienia (z nieznacznymi skrótami):

Czytając ostatni, jak zwykle bardzo interesujący, numer S/99, stwierdziłem niezgodności, które, jak sądzę, warto sprostować [w punkcie 1. mowa o antyhitlerowskiej sztuce Hemara „Orzeł czy rzeszka” oraz o generałowej Fabrycowej, żonie dowódcy Armii Karpaty w 1939 r., Kazimierza Fabrycego]. W punkcie 2. listu: Góra Kortumowa i Góra Stracenia to dwa całkowicie różne obiekty, choć oba znajdują się rzeczywiście na obszarze Kleparowa. Na południowym stoku Kortumowej Góry znajduje się Cmentarz Janowski. Góra Stracenia leży pomiędzy ulicami Kleparowską, Tercjarską i Złotą (według przedwojennego nazewnictwa).
 

Bardzo za to dziękujemy i prosimy o dalszą uwagę. Na usprawiedliwienie: nasze pokolenie (roczniki 30. i późniejsze) zna Lwów dość pobieżnie, zwłaszcza inne dzielnice niż te, w których się mieszkało, stąd błędy i niedokładności. Podobnie z innymi miejscowościami. Co ciekawe i smutne – Polacy mieszkający obecnie po tamtej stronie nie tylko nie znają przedwojennego Lwowa (co może zrozumiałe), ale nawet geografii swojego regionu. Polak w Stanisławowie, pytany – w czasie wycieczki w góry – o Czarnohorę i Gorgany, nie rozumiał, o co chodzi. To są Karpaty, proszę pana – wyjaśnił. Dlatego wspólnie ratujmy co się da i przekazujmy to młodszym.


 

Bardzo ciekawy list – wraz z książką, omówioną w poprzednim numerze CL – otrzymaliśmy od pana Józefa Wiktora z Kłodzka. Oto fragmenty:

... ja jestem dumny, że mieszkałem we Lwowie przy ulicy Kadeckiej, inaczej mówiąc byliśmy przecież sąsiadami [list jest adresowany do A. Chlipalskiego]. Jak wiele nurtuje mnie wspomnień z przeszłości, wrażeń, których doświadczyłem w czasie i po wojnie, mieszkając na Górce Kadeckiej – ul. Kadecka 6, do roku 1957. [...] Można by snuć wiele opowieści na temat swojego życia – mojego życia osobistego i sąsiadów, i historii naszej ulicy. A czy pamięta Pan, że ta ulica w 1938 roku otrzymała miano peowiaków – była uroczystość, święcenie... [...]

A może by opracować i wydać w przyszłości historię Górki Kadeckiej (ul. Kadecka, Wulecka, Pełczyńska, Kosynierska, Pochyła, Abrahamowiczów, wzgórza Pełczyńskie i Wuleckie itd.) – architektura, mieszkańcy, historia. Śp. dr inż Zbigniew Schneigert dawno temu przysłał mi trochę informacji o ulicy Kadeckiej, mógłbym Panu wysłać to do Krakowa. Sądzę, że dziś taki materiał historyczny, dotyczący przecież historii Lwowa, może być cenny – to dokument. [...]


 

Drogi Panie Józefie – to znakomity pomysł, ale czy znajdziemy ludzi, którzy by aż taki szmat miasta potrafili opisać? Bo jeśli taki zakres, jaki Pan proponuje, to jeszcze byłyby ulice Herburtów, Skibińskiego, Dylewskich, nowe uliczki za cmentarzem Stryjskim, a nawet Obertyńska. Zacznijmy więc od jednej – właśnie Kadeckiej. Przyznam się, że mam jej opis i zdjęcia wszystkich domów (zrobiłem to 8–10 lat temu, ze szczególnym uwzględnieniem kamienicy nr 28). Moja propozycja: poślę to Panu do przejrzenia, ewent. skorygowania i uzupełnienia o Pana materiały i dra Schneigerta. Równocześnie zwracamy się do wszystkich byłych mieszkańców wymienionych ulic – apel poniżej. Przy okazji osobiste wspomnienie: w 1968 r. byłem we Lwowie „przyczepiony” do grupy młodzieży z jednej z krakowskich uczelni. Oprowadzała nas Rosjanka, której zwierzyłem się, że jestem lwowianinem. – A na jakiej ulicy wy mieszkali? – zapytała. Wymieniłem Kadecką, czyli „Gwardiejską”. – A, eto aristokraticzeskaja ulica! – poinformowała mnie przewodniczka. Oczywiście ta szczególna „arystokratyczność” dotyczyła raczej czasów sowieckich, bo przed wojną mieszkali tam zwykli ludzie. A swoją drogą, to piękna ulica, i nie dziw, że sowieccy prominenci tam się pchali.


 

A oto list pani Anny Marii Ostrowskiej z Warszawy, który odnosi się do naszego omówienia ukraińsko-angielskiego przewodnika po  Lwowie, o którym pisaliśmy w CL 3/99:

W pełni zgadzam się z wypowiedzią Pana Redaktora [...] dotyczącą prawdy historycznej, której nie wolno zakłamywać, bo i po co? W Europie nikt tego nie czyni. Przykład: tego lata [1999] byłam w Czechach i zwiedzałam m.in. wspaniały zamek Wranow nad Dyją, dawniej nazywany po austriacku Frain (leży blisko Wiednia, ale odcięty od niego granicą czesko-austriacką). Właścicielami tego zamku od wieków średnich były rody rycerskie o nazwiskach brzmiących po niemiecku, a od początku wieku XIX był on w rękach Polaków: najpierw rodu Mniszchów, potem, aż do drugiej wojny hrabiów Stadnickich. I wcale nikt tego nie ukrywa. W kolosalnym zamku nie brakuje polskich pamiątek: widziałam herby na bramach, portrety itp. Warto tu przypomnieć, że gniazdem rodu Mniszchów były Laszki Murowane w Samborskiem, a Stadniccy wywodzili się z ziemi przemyskiej. Do jednej gałęzi tej rodziny należały do ostatka Krysowice pod Mościskami (jednak właściciele Wranowa to inna galąź – z Nawojowej w Sądeckiem).
Tak się również składa, że dwa lata temu byłam na Słowacji i zwiedzałam miasta blisko polskiej granicy, które tworzyły tzw. 13 Grodów Spiskich. Grody te były oddane w zastaw królom polskim przez cesarza niemieckiego (za pożyczenie mu pieniędzy, których nigdy nie zwrócił) i w polskich rękach trwały aż do rozbiorów. W imieniu naszych królów zarządzał nimi ród Lubomirskich. Tam też nikt nie mówi o „polskiej okupacji”, o „polskich pa­nach”, „ciemiężcach” lub tp., w czym celowali Sowieci, a teraz ich spadkobiercy.
 

Dziękujemy Pani Annie Marii. Przyjemnie usłyszeć, że nasi południowi sąsiedzi są cywilizowani.