Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

LISTY DO REDAKCJI

Bardzo ciekawy list – wraz z książką, omówioną w poprzednim numerze CL – otrzymaliśmy od pana Józefa Wiktora z Kłodzka. Oto fragmenty:
... ja jestem dumny, że mieszkałem we Lwowie przy ulicy Kadeckiej, inaczej mówiąc byliśmy przecież sąsiadami [list jest adresowany do A. Chlipalskiego]. Jak wiele nurtuje mnie wspomnień z przeszłości, wrażeń których doświadczyłem w czasie i po wojnie, mieszkając na Górce Kadeckiej – ul. Kadecka 6, do roku 1957. [...] Można by snuć wiele opowieści na temat swojego życia – mojego życia osobistego i sąsiadów, i historii naszej ulicy. A czy pamięta Pan, że ta ulica w 1938 roku otrzymała miano Peowiaków – była uroczystość, święcenie... [...]
A może by opracować i wydać w przyszłości historię Górki Kadeckiej (ul. Kadecka, Wulecka, Pełczyńska, Kosynierska, Pochyła, Abrahamowiczów, wzgórza Pełczyńskie i Wuleckie itd.) – architektura, mieszkańcy, historia. Śp. dr inż. Zbigniew Schneigert dawno temu przysłał mi trochę informacji o ulicy Kadeckiej, mógłbym Panu wysłać to do Krakowa. Sądzę, że dziś taki materiał historyczny, dotyczący przecież historii Lwowa, może być cenny – to dokument. [...]

Drogi Panie Józefie – to znakomity pomysł, ale czy znajdziemy ludzi, którzy by aż taki szmat miasta potrafili opisać? Bo jeśli taki zakres, jaki Pan proponuje, to jeszcze byłyby ulice Herburtów, Skibińskiego, Dylewskich, nowe uliczki za cmentarzem Stryjskim, a nawet Obertyńska. Zacznijmy więc od jednej – właśnie Kadeckiej. Przyznam się, że mam jej opis i zdjęcia wszystkich domów (zrobiłem to 8–10 lat temu, ze szczególnym uwzględnieniem kamienicy nr 28). Moja propozycja: poślę to Panu do przejrzenia, ewent. skorygowania i uzupełnienia o Pana materiały i dra Schneigerta. Równocześnie zwracamy się do wszystkich byłych mieszkańców wymienionych ulic – apel poniżej. Przy okazji osobiste wspomnienie: w 1968 r. byłem we Lwowie „przyczepiony” do grupy młodzieży z jednej z krakowskich uczelni. Oprowadzała nas Rosjanka, której zwierzyłem się, że jestem lwowianinem. A na jakiej ulicy wy mieszkali? – zapytała. Wymieniłem Kadecką, czyli „Gwardiejską”. A, eto aristokraticzeskaja ulica! – poinformowała mnie przewodniczka. Oczywiście ta szczególna „arystokratyczność” dotyczyła raczej czasów sowieckich, bo przed wojną mieszkali tam zwykli ludzie. A swoją drogą to piękna ulica i nie dziw, że sowieccy prominenci tam się pchali.
 
A oto list pani Anny Marii Ostrowskiej z Warszawy, który odnosi się do naszego omówienia ukraińsko-angielskiego przewodnika po Lwowie, o którym pisaliśmy w CL 3/99:
W pełni zgadzam się z wypowiedzią Pana Redaktora [...] dotyczącą prawdy historycznej, której nie wolno zakłamywać, bo i po co? W Europie nikt tego nie czyni. Przykład: tego lata [1999] byłam w Czechach i zwiedzałam m.in. wspaniały zamek Wranow nad Dyją, dawniej nazywany po austriacku Frain (leży blisko Wiednia, ale odcięty od niego granicą czesko-austriacką). Właścicielami tego zamku od wieków średnich były rody rycerskie o nazwiskach brzmiących po niemiecku, a od początku wieku XIX był on w rękach Polaków: najpierw rodu Mniszchów, potem, aż do drugiej wojny hrabiów Stadnickich. I wcale nikt tego nie ukrywa. W kolosalnym zamku nie brakuje polskich pamiątek: widziałam herby na bramach, portrety itp. Warto tu przypomnieć, że gniazdem rodu Mniszchów były Laszki Murowane w Samborskiem, a Stadniccy wywodzili się z ziemi przemyskiej. Do jednej gałęzi tej rodziny należały do ostatka Krysowice pod Mościskami (jednak właściciele Wranowa to inna gałąź – z Nawojowej w Sądeckiem).
Tak się również składa, że dwa lata temu byłam na Słowacji i zwiedzałam miasta blisko polskiej granicy, które tworzyły tzw. 13 Grodów Spiskich. Grody te były oddane w zastaw królom polskim przez cesarza niemieckiego (za pożyczenie mu pieniędzy, których nigdy nie zwrócił) i w polskich rękach trwały aż do rozbiorów. W imieniu naszych królów zarządzał nimi ród Lubomirskich. Tam też nikt nie mówi o „polskiej okupacji”, o „polskich panach”, „ciemiężcach” lub tp., w czym celowali Sowieci, a teraz ich spadkobiercy.
Dziękujemy Pani Annie Marii. Przyjemnie usłyszeć, że nasi południowi sąsiedzi są cywilizowani.

Dr Jerzego Masiora poruszył artykuł Teresy Dutkiewicz o lwowskich naukowcach, opublikowany w CL 4/99:
1. Prof. Wilhelm Mozer był także moim nauczycielem, wprawdzie nie akademickim, ale zawsze... Było to w czasie niemieckiej okupacji. W utworzonej przez Niemców Technische Fachschule (ul. Akademicka) prof. Mozer wykładał technologię lub materiałoznawstwo, już dobrze nie pamiętam. Byłem uczniem tej szkoły średniej (wyjątek za Niemców) w klasie elektrotechnicznej. Mam taki dyplom z 1943 r. Szkoła przysposobiała głównie średni personel techniczny (tzw. Bahnvervalterów) dla Ostbahn. Prof. Mozera zapamiętałem dobrze jako b. życzliwego i często uśmiechniętego wykładowcę, niezwykle kompetentnego. Wiadomo – kierownik katedry na Politechnice. Ciekawie opowiadał nam o sile wody. Np. dowodził, że strumień wody spadający z odpowiedniej wysokości ma taką siłę kinetyczną, że „przeciąć go szablą (!) nie można”.
2. Dr Marię Chmielowską, stypendystkę i opiekunkę prof. Gębarowicza, znałem b. dobrze. Była moją nauczycielką historii na kompletach tajnego nauczania, które często odbywały się w jej mieszkaniu w oficynie kamienicy na ul. Ossolińskich. W sąsiedniej kamienicy mieszkali pp. Nikliborcowie, też moi nauczyciele: on mat. i fiz., ona język niemiecki. Prof. Chmielowską odwiedzaliśmy (jej uczniowie) dość często w Ossolineum, gdzie za Niemców pracowała. U niej zdawałem maturę wiosną 1944, jeszcze we Lwowie. Dalsze losy Pani Profesor są mi nieznane. [...] warto by zamieścić o tej wybitnej kobiecie i patriotce obszerniejszą wzmiankę w „CL”. Ciekawostka: z mieszkania prof. Nikliborców wyruszył mój oddział AK do akcji „Burza” – ja do ochraniania kina Apollo na Chorążczyzny i wieszania flagi na ratuszu. Nie wiem skąd się wzięło tyle wersji i autorów tego wyczynu.
3. [...] nieprawdą jest, że skocznia narciarska na płn. stoku Kajzerwaldu nie istnieje. Kajzerwald to najbliższe mi strony – mieszkałem na Leśnej. Wzgórze to co roku odwiedzam i zawsze coś sfotografuję. Do 39 r. i za Sowietów wszystkie śnieżne zimowe popołudnia tam spędzałem, jeżdżąc na nartach. Wzgórze Kajzerwaldu było doskonałym terenem narciarskim. Opisałem to w „SF”. Pamiętam szczątki skoczni z drugiej połowy lat 30. Była to konstrukcja drewniana, ale już w rozsypce, nie wykorzystywana. Ciekawe, bo miała naturalny rozbieg z najwyższego punktu wzgórza i naturalny zeskok do dolinki, w głębi której był gr.-kat. cmentarz i cerkiew. Po wojnie Sowieci skocznię odbudowali, przydając jej metalową konstrukcję, którą podwyższyli rozbieg. Dziś ta konstrukcja, choć także zdewastowana, stoi po pr. stronie asfaltowej alei, biegnącej wśród zalesionego grzbietu Kajzerwaldu. Wdrapałem się przed paru laty na tę skocznię. Oceniłem, że można z niej było oddawać skoki do 40 m. Wspaniały stamtąd widok na masyw W. Zamku, Piaskowej Góry i na płytę Podola aż po Dublany. Skocznia więc jest, tylko w ruinie, jak zresztą prawie wszystko we Lwowie.

Dziękujemy Ci, Jerzy, za te wspomnienia. Gdzie są chłopcy z tamtych lat?