Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Alicja Michałowska, JESTEM Z SIENIAWSKIEJ

Zamieszczamy kolejną pracę konkursową – ściślej jej trzy fragmenty (i to ze skrótami – cały tekst obejmuje 28 stron maszynopisu). Za wspomnienie o ulicy Sieniawskiej pani Alicja Michałowska otrzymała w naszym konkursie I nagrodę. Zdajemy sobie sprawę, że poniższe urywki nie dają pojęcia o wartości pracy, ani poznawczej, ani literackiej, jest jednak niemożliwe wydrukowanie jej obecnie w całości. Nasz kwartalnik ma zbyt ograniczoną objętość, a na przedstawienie bodaj fragmentów czeka jeszcze kilka innych tekstów z tego samego konkursu. Liczymy na wyrozumiałość Autorów i Czytelników. Inne fragmenty tej samej pracy wydrukujemy w jednym z kolejnych numerów.

Przy Starym Rynku we Lwowie stoi maleńki kościółek św. Jana. Zbudowano go w miejscu pierwszego lwowskiego drewnianego kościoła. Tuż za nim wznosi się dwupiętrowy budynek zwrócony frontem do ulicy Sieniawskiej, wiodącej w górę, w stronę Wysokiego Zamku. [...] Budynek ów przy Sieniawskiej 1 był to klasztor SS. Najświętszego Serca Jezusowego, którego symbol wyhaftowany na habitach zakonnic upowszechnił nazwę „sercanki”. Klasztor przylegał do muru kościelnego z dzwonnicą i odznaczał się figurą Chrystusa, umieszczoną we wcięciu na narożniku budynku nad pierwszym piętrem. Sercanki prowadziły Dom Opieki dla Panien Służących, którym pośredniczyły w znalezieniu pracy, zapewniając zamiejscowym zakwaterowanie. Miały też u siebie szkółkę, czyli przedszkole.
Podobno miałam dwa lata, gdy moja siostra Wanda zabrała mnie ze sobą do szkółki, a mateczka Michalina przekonała mamę do zapisania mnie na stałe.
Bramę otwierała siostra furtianka i długimi schodami prowadziła na górę – do sali na pierwszym piętrze. Wysoko na ścianach malowany fryz barwił się pochodem grzecznych dzieci. Oto dziewczynki niosły lalkę lub piłkę. Chłopcy, wszyscy w czakach z gazety, maszerowali z trąbką lub bębnem, albo jechali na patyku uwieńczonym drewnianą, końską głową.
W południe dostawaliśmy zupę w blaszanych garnuszkach, najczęściej z kartoflami i z mlekiem – lubianą, a czasem półgęstą mamałygę na mleku. Byłam już dość zadomowiona w szkółce, gdy Jańcia Szwetlich, stwierdziwszy że już swoją porcję ujadłam, zamieniła mój pusty kubek na swój:
– Alunia! Ta zjedz za mnie! Ja nie lubię mamałygi, a mateczka Michalina postawi mnie do kąta za karę! – Natychmiast wyświadczyłam jej tę przysługę, a tu zaraz Marysia Czajka wzięła z niej przykład, i młodsza, Róża Czajka też.
– Co? I ty, Wandziu Cwynar! – zdziwiłam się następnej, by już za jednym zamachem swą uczynność ofiarować drobniutkiemu blondasowi:
– Albin Smalec! Nie jesz mamałygi?
– Nie! Nie! Ja sam! Ja sam! – chwycił garnuszek w obie ręce, aż sapnęłam z podziwu.
Z tych to najwcześniejszych wspomnień wróciły owe autentyczne imiona i nazwiska, których później już nie spotkałam.
Do szkółki przychodziła pani szewcowa z połatanymi półbucikami zakonnic, po następną ich partię. Zawsze prosiła, by jej zaśpiewać, i mateczka Michalina niezmiennie zaczynała, a my wtórowaliśmy:

Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani,
że za tobą idą, że za tobą idą
chłopcy malowani...


Oczywiście byłam święcie przekonana, że to o tych naszych chłopcach namalowanych na ścianie w tych gazetowych czakach i dziwiłam się łzom tej „pani wojenki”, o której myślałam, że tak się nazywa. Zaraz prosiła o następną piosenkę:

Nasze małe żołnierzyki na
placówkach stoją,
i śpiewają bolszewikom, że się ich nie boją,
że się ich nie boją nic, a nic!
Tam żołnierze zawodowi, tu małe
dzieciaki...


śpiewaliśmy ciąg dalszy tej ulubionej piosenki w dziarskim marszu:

Mamy tylko do obrony ducha i kułaki,
więcej nic!
Chociaż u nas broni nie ma nawet
i połowa
Będziem bronić choć pięściami,
a nie damy Lwowa!
Nic, a nic!


– Nic, a nic! – wykrzykiwało się z wielkim zapałem.
Czasem „pani wojenka” prosiła o wierszyki i wtedy już nie płakała. A pamiętam je do dziś. Jachowicza głównie, także Konopnickiej, a deklamowało się z przejęciem.
W pogodnie dni wyprowadzano nas na podwórko przykościelne, sztachetami na podmurowaniu odgrodzone od Starego Rynku, do którego za zamkniętą bramą prowadziło kilka schodków w dół. Stąd widać było tył przysadzistego budynku synagogi żydowskiej, pospolicie zwanej tempel.
Jako wyróżnienie i nagrodę mateczka Michalina prowadziła nas czasem poprzez kuchnię klasztorną, jakimś gankiem i schodami do klasztornego ogrodu. W najdalszym kącie przylegał on murem do naszego ogrodu. Kiedyś, jeszcze z Wandą, która po wspólnym ze mną roku w szkółce poszła do szkoły, zobaczyłyśmy ponad tym murem Dzidkę, najstarszą z nas trzech. Musiała tam stanąć na ogrodowym stole, aby pomachać nam, gdy usłyszała dziecięcy gwar.
Dwa razy do roku sercanki szykowały z dziećmi wielkie wydarzenia. Święto Bożego Ciała skupiało nas w uroczystej procesji. Dziewczynki „na biało” sypały kwiatki, których całe torby dawała mi Mama z ogrodu. Chłopcy, też odświętnie ubrani, zwykle w bluzki z marynarskim kołnierzem, nieśli kwiaty lilii, albo poduszki czy szarfy.
Święty Mikołaj przychodził do szkółki. Pamiętam, że gdy z Mamą i z Wandą zajęłyśmy miejsca w przepełnionej sali, na scenę wszedł Święty Mikołaj za aniołkami, niosącymi kosze podarków, którymi obdarowywał wywoływane dzieci. Wanda poszła przede mną.
– Ta to tato! Wcale nie Święty Mikołaj – zapewniała, wróciwszy. Nie uwierzyłam. Dostałam wtedy książkę Sroczka kaszkę warzyła (z ilustracjami Zofii Stryjeńskiej), z datą przy dedykacji: 6 XII 1926. Wyjaśniono mi znaczenie tej daty – była pierwszą poznaną w mym czteroletnim życiu.
Czas w szkółce upływał dość jednostajnie, z wyjątkiem dni burzliwych, gdy śpiewaliśmy:

Boże, Ojcze Abrahama!
Tyś jest Moc i Dobroć sama!
Spojrzyj na Twe ludzkie plemię
I pogodę spuść na ziemię!


Podczas przewlekłej suszy pokorne ludzkie plemię błagało o deszcz ożywczy...
Gdy Jańcia, moja najlepsza koleżanka, opuściła Sieniawską, bo zburzono ich dom, sąsiadujący z naszym, i nie było jej już w szkółce Sercanek, poprosiłam mamę, aby przeniosła mnie do przedszkola Benedyktynek, gdzie już Wanda uczęszczała do szkoły. I tak się stało – na rok przed pierwszą klasą.
Nie orientowałam się, że nasz ojciec utrzymywał kontakt z sąsiedzkim klasztorem. Aż kiedyś, już jako uczennicę, spotkała mnie mateczka Michalina i poprosiła, bym zapytała tata, czy mógłby zastąpić Świętego Mikołaja, a przy okazji ja – aniołka. Przyjęłam bez buntu odkrytą prawdę. I bibułkowe skrzydła, gdy podawałam ojcu infułę, kapę i pastorał – jak Świętemu przystało. Historia ta powtórzyła się później jeszcze parę razy.
Wzdłuż klasztornego budynku trotuar kończył się kilkoma kamiennymi schodkami, prowadzącymi na niezbyt szeroką szkarpę, przy której małe domki nosiły numery 3 i 5. W tym pierwszym stara Żydówka miała sklepik z naftą, gdzie też kupowało się szkiełka do lampy i knoty. Obok mieściła się bóżniczka i freblówka dla żydowskich chłopców. [...]

* * *
Tam mieszkał rabin z żoną i synami, noszącymi na głowach mycki, tak jak ich ojciec, i tak samo pejsatymi. Do wyjścia nakładał na myckę czarną pluszową czapę, obszerną, obszytą wkoło puszystą, rudą lisią kitą. Nosił długi chałat z lśniącego czarnego klotu, białe skarpety i czarne meszty, lakiery. Przewodniczył modłom w małej bożniczce, tej pod piątym, dokąd nieraz w wieczory piątkowe i mniej uroczyste święta podążali także inni starozakonni. W te bardziej uroczyste zbierali się w dużej synagodze na Starym Rynku. Nasz rabin chyba też uczył w sąsiadującej z bożniczką freblówce.
Miałam okazję podziwiać najstarszego z jego synów, Lonka. Po cementowym śmietniku w kącie ich podwórka wdrapał się na nasz murek, gdzie przysiadł na skrawku – niskiego przy samej naszej bramie – parkanu, i z przejęciem, dźwięcznie oraz bardzo głośno wyśpiewywał:
Tango dla Lonka,
Tango mych marzeń, mych snów...
Oczywiście uwierzyłam, że to naprawdę jest tango dla niego, trochę mnie zdziwiło. Kiedyś później rozpoznałam w nim Tango Milonga.
Od frontu ulicy wchodziło się wprost po trzech schodkach w górę do jednoizbowego mieszkania. [...] Mieszkał tam szewc łatajbuta z żoną, synem i córką Myndały, starszą o rok ode mnie. Ona wcześniej dołączyła do do rówieśniczek Wandy: Ludki Ćwikówny, Lolki Haftkówny, Olgi „Janowej” oraz Olgi i Liny Fedor (Fedak?). Do naszego ogrodu przychodziła się bawić dość często, mimo stałej nieufności do psów.
Trzech naszych ogrodów strzegły trzy psy, o czym ostrzegała tabliczka na wejściowej bramie: Uwaga! Złe psy! Nad nią wisiała większa, z informacją: Strażnica kominiarska, na futrynie zaś mały napis Dzwonek zachęcał do naciśnięcia guzika. Był to dzwonek na baterie.
Strażnicę kominiarską utrzymywała moja babcia. Wcześnie owdowiała po majstrze kominiarskim, Szymonie Szmigielskim, weteranie Powstania Listopadowego. Najstarszy z jej dzieci, Zygmunt, zdążył przed Wielką Wojną (nie mówiło się jeszcze: przed Pierwszą) ukończyć w Zakopanem dwa lata trzyletniej szkoły stolarsko-rzeźbiarskiej (późniejszej Kenara), i siostrze swojej, a mojej matce, wykonał sam piękne meble w stylu zakopiańskim, z rzeźbami, co zajęło mu dwa lata. Zarówno on, jak i młodszy Tadeusz, a także i mój ojciec, zostali w czasie wojny wcieleni do austriackiego wojska. Tyle tylko pamiętam z opowiadań, że ojciec był aż na włoskim froncie, zaś wuj Tadeusz, w samą wigilię, pędzony z kolumną jeńców przez Lwów, maszerował do niewoli rosyjskiej i więziony był w Kijowie. Ostatecznie obu synów zatrudniła babka moja „dla chleba” w zawodzie kominiarskim, we własnej strażnicy. Najmłodsza, moja matka, wyszła za mąż za drukarza, miłośnika książek i Lwowa. [...]

* * *
To była sobota, pamiętna dla mnie, 15 kwietnia 1939 roku. Gdy po siódmej lekcji wyszłam z Marysią (tą z Zamkowej) z budynku Liceum Pedagogicznego przy ul. Sakramentek, ze zdziwieniem zobaczyłam podbiegającą do mnie Wandzię Grajewską z Dziunią. Obie w domowych ciapach! Bardzo przejęte przybiegły uprzedzić mnie, że u nas w domu był pożar. Zapalił się dach gontowy, przetopiły przewody telefoniczne, w domu były tylko ciocia i Wanda. Zaalarmowane z zewnątrz, usiłowały daremnie ugasić płomienie... Zanim ktoś wezwał straż telefonem od sercanek, zanim zbiegli się ludzie do pomocy, gonty dachu płonęły coraz szerzej. Ludzie starali się ratować, jedni podawali wodę na strych, inni zaczęli wynosić z domu co tylko się komu wydało najcenniejsze: odzież z szaf, sterty książek, pościel, naczynia. Jakiś nieznajomy Żyd dźwignął sam maszynę Singera na okno pokoju, by zdjąć ją od strony podwórza i odstawić w bezpieczne miejsce.
Strażacy zajęci wcześniej ratowaniem płonącej na dalekim Zamarstynowie fabryki, dokąd posłano wszystkie ekipy zapasowe, przyjechali do nas dopiero po dwóch godzinach, a szalony wiatr rozprzestrzeniał płomienie.
Tymczasem z miasta wróciła mama, zaszokowana nieszczęściem.
Zjawiła się też policja w osobach dwóch posterunkowych, którzy przepłoszyli kilku znanych sobie złodziejaszków, ale nie obeszło się bez kradzieży. W końcu strażackie sikawki ugasiły pożar. Niestety, ilość wylanej wody uszkodziła sufity tak, że groziły zawaleniem. Wymagały wymiany, i cały dach również. Na ten czas trzeba się było z tej naszej strony domu wyprowadzić.
Ukończyłam właśnie siedemnaście lat i zdałam sobie sprawę, że skończył się także jakiś rozdział w moim życiu. Z żalem żegnałam nasz dom, ogrody, tak nam bliski Wysoki Zamek, do którego czuliśmy się przytuleni. I tych wszystkich, wśród których przeżyło się te wszystkie swoje lata.
Dość często odwiedzałam babcię i spotykałam się z dziewczętami na Sieniawskiej w owym tragicznym wrześniu, i później, gdy bieda panowała już wszędzie.
Nie było mnie tam podczas kolejnych zmian okupantów [...] Wraz z rodzicami i ciocią, siostrą ojca, po aresztowaniu Wandy (8 lutego 1940, za patriotyczną działalność), wywieziona 13 kwietnia 1940 r. w dalekie stepy Kazachstanu, dopiero w 1974 r. miałam możność odwiedzić Lwów i tę dawniej moją ulicę.
Ze wzruszeniem powitałam figurę Chrystusa (ocalałą przez zapomnienie?), czuwającego nad dawnym moim światem z narożnika dawnego klasztoru sercanek – obecnie szpitala, rozbudowanego na terenie dawnych domów pod numerami 3 i 5. Nie ma już bożniczki starego rabina. [...] Ale mnie zaszumiało w głowie, gdy podeszłam wyżej, na widok dawnych naszych schodów, wtulonych między dwa parkany, których nie ma, zaniedbanych jak i podwórze, i dom. A najbardziej na widok resztek ogrodu pozostałych po odcięciu większej części dla szpitala. Tych resztek, tonących teraz w chwastach tak, że nie widać w nich starych już drzew, sadzonych przez tatę i wujków przed trzydziestym dziewiątym. A w oknach od podwórza... rozsuwane kraty!
To już nie nasz dom. Nie nasz ogród. Nie nasz ogródek przed domem, lecz gąszcz chwastów, jak tam, w ogrodzie. Tylko komórka w narożniku podwórza została ta sama. Ta, na której z Olkiem, gdy jeszcze kryta była gontem, pływaliśmy po oceanach, zanim pokryta blachą, rozgrzewała się w odstraszający sposób.
Na samej ulicy też inaczej. Szpital przydał ulicy splendoru, zniknęły dawne rynsztoki. Nad Wysokim Zamkiem góruje wieża telewizyjna, umieszczona na Polanie. Ale kopiec! Nasz ukochany Kopiec Unii Lubelskiej, nad którego usypaniem (tato opowiadał) sam Franciszek Smolka pracował, tak że aż go za stróża tam wzięto, a całe miasto pomagało w budowie – ten kopiec zmalał! To Rosjanie ścięli mu wierzchołek. Podobno na wysokość pięciu metrów – taki jest okaleczony. Pod działo przeciwlotnicze w 1941 roku...
Spośród wszystkich znajomych jedna tam została: Dziunia. W tej mieszanej rodzinie chowana na Ukrainkę, nawet średnią szkołę skończyła ukraińską. A potem wyszła za Polaka i trójkę dzieci w tej sowieckiej Ukrainie posyłali do jedynej w mieście polskiej szkoły. Nie była to decyzja wygodna. Została tam, we Lwowie, i cała zmiana w jej życiu ograniczyła się do przejścia na pierwsze piętro, z wejściem przez ganek, do pokoiku z kucheneczką. W tej samej kamienicy. I nawet biedę klepie podobną, jeśli nie gorszą.
Tak to jest na naszej Sieniawskiej.

* * *
Jako Sieniawszczyzna, czyli jurydyka, podobnie jak Chorążczyzna czy Sobieszczyzna, nadana przez króla za zasługi wojenne i podlegająca samemu królowi, nie miastu, musiała reprezentować jakieś walory. Niewątpliwie należało do nich położenie i okolica. Przechodziła losy podobne jak Wysoki Zamek, poprzez wszystkie wrogie najazdy i całą plątaninę wydarzeń historii, którą cierpiało nasze miasto.
Tę historię ojciec starał się nam przybliżyć przy każdej okazji. Sam szperał po archiwach, opracowując Historię drukarń lwowskich, wydaną przez Ossolineum w 1926 r. i paru jeszcze broszur na pokrewne tematy. Na spacerach po Lwowie opowiadał różne ciekawostki i uczył miłości do naszego miasta. W najdawniejszym dzieciństwie bardzo często brał rodzinę na Wysoki Zamek, i z kopca tłumaczył i nazywał wszystko, o co pytałyśmy. A na dole pamiętam Kamień Sobieskiego, skąd widać Zniesienie, i opowiadanie Ojca o pogromie Turków przez Jana III pod Lwowem. I o związkach bardzo bliskich tego króla ze Lwowem, o odwzajemnianych uczuciach, które Lwów podkreślił nazwaniem dwóch ulic jego imieniem. I wzniesieniem pomnika w centrum miasta...
Ale pomnik Króla Jana III musiał Lwów opuścić. Tak jak i my. Jak my...
ALICJA MICHAŁOWSKA, z domu Bober, ur. 1922 we Lwowie. W 1940 deportowana wraz z rodziną do Kazachstanu, zatrudniona przy wypasie owiec i w polu. W 1942 dostała się do armii gen. Andersa i z nią przez Iran i Irak dotarła do Palestyny, gdzie przebyła przeszkolenie wojskowe, naukę w liceum i maturę. W 1944 skierowana do Wielkiej Brytanii, w 1947 powróciła do Polski. Ukończyła polonistykę. Osiadła w Kraśniku, pracowała w bibliotekarstwie i szkolnictwie średnim.

W notce biograficznej, zamieszczonej w CL 1/95 omyłkowo podano rok deportacji 1949.