Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Wanda Niemczycka-Babel, WSZYSTKIE SZKOLNE LATA

Do szkoły powszechnej, gimnazjalnej i licealnej ss. Nôtre Dame chodziłam przez lat jedenaście, w dwunastym wybuchła wojna. Mieściła się ta szkoła przy ulicy Ochronek 8, w gmachu dużym i rozległym, który za pierwszych moich lat nauki został znacznie rozbudowany od frontu i wgłąb parceli. Obok starego powstał nowy, nowoczesny budynek ściśle do starego przylegający i z nim połączony. Wchodziło się do szkoły przepastną bramą budynku starego, za którą rozciągał się obszerny przejazd prowadzący na podwórze, kamienny, pięknie utrzymany, z prześliczną figurą Matki Boskiej w ścianie bocznej. Kilkoma schodkami – w ścianie przeciwległej do tej z figurą – wchodziło się do wąskich drzwi (dawne wejście do klauzury), gdzie zza oszklonego okienka wyglądała anielska twarz którejś z sióstr furtianek, a dalej już na korytarz szkolny.

Zakon Kongregacji Sióstr Szkolnych de Nôtre Dame został założony we Francji jeszcze w 1597 roku. Po wojnach napoleońskich rozprzestrzenił się w Austrii, a stamtąd na Górny Śląsk. Z końcem XIX wieku powstała pierwsza filia Zakonu w Ameryce, gdzie bardzo szybko poczęły się mnożyć zakłady naukowe dla dziewcząt, z czasem także i polskie. Te polskie szkoły znajdowały się w Milwaukee, Grand Rapids, Chicago, Baltimore, St. Louis, Minneapolis. Prowadziły więc popularnie zwane „Noterdamki” szkoły angielskie, niemieckie, francuskie, hiszpańskie, włoskie i polskie.

Dom Sióstr założony we Lwowie* w roku 1904 początkowo prowadzony był z językiem wykładowym niemieckim, ale w 1918 r. niemiecka szkoła zamieniona została na polską. Była to szkoła klasztorna, prywatna, a więc płatna. Kierownictwo, pedagodzy i wychowawcy byli osobami zarówno zakonnymi, jak i świeckimi, przy czym tych ostatnich było więcej. Ogólny poziom był znakomity. Wszyscy uczący posiadali cenzus akademicki, a niektórzy z nich nawet stopień doktora.

Zadając sobie dziś pytanie – lubiłam tę szkołę, czy nie? – trudno mi znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Sentymentem na pewno związana z nią byłam ogromnie, tak jest bowiem z większością miejsc na ziemi, w których zostawiło się kawałek swojego życia. W moim sercu pozostał na zawsze zarys tych murów, a w nich ludzie, z którymi spotykałam się, współżyłam, pracowałam i bawiłam się każdego dnia. Ale czy ja szkołę – w ogóle szkołę – lubiłam? Z jej dyscypliną, rygorami, związanym z tym wczesnym wstawaniem, nierzadko nudami na niektórych lekcjach, codziennym wtłaczaniem siebie w mundurek, ohydny fartuch z białym kołnierzykiem i znienawidzone patentowe (w prążki) pończochy?

Gdy byłyśmy małe, po lekcjach czekała na nas zawsze Mamusia w tym dużym, przejezdnym przedsionku, w gronie wielu innych mamuś. Wszystkie w modnych kapeluszach i, zależnie od pory roku, futrach, płaszczach z kołnierzami różnej maści lub letnich sukniach z crepe-de-chine lub jedwabiu.

Przez pierwsze lata szkoły powszechnej, odprowadzana przez Mamę, na pewno się nie spóźniałam. To zaczęło się później, kiedy chodziłyśmy z Hanką już same, zawsze na tę nieszczęsną godzinę ósmą, która była dla mnie świtem. Szłyśmy, trzymając w ręku coraz cięższe i bardziej wyładowane skórzane teczki w ręku – moda była wówczas nieprzychylna dla tych, którzy dźwigali tornistry na plecach – a my, choć to było dużo bardziej niekorzystne dla naszych kręgosłupów, wolałyśmy być „modne”. Szłyśmy zatem codziennie tą samą trasą, tzn. ulicą Zieloną w dół, potem Szewczenki, Kochanowskiego, na ukos przez plac Gosiewskiego, dalej krótką i mocno zakręconą ulicą Domagaliczów i wreszcie wchodziłyśmy w ul. Ochronek. Hanka zawsze mocno i bardzo sportowo parła do przodu, wypominając mi, jak to długo musiała na mnie czekać i teraz na pewno się spóźnimy. Ja za nią, z pewnym ociąganiem, przeżuwając w myślach realność tej strasznej, codziennej sytuacji, jaką jest chodzenie do szkoły.

Z czasem, na pewno już w wyższych klasach gimnazjalnych i pierwszej licealnej, Hanka się zbuntowała. Jej energiczna, pracowita i zdrowa fizycznie natura nie wytrzymywała tego porannego wyczekiwania, kiedy ja wreszcie zwlokę się z łóżka i ponaglana przez Mamę wyjdę z domu. Wybiegała więc z domu pierwsza, podczas gdy ja ciągle zjawiałam się przed furtą szkolną już po pierwszym dzwonku i przez to często musiałam stawać przed obliczem dyrektora szkoły, w jego gabinecie, aby się sensownie usprawiedliwić. Dyrektorem gimnazjum, a później i liceum był ks. Rudolf Opacki o sylwetce wysokiej i bardzo szczupłej, twarzy pociągłej, raczej dobrotliwej, ozdobionej okularami w złotej oprawce. Zawsze krótko ostrzyżony, lekko szpakowaty.

I cóż dzisiaj, Niemczycka, znowu ci się przydarzyło? – dobiegał zza biurka jego miły głos. Robiło mi się naprawdę głupio i stawałam się szczerze skruszona. Byłam przecież dobrą uczennicą, a tu znów taki wstyd. Wyobraźnię miałam bogatą, ale nie aż na tyle, aby zawsze wymyślić coś bodaj w części wiarygodnego, Wydawało mi się, że moje naprędce klecone opowiadania o porannych bólach brzucha, skręceniu nogi oraz konieczności wstąpienia do apteki itp. nie zawsze znajdowały zrozumienie lub wiarygodność u szacownego przełożonego. Kiwał z dezaprobatą głową, groził mi palcem, za każdym razem powtarzając: – Żeby mi się to więcej nie wydarzyło – jakkolwiek oboje świetnie wiedzieliśmy, że to niemożliwe i że po krótkiej poprawie znów stanę przed nim prawdziwie zbolała i skruszona.

Raz jeden tylko moje usprawiedliwienie było prawdziwe i wzbudziło u księdza pełne zrozumienie oraz szczere rozbawienie. Było to w dniu, kiedy nasza ukochana suczka spanielka Baby, po wiele godzin trwającym porodzie, urodziła rano ostatnie swoje szczenię. Stanęłam wtedy przed obliczem dyrektora pełna triumfu i szczęścia, jak też w poczuciu prawdy wygłaszanych słów, oczywiście spóźniona, i wypaliłam: – Nasza Baby właśnie urodziła siódmego szczeniaka! Nie mogłam wyjść wcześniej. – Powód mego spóźnienia obiegł wtedy całą szkołę i serdecznie ją rozbawił.

Kiedy już bolejąca od wyrzutów sumienia i pełna szczerego postanowienia poprawy (zupełnie jak na spowiedzi) zamykałam drzwi dyrektorskiego gabinetu, zanurzałam się w kamienny chłód szerokiego, szkolnego korytarza pogrążonego w ciszy, gdyż pierwsza lekcja już się zaczęła.

Dochodziłam do klatki schodowej nowego budynku, mijając drzwi wspaniałej, wysokiej na dwa piętra sali gimnastycznej – która z racji posiadanej sceny z kurtyną w każdej chwili zamieniała się w teatr i służyła wszelkim szkolnym imprezom – wbiegałam na drugie piętro i na chwilę zatrzymywałam się pod drzwiami swojej klasy. Tak, lekcja już się zaczęła...

Moje pierwsze szkolne wspomnienia są dosyć mgliste. Pierwsza klasa – jeszcze w starym budynku, ale piękna, wysoka i przestronna – to na pewno rozwieszona na ścianach w barwnych planszach historia Czerwonego Kapturka (ach! jaki długi, usiany ostrymi zębami pysk miał ten wilk!), jakieś plansze z kolorowymi patyczkami, czy też kółkami, i oczywiście twarze niektórych koleżanek: bardzo jasna twarzyczka Janki Moor (z którą później bardzo się przyjaźniłam) okolona popielatoblond, równo obciętymi „na pazia” włosami; wesoła buzia bardzo żywej, ruchliwej Jadzi Dyakowskiej, również z grona najbardziej zaprzyjaźnionych; zamglona w pamięci Marylka Gosiewska, u której zapamiętałam tylko bardzo okrągłe, niebieskie oczy i jakby stale zakatarzony głos; zupełnie rozmazana we wspomnieniu buzia i sylwetka Irki Cierpiałkowskiej; szybka, wesoła i skoczna niczym wiewiórka Zosia Barabasz o bardzo drobnej, śniadej twarzy opromienionej wielkimi, migotliwymi oczami sarenki; wreszcie obie wysokie Ewa Mokłowska i Basia Dobrzańska. Tyle tylko owych małych dziewczynek mogę na poczekaniu wyłowić z pamięci. Potem te postacie w fartuszkach z białymi kołnierzykami w kolejnych latach się zmieniają. Pojawiają się nowe, niektóre znikają, a tylko kilka z tych pierwszych spotkanych w zaczarowanym kręgu bajki o Kapturku pozostaje wraz ze mną przez wiele szkolnych lat.

Jawią mi się postaci zakonnych nauczycielek (tych w szkole powszechnej było więcej niż świeckich) w czarnych habitach, których twarze obramowane mocno krochmalonymi, białymi kornetami – w większości dla mnie dawno utraciły swoje imiona. Wiem na pewno, że była przedobra s. Antonina, surowa i nudna s. Maria (dr nauk przyrodniczych), s. Sabina, s. Prudencja i wreszcie – podobna do gnoma, chuda i zgarbiona – s. Eulogia, grająca przez całe lata na fisharmonii w szkolnej kaplicy i prowadząca chór szkolny, który uczestniczył w odbywających się tu w niedziele mszach świętych.

Wspominając chór szkolny, muszę opowiedzieć o naszej kaplicy, położonej nad salą gimnastyczną, o identycznej kubaturze co i ona. Kaplica pozostała w mojej pamięci jako przestrzeń bardzo przejrzysta, wypełniona jasnością dnia i słońcem, ograniczona kolorową mozaiką malowideł ściennych o motywach roślinnych i kwietnych. Dwóch rzędów ławek, długich i chyba ciemnych, nigdy nie widzę pustych, ale szczelnie wypełnione już nie fartuszkami, ale ciepłym granatem mundurków, o wesołych – w trzy rzędy naszytych czerwonych, wąskich tasiemkach na szerokich, marynarskich kołnierzach. No i wyraźnie czuję do dziś na swoich kolanach plecioną ostrość kokosowych, czerwonych chodników, biegnących wzdłuż ławek w stronę ołtarza.

Przy ołtarzu, zwrócony przedsoborowym obyczajem plecami do wiernych ornat księdza dyrektora lub ks. Symoniego. Łacińskie Dominus vobiscum księdza i spływająca z góry kaskada tonów szkolnej fisharmonii wraz z drżącym głosem i cieniutkim et cum spiritu tuo S.Eulogii jeszcze są we mnie słyszalne. Jak głęboko zakodowany jest ten obraz i dźwięk w mojej wyobraźni – zdaję sobie sprawę, mozolnie starając się go rozszyfrować słowami po tylu, tylu latach innych kościołów, innych murów, innych dźwięków i barw.

Do gimnazjum doszłyśmy, ja i Hanka, zgodnie z nową reformą szkolnictwa po sześciu latach szkoły powszechnej, aby po czterech latach gimnazjum przejść do dwuletniego liceum zakończonego maturą.

Lata gimnazjalne rysują się już bardzo realnie w mojej pamięci. Moje koleżanki z tych lat, które często weszły do mojej klasy już w późniejszych latach szkoły powszechnej, mają żywe twarze, ściśle przylegające do imion i nazwisk. Większość z nich widzę wokół siebie – Marysię Lochman, śliczną czarnulkę o przepięknych, ciemnych, lśniących oczach, zawsze nienaganną we wszystkim co robiła (dziś stale mieszkającą w Sanoku); Irkę Hejnar, z któ­rą przez kilka lat siedziałam w jednej ławce, wysoką, o gładko przyczesanych włosach ujętych w dwie kukiełki; Halę Maksym (w 1940 r. wywieziona do Kazachstanu), szczupłą, wysoką, z burzą silnie skręconych, niesfornych włosów; Zosię Janiszewską (po wojnie żonę kapitana żeglugi wielkiej, przez dziesięciolecia mieszkającą w Gdyni, obecnie w Warszawie), właścicielkę najbardziej niebieskich oczu, jasnoblond długich warkoczy i buzi o prawdziwie polskiej urodzie; Marysię Nędzowską, drobną, niewielką, o bardzo krętych włosach; wysoką Jankę Łysakowską, z którą w czasie wojny los tak tragicznie się obszedł; Hankę Sitarską, płomiennorudą z warkoczami, o niezwykłym temperamencie i niezwykłych pomysłach; Wandę Olech, Tosię Klimowicz, Hankę Krauss, Zosię Nosek, Stasię Olexińską, Krysię Niezabitowską i oczywiście, te wymienione już wcześniej w klasie pierwszej – Jankę Moor (obecnie w Warszawie), Jadzię Dyakowską (w Wałbrzychu), Zosię Barabasz... To tylko ten najbliższy krąg moich towarzyszek klasowych. Było ich znacznie więcej i widzę je wszystkie pełne nieuświadomionego jeszcze oczekiwania tajemnicy życia, które otwierało nieznany szlak dni, tygodni i lat rozpościerających się przed nami przeżyć, dokonań, spełnień.

Przez wszystkie lata gimnazjalne, a także i w l licealnej, wychowawczynią naszej klasy A (z językiem francuskim) była s. Ludmiła Jacakówna, matematyczka po studiach uniwersyteckich. Była osobą przezacną, łagodną, cichą i pełną niespotykanej dobroci. Z wszystkimi tymi zaletami serca szła, niestety, w parze łatwowierność, którą my, uczennice, szybko wykryłyśmy, często jej nadużywając. Z własnego doświadczenia pamiętam, iż aby ukryć swoje nieprzygotowanie do lekcji, opowiadałam jej o swoim złym samopoczuciu, przybierając bolesny wyraz twarzy. Do dziś pamiętam jej poczciwe dobre, szare oczy, patrzące z dziecinną ufnością na świat i zamieszkujące go istoty przez grube szkła okularów, które tkwiły na niezbyt urodziwej, okrągłej twarzy, otoczonej sztywną bielą zakonnego kornetu. Kiedy się dobrze wsłucham w coś, co tkwi w moim wnętrzu, słyszę wyraźnie dźwięk jej głosu, jej sposób mówienia i jestem pewna, że nie utraciłam nic z tego brzmienia – że ona tak właśnie mówiła.

Mimo niewątpliwych zdolności językowych, nie lubiłam łaciny. Możliwe, że jedną z przyczyn tego mego stosunku do lingua romana była nadgorliwość mojej Mamusi w egzekwowaniu mych łacińskich zadań, szlifowaniu gramatyki, tłumaczeniu tekstów, czy też odpytywaniu słówek, wszystkich nieregularności koniugacyjnych czy też deklinacji. Sama doskonale łacinę znała i świetnie ją pamiętała, znała także grekę i potrafiła recytować całe fragmenty Iliady w tym języku. Była uczennicą i wychowanką gimnazjum Zofii Strzałkowskiej, które mieściło się w gmachu położonym w pięknym, dużym ogrodzie przy ul. Zielonej.

W pierwszych latach gimnazjalnych łaciny uczył nas prof. W. Szujski, znakomity filolog klasyczny, w owym czasie już dobiegający emerytury. Drobny, szczupły o pociągłych rysach, twarzy okolonej siwymi włosami. Niezwykle kulturalny, ujmujący w sposobie bycia. Nie było z nim żadnych problemów. Wymagania miał umiarkowane i swoim łagodnym, spokojnym podejściem nie wyzwalał we mnie żadnych stresów. Noty miałam wtedy dobre. Otwarta pierwsza książka do języka łacińskiego do dziś patrzy na mnie niewielką ryciną pukającej do drzwi dziewczynki – Marta portam pulsat.

Ale dobry i miły prof. Szujski przeszedł na emeryturę, a w klasie pojawiła się młoda, agresywna w sposobie uczenia i odpytywania, pedantycznie dokładna p. Janina Rzepińska. Działała fatalnie na mój system nerwowy. Niestety, mała Marta z książki zamknęła za sobą drzwi, odcinając mnie od prostych, zrozumiałych zdań. Pojawiły się wielkie problemy – tłumaczenia Cycerona, Seneki, Wergilego.

Po bryki do tekstów łacińskich biegało się oczywiście na Batorego, ulicę księgarń i antykwariatów. Do księgarni Rubina (chyba Mosesa, może Izydora?), Igla lub Bodeka. Ale to było nieciekawe, o ileż bardziej podniecające było odwiedzanie przy tej samej ulicy wypożyczalni Stanisława Malinowskiego. Tam biegłam jak na skrzydłach. Jaką wspaniałą książkę uda mi się dziś wypożyczyć? I choć wszystkie tomy oprawione były w jakiś szary papier, każdy z nich brany do ręki wywoływał dreszcz ciekawości, chęć pochłonięcia jego treści.

Tak więc było z łaciną. Natomiast zupełnie inaczej, wprost cudownie, było z językiem francuskim. Niewątpliwie za sprawą jedynej przez cały okres szkolny nauczycielki, siostry Reginaldy Groeger, Belgijki, znakomitego, choć bardzo wymagającego pedagoga. Była ona niewątpliwie wielką osobowością, bardzo błyskotliwą, inteligentną, potrafiącą rozbudzić zamiłowanie do języka, jak również wciągnąć ucznia w aurę kraju tego języka, jego historię i kulturę. Wysoka, postawna, nieomal majestatyczna w sposobie chodzenia i poruszania się, nosiła pięknie osadzoną głowę wysoko, ukazując między śnieżnymi skrzydłami kornetu twarz o pięknie rzeźbionych rysach, twarz dumną, raczej chmurną, na której rzadko pokazywał się uśmiech. Podobno pochodziła z rodziny arystokratycznej. Po polsku mówiła nie najlepiej.

Języka polskiego uczyła mnie w szkole średniej p. Zofia Iwatiwowa, wówczas bardzo młoda, niemniej doskonała w swoim zawodzie. Wymagająca, konsekwentna, ceniąca zdolności i inteligencję, ale, niestety niemiłosiernie złośliwa, tępiąca ociężałość myśli, brak zdolności w sposobie ich wyrażania w słowie i piśmie. Dziś tę ostatnią jej cechę odbieram inaczej niż w latach szkolnych, zdając sobie sprawę, że jej postępowanie w stosunku do uczennic mniej uzdolnionych humanistycznie musiało na nie działać stresująco. Było po prostu niepedagogiczne. Pani Iwatiwowa była osóbką niewysoką, drobną i zgrabną, wówczas około trzydziestki, o kruczoczarnych włosach nieodmiennie ściśle i gładko przylegających do głowy, przedzielonych idealnie równo przebiegającym pośrodku przedziałkiem, zebranych u nasady szyi w coś w rodzaju ósemki. Twarz jej cechowały drobne, regularne rysy ożywione bardzo inteligentnym, czasem jakby drwiącym spojrzeniem ciemnych oczu. Dla mnie była wzorem, jeśli chodzi o styl ubierania się i, jak pamiętam, zachwycały mnie jej buciki, zawsze na wysokich obcasach.

Historii uczyła nas pani J. Barszczewska; biologii chyba dr Janina Orska, ale poza ich sylwetkami niewiele może mi o nich moja pamięć podyktować. Natomiast bardzo żywą postacią, nie tylko w pamięci, ale i sercu pozostała ucząca nas tzw. robót ręcznych i zajęć technicznych – p. Zofia Breitowa, osóbka niesłychanie kobieca i pełna wewnętrznego ciepła. Mówiła zawsze ściszonym, aksamitnym głosem, a kiedy jej jakby lekko zasmucone spojrzenie padało na mnie spod firanki jej długich rzęs, topniało mi serce i tak strasznie było mi przykro, że z powodu zupełnego braku tzw. talentu manualnego byłam jej stałym utrapieniem. Rekompensowała jej to moja młodsza siostra, która zawsze była u niej prymuską. Pani Breitowa była jedyną z grona pedagogicznego mojej szkoły, z którą zetknęłam się po wojnie i w latach 60. spędziłam nawet u niej wraz z moją córeczką kilka wiosennych dni w jej ślicznym domu w Makowie Podhalańskim.

Dziwna sprawa z tą ludzką pamięcią. Pewne sprawy, nawet drobiazgi zupełne, pewne twarze, głosy, zdarzenia czasem najmniej ważne, wyostrza na swym ekranie i utrwala nieraz na zawsze, inne przysypuje jakby pyłem, oddala, wymazuje, pozostawiając luki lub bardzo nieostre zarysy, fragmenty, niewyraźne echa i milknące głosy, które nie sposób już uchwycić zmysłami. Może tylko sercem.

POST SCRIPTUM

Powyższy fragment wspomnień dotyczy lat 1928–1939. Pozostali zapamiętani przeze mnie pedagodzy Zakładu Nôtre Dame to: Maria Baczyńska (wf.), Janina Dalborówna, zam. Żlab (polonistka), Władysław Żlab (łacinnik), dr Ewa Maleczyńska (historyk), dr Fortunat Stroński (przyrodnik) – lata wcześniejsze, dwudzieste.

* Patrz CL4/01 – założenie domu we Lwowie