Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

NOWE KSIĄŻKI

• Profesor (i rektor!) Stanisław S. Nicieja powrócił do tematu łyczakowskiego i – wykorzystując niewątpliwie swoje przebogate archiwum – wydał nowe wspaniałe dzieło: Łyczaków – dzielnica za Styksem (wyd. ZN im. Ossolińskich, Wrocław–Warszawa–Kraków 1998). O ile poprzednie książki Niciei o cmentarzach Łyczakowskim i Obrońców Lwowa były raczej naukowymi monografiami, o tyle obecna jest księgą (570 stron) o charakterze albumowym i zarazem opowieścią i refleksją o ludziach, spoczywających na obu – każdej w swoim rodzaju – najwspanialszych polskich nekropoliach; o lwowskich rodzinach, ich losach i losach Miasta, o twórcach pomników. Pisze też Nicieja o dramacie zniszczenia tych niezwykłych cmentarzy – dramacie ciągle nie zakończonym, jak wiemy już skądinąd, i to całkiem świeżo.
Sądzimy, że księga ukazała się we właściwym czasie. Postarajmy się, by trafiała w ręce nie tylko lwowian – lecz i tych, którzy nie bardzo się orientują, co to jest Polski Lwów. Ludzi nowych...
Fragment opisanej książki został przedrukowany w krakowskim „Dzienniku Polskim” 247/98.
Książka dostępna w księgarniach krakowskich i na pewno w całej RP.

• Ukazał się (wreszcie!) kolejny, czwarty tom Rocznika Lwowskiego za lata 1995 – 1996. Książka pięknie wydana, w twardej okładce i gruba (280 stron + ośmiostronicowa wkładka fotograficzna), ale co najważniejsze, pełna doskonałych materiałów, dotyczących nie tylko Lwowa i Małopolski Wschodniej, ale i Wołynia, a nawet sąsiedniej Ukrainy. Rocznik wydał Instytut Lwowski w Warszawie, to znaczy p. Janusz Wasylkowski, którego zasługi w dziedzinie książki lwowskiej trudno przecenić. Nie tylko sam pokonuje niebagatelne trudności wydawniczo-finansowe, ale i pisze, i jeszcze urządza aukcje książki kresowej, na których można zdobyć wiele poszukiwanych lub nieznanych leopolitanów.
Wszystkie artykuły zawarte w nowym RL są ciekawe i historycznie ważne, wymieńmy atoli te, które zwróciły naszą szczególną uwagę: o ewakuacji zbiorów polskich ze Lwowa w 1944 r. (M. Matwijów), o lwowiakach w Brazylii (K. Smolana), o ludowcu Jakubie Bojce (Z. Ilski), o XIX-wiecznym dziennikarzu Janie Dobrzańskim (A. Bańkowska), o lwowskiej „mickiewiczologii” (J. Starnawski). W dziale literackim: wiersz K. Wajdy (Szczepcia), wspomnienia szkolne H. Niemcowej oraz znakomity tekst wspomnieniowo-historyczny M. Sobkowa o Koropcu. Dalej pożegnanie zmarłych: Witolda Szolgini i Artura Leinwanda. Teksty spoza Lwowa i Małopolski Wschodniej dotyczą harcerstwa wołyńskiego oraz Wierzchowni, pamiętnej związkiem pani Hańskiej i Balzaka. W dziale recenzji większość notek dotyczy literatury o Wołyniu.
Szkoda, że wiele spośród wymienionych tekstów ukazuje się zbyt późno – nie dziwota, skoro je kompletowano nie później niż w 1995 roku. Jednak wysoka poprzeczka edytorska, jaką sobie stawia Redaktor, powoduje, że wydanie takiej książki to trud niemal syzyfowy, i to mimo świetnych sponsorów: Komitetu Badań Naukowych, Fundacji Lanckorońskich, Polaków z Londynu oraz Energopolu. Tym bardziej więc należy się Januszowi Wasylkowskiemu nasze uznanie.
Pozwalamy sobie zwrócić uwagę na jeden zauważony błąd rzeczowy (nie największej wagi) oraz jeden lapsus autorki. Na str. 55: p. Niedenthalowa była z domu Szczepańska, a nie Bochdan. Na str. 158: bez sensu jest odczytanie nazwiska Lonchamps jako Lousza. Fonetycznie należałoby to napisać: Ląszan, ale właściwiej – Ląszaą. Śmieszne też jest określenie rodziny Longchamps de Berier jako rozmiłowanej we Lwowie rodziny francuskiej. Jest to zasłużona dla Polski i Lwowa patriotyczna polska rodzina o korzeniach francuskich. We Lwowie żyli i działali przez dwa i pół wieku.
Książkę można otrzymać u wydawcy i w księgarniach o profilu narodowym.

• Profesor Stanisław Grodziski napisał niezwykłą książkę. Tytuł brzmi: Wzdłuż Wisły, Dniestru i Zbrucza. Wędrówki po Galicji dyliżansem, koleją, samochodem. Jest to swego rodzaju geograficzno-historyczno-kulturalny przewodnik po całej Małopolsce, a jego niezwykłość polega na osadzeniu akcji (czy raczej narracji) w trzech epokach: około r.1800, około r.1900 i około połowy XX wieku. W tych trzech podróżach przemierzamy wraz z Autorem miasta, miasteczka i wsie, zamki, pałace i dwory. Spotykamy tam niezliczonych ludzi znanych i nieznanych, ze wszystkich stanów i nacji, poznajemy miejsca ich urodzenia lub śmierci, chwały i klęsk, dzieła życia i pamiątki. W książce roi się od nazw miejscowości i nazwisk, a każde napełnia Autor pasjonującą treścią.
Książka prof. Grodziskiego, znakomitego historyka – który na chwilę oderwał się od historii prawa i ustrojów, i pewnie dla relaksu poskładał okruchy, zbierane na marginesie swej naukowej pracy – trafia nam specjalnie do serca. Obracamy się wszak w dwóch częściach Małopolski – tamtej, z której pochodzimy, i tej, w której dziś żyjemy. Nie ma więc w tej księdze okolic nieznanych: Winniki i Zabierzów, Grzymałów i Lanckorona, Kuty i Grybów, Bełz i Słomniki – nasza przeszłość przenika się z naszą teraźniejszością, niezależnie od epok, przez które prof. Grodziski wędruje dyliżansem, pociągiem czy samochodem. I niezależnie od tego, że podróż trzecia omija tamtą część Małopolski. Ale – nic straconego. Zaprosimy przy innej okazji, Panie Profesorze!
Książka dostępna we wszystkich księgarniach krakowskich.

• Dobrze nam znany prof. Jan Ostrowski (vide rozmowa w CL 1/96) wydał już drugą – nie licząc tomów (już pięciu) Materiałów do dziejów sztuki sakralnej na Ziemiach Wschodnich dawnej Rzeczypospolitej – książkę poświęconą historii i spuściźnie artystycznej Małopolski Wschodniej. Pierwszą był: Lwów. Dzieje i sztuka (Universitas, Kraków 1997), nową zaś: Kresy bliskie i dalekie (jw. 1998). Ta druga stanowi zwarte wydanie 28 artykułów, które Autor publikował w „Czasie Krakowskim” w 1996 r. – pisaliśmy o nich w CL 2/97, wyrażając nadzieję, że za nimi ukażą się następne. Czekamy cierpliwie!
Książka dostępna we wszystkich księgarniach krakowskich.
• Ośrodek Pojednania Polsko-Ukraińskiego w Chicago wydał książeczkę, opracowaną przez Jana Sokoła i Józefa Sudę pt. Polska okupantem? (Chicago–Poznań–Wrocław 1997). Zebrano tam kilka dokumentów, które odnoszą się do przejawów nacjonalizmu ukraińskiego okresu ostatniego półwiecza, a więc znanych wydarzeń z lat II wojny, jak i aktualnej polityki nacjonalistycznej części działaczy i społeczności ukraińskiej. Do ciekawych fragmentów książki należy omówienie obecnej kondycji Rusinów, przesiedlonych z Podkarpacia na ziemie zachodnie i północne, oraz obalenie mitów, lansowanych przez Związek Ukraińców w Polsce. Jest też sprawiedliwa wypowiedź ks. Henryka Jankowskiego z Gdańska (nie stanowi ona jednak zasadniczej treści książki, jak by to wynikało z tekstu strony tytułowej). Książka Sokoła i Sudy stanowi dobrą informację o sprawie rozrachunku ze zbrodniczym nacjonalizmem ukraińskim, który to rozrachunek może się dopiero stać fundamentem prawdziwego pojednania.
Książka dostępna w Księgarni Polskiej w Krakowie.

• Książeczka Stanisława Rakowskiego pt. Wspomnienia z Kresowej Osady Kościuszkówki na Podolu (1997) zawiera kilka niezwykle ciekawych i ważnych wątków.
Wątek pierwszy to kwestia tzw. osadnictwa na ziemiach wschodnich, tak dziś nieżyczliwie eksploatowanego przez niektóre środowiska, przyjmujące punkty widzenia zawsze niekorzystne dla racji polskich. Sapienti sat.
Problem osadnictwa tedy sprowadzają niektórzy do kwestii narodowościowej – zmiany proporcji ludności polskiej do ruskiej. Był to oczywiście dodatkowy efekt i któż się może temu dziwić? Było to wszakże dokonywane w sposób zgodny z normami europejskimi i w dość istotny sposób kontrastowało z czystką etniczną, jaką zademonstrowano na naszej skórze w czasie i po II wojnie. Ale to tylko dygresja.
Istotę osadnictwa stanowiły względy ludnościowo-ekonomiczne. Wspomóżmy się Rocznikiem Statystycznym z r. 1937 (choć w omawianym przypadku chodzi o okres o 15 lat wcześniejszy, pod tym względem nie zaszły jednak istotne zmiany). Gęstość zaludnienia w Polsce wynosiła wtedy 83 mieszk./km2, lecz w województwach południowych 107 (Małopolska!), a wschodnich 45. Jest więc oczywiste, że tzw. osadnictwo wojskowe kierowano głównie tam, m.in. na Wołyń. Nie praktykowano natomiast osadnictwa wojskowego w Małopolsce Wschodniej, a jedyną przyczyną tworzenia nowych osad były względy polepszenia warunków ekonomicznych ludziom, bez rozróżniania narodowości. W województwach południowych gęstość zaludnienia wynosiła: w krakowskim 107 mieszk./km2, w lwowskim 110, stanisławowskim – 88 (góry i lasy!) oraz tarnopolskim – 97. Jeśli dodać, że to ostatnie miało najlepsze ziemie uprawne oraz brak siły roboczej (lata po I wojnie!), to jest oczywiste, że tam właśnie powstawały nowe osady, wspierane rozumną polityką władz.
Osada Kościuszkówka była położona na granicy powiatów czortkowskiego i zaleszczyckiego, między Jagielnicą a Jazłowcem (pobliskie większe miasteczka: Czortków, Buczacz, Tłuste). Powstała z parcelacji części dóbr Burakówka (Cieńskich) oraz Bazar (Matyldy z Boguckich Respaldiza) – obszarów odległych od siedzib folwarków oraz zdewastowanych przez wojska rosyjskie w 1920 r. Ziemię tę zasiedlili zarówno niezamożni Polacy, jak i Rusini. Przykładem rodzina autora: przybyli w poszukiwaniu lepszych warunków życia z przeludnionego Pokucia (powiat kołomyjski: 131 mieszk./km2), tu nabyli grunt. Kupowano kilkanaście do dwudziestu paru hektarów). Autor opisuje w sposób zajmujący historię tej ziemi, jej miast i wsi oraz zakorzenionej tu od średniowiecza polskiej kultury. Porusza wszelkie aspekty życia mieszkańców.
Drugi wątek to losy wojenne Kościuszkówki i okolicznych osad oraz zamieszkałych w nich Polaków. Łatwo się domyślić, że wątek to tragiczny. Ważnym elementem książki jest seria wykazów: deportowanych do Rosji oraz wymordowanych przez Ukraińców. Autor podaje szereg przykładów bestialstwa banderowców, okrutnego mordowania Żydów i ich małych dzieci, wyuzdanych tortur stosowanych na Polakach. To jeszcze jeden ważny dokument, wart zapamiętania.
Książka do otrzymania w oddziałach TMLiKPW.

• Książka, którą teraz przedstawiam, szczególnie przypadła mi do serca. Są to wspomnienia starego turysty – starego nie tyle wiekiem (ma dopiero 92 lata), lecz turysty w dobrym starym stylu. Jest nim pan Henryk Hordt, zamieszkały dziś we Wrocławiu, ale rodem – łatwo się domyślić skąd rodem, skoro w tym kwartalniku o nim piszemy. Urodzony w 1906 r. w Medenicach (między Mikołajowem a Drohobyczem), wychował się w Stryju, studiował na Politechnice Lwowskiej, został nauczycielem matematyki i do II wojny pracował we Lwowie (w Korpusie Kadetów!). Ale przede wszystkim – wędrował, głównie po wschodnich Karpatach. Tytuł książki brzmi: Piękno utraconej ziemi (Wrocław 1998).
Jednak nie tylko wschodniomałopolski, karpacki, turystyczny temat stanowi o „świetności” tej książki. Tworzy ją przede wszystkim podejście autora do tematu: pełne podziwu godnej erudycji, którą przekazuje przy każdej okazji. W dodatku erudycja ta obejmuje najróżniejsze dziedziny: od historii i geografii – w skali ogólnej i lokalnej, poprzez językoznawstwo i onomastykę oraz etnografię, aż po wiedzę praktyczną, jaka przystoi rasowemu turyście. Karpaty Wschodnie zna na wylot, przeszedł je wzdłuż i wszerz. Każda strona książki Hordta to kopalnia wiedzy, którą moglibyśmy określić jako interdyscyplinarną.
Przykładem dydaktyki Hordta niech będzie pouczający wykład o etymologii nazwy jego rodzinnego miasta – Stryja:
[...] reliktem językowym jest słowo „stryj”, które w ciągu wieków wykształciło się z pradawnego „str”. Tak Chorwaci [pradawni mieszkańcy tamtych stron] nazywali płynącą wodę. W dzisiejszym chorwackim języku „struja” oznacza prąd, a „strujaki” znaczy płynąć. W rosyjskim „strujka” to mała rzeczka, w czeskim „strouha” lub „struha” – to potok. Niemieckie „der Strom” znaczy strumień. Pierwiastek „str” należy do najstarszych, wspólnych wielu indoeuropejskim językom i związany jest z płynącą wodą. Polskie słowa: strumień, struga, Dniestr, [dodajmy jeszcze Strwiąż, Strypa – przyp. red.] mają ten sam rodowód. Ostrów to wyspa na rzece. Pojawiający się od najdawniejszych czasów na tych terenach kupcy greccy nazywali naszą rzekę: Stru, Dztru, Styr lub Stryj. Nazwa „Stryj” jest więc najprawdopodobniej związana z rzeką i odnosiła się najpierw do niej. [...]
Autor wędruje po górach poprzez prawie 200 stron, a przy okazji omawia (wybieram na chybił-trafił): narciarstwo przed wojną i pociągi narty-bridż, budownictwo i przesądy Bojków, miejscowości klimatyczne nad Prutem i przełęcz Legionów, Ormian i Wołochów, opryszków i koniki huculskie, huculską sztukę i instrumenty muzyczne, tańce i pieśni. Wyjaśnia technologię spławiania drewna. Opisuje ochronę Hucułów przez rząd polski przed wojną oraz zanikanie odrębności tego ludu w czasach obecnych. I jeszcze mnóstwo innych ciekawych szczegółów, a wszystko bardzo kompetentnie.
Książkę uzupełniają świetnie dobrane zdjęcia oraz mapy. Naprawdę kapitalna książka.
Książka do otrzymania we Wrocławiu.

• Niniejszy, inżynierski numer byłby niekompletny, gdybyśmy nie wspomnieli o książce pt. Naftowiec, będącej opowieścią biograficzną o znakomitym przemysłowcu Marianie Wieleżyńskim, a spisanej przez jego syna Lecha Wieleżyńskiego. Praca została opublikowana po raz pierwszy w Londynie (1985), a obecnie – z inicjatywy pani J.C. (która występuje pod inicjałami, choć domyślamy się, kto to – jest wszak członkinią krakowskiego oddziału TMLiKPW) i nakładem dra inż. Ryszarda Gancarza z AGH – wydano ją w Krakowie.
Marian Wieleżyński (ur. 1878, Czerniowce; zm.1945, Lwów) z wykształcenia był inżynierem-chemikiem, absolwentem Politechniki Lwowskiej. W czasie studiów związał się ze środowiskiem niepodległościowym o zabarwieniu socjalistycznym, stronnikiem Piłsudskiego. Pierwsza posada w rafinerii „Galicja” (o kapitale niemieckim) w Drohobyczu, której objęcie zbiegło się w czasie z kryzysem przemysłu naftowego na ziemiach polskich (bankructwo w roku 1898 przedsiębiorstw Stanisława Szczepanowskiego, spowodowane intrygami obcego kapitału) oraz obserwacja karygodnych warunków pracy w zagłębiu borysławskim, doprowadziły ambitnego i energicznego Wieleżyńskiego do założenia w r. 1912 (wraz z inż. W. Szaynokiem) spółki akcyjnej „Gazolina”. Firma rozwijała się chwalebnie aż do II wojny, pomimo nieustannych podjazdów ze strony obcego kapitału, mocno zagnieżdżonego w naszym zagłębiu od czasów austriackich. Największym sukcesem było odkrycie i zagospodarowanie w Daszawie k. Stryja przebogatych złóż gazu ziemnego, znanego z najwyższej jakości. Rosła również pozycja inż. Wieleżyńskiego, któremu prez. Mościcki i min. Eugeniusz Kwiatkowski zlecili reorganizację państwowego „Polminu”. Historyczną zasługą Wieleżyńskiego było prowadzenie działalności opartej o kapitał wyłącznie krajowy i stworzenie ludzkich warunków pracy w swych zakładach, wraz z zapewnieniem udziału robotników i urzędników w zyskach i kapitale firm.
Kres „Gazolinie” przyniosła okupacja sowiecka, gdy zamieniono ją w radzieckie przedsiębiorstwo UKR-Gaz.
A potem przyszła zagłada całego przemysłu wydobywczego i przetwórczego w zagłębiu borysławskim – doprowadziła do tego „radosna twórczość” sowieckich i ukraińskich „fachowców” (przyp.red.).
Warto na koniec dodać, że autor biografii, Lech Wieleżyński uczynił w latach po II wojnie w afrykańskim Gabonie to, co jego ojciec o kilkadziesiąt lat wcześniej na polskim Podkarpaciu: utworzył im – wbrew przeszkodom – ich własny, gaboński przemysł naftowy i gazowniczy. Na swoje późne lata, nie mogąc wrócić do Lwowa, osiadł we Francji.
Książki nie ma w sprzedaży.

• Magnes, jakim był przemysł górnośląski oraz Politechnika Śląska, ale może w jeszcze większym stopniu ślepy los, który skierował rzesze Polaków wysiedlonych ze Wschodu, sprawiły, że w miastach Górnego Śląska znalazło się bardzo wielu inżynierów ze Lwowa i całej Małopolski Wschodniej, w tym energetycy (energetyka jest w tym regionie ważnym czynnikiem) – rozumiemy przez to fachowców w dziedzinie elektroenergetyki, ciepłownictwa, gazownictwa, a także energii jądrowej itd.
Dobrą robotę wykonał Władysław Wilgusiewicz, spisując biografie inżynierów-energetyków lwowiaków, osiadłych na Górnym Śląsku, którzy przyczynili się do odbudowy i rozwoju energetyki, przemysłu, uczelni i kilku jeszcze dziedzin gospodarki. Jego książka nosi tytuł Energetycy lwowiacy na Śląsku (Katowice 1998).
Obecnie czekamy więc na drugi tom, w którym znaleźlibyśmy innych jeszcze energetyków górnośląskich, pochodzących nie tylko ze Lwowa, lecz również z Tarnopola, Stanisławowa, Drohobycza i wielu innych miejscowości Małopolski Wschodniej.
Książka do otrzymania prawdopodobnie na Politechnice Śląskiej w Gliwicach.

• Na jednej z półek mojej dość zasobnej biblioteki leopolitanów jest zaciszny kącik, gdzie gromadzę książki, które objąć można wspólnym określeniem: miejski folklor Lwowa. Warto je wymienić, bo ich zestaw świadczy o wielkim zainteresowaniu autorów – publicystów i naukowców z jednej strony, a czytelników z drugiej, tą właśnie dziedziną kultury Lwowa. Ba! – boję się, że w niektórych kręgach lwowiaków i nie-lwowiaków owa tematyka za bardzo przesłoniła obraz tamtej – wielkiej kultury Lwowa (pisaliśmy o tym niedawno w CL 1/98, Naszym zdaniem). A więc chronologicznie:
– S. Uhma: Lwowskie piosenki. Wyd. Koło Lwowian, Londyn 1971.
– Z. Kurzowa: Polszczyzna Lwowa i Kresów południowo-wschodnich do 1939 r. Wyd I. Państw. Wyd. Naukowe, Warszawa – Kraków 1983, II wyd. jw. 1985.
– J. Habela, Z. Kurzowa: Lwowskie piosenki uliczne, kabaretowe i okolicznościowe do 1939 roku. Państw. Wyd. Muzyczne, Kraków 1989.
– J. Wasylkowski: Piosenki lwowskiej ulicy. Antologia. Wyd. OTO Kalambur, Wrocław 1988.
– K. Wajda, H. Vogelfanger: Szczepko i Tońko. Reprint, wyd. ZN im. Ossolińskich, Wrocław 1989.
– S. Machowski: Bernardyński mijam plac. Wyd. ZN im. Ossolińskich, Wrocław 1989.
– H. Staniuk (red.): Ta Jóźku. Humor i satyra dawnego Lwowa. Wyd. Presstur, Wrocław 1989.
– T. Krzyżewski: Księga humoru lwowskiego. Wyd. IWAR, Warszawa 1995.
Przedstawiona lista, na pewno niekompletna, obejmuje pozycje bardzo różnego gatunku: zbiory piosenek, anegdot oraz dowcipów (nie zawsze wybrednych) lub monologi Szczepcia i Tońcia, ale także opracowania naukowe lub popularno-naukowe. Do tej ostatniej grupy należą prace T. Krzyżewskiego i S. Uhmy, do naukowych książki Z. Kurzowej i J. Habeli.
Do kategorii prac naukowych doszła ostatnio kolejna, niezwykle interesująca, o oryginalnej tematyce: Mit lwowskiego batiara (wyd. Instytut Badań Literackich, Warszawa 1998), napisana przez Urszulę Jakubowską, historyczkę gdańską, związaną z IBL-em, autorkę wydanej przed kilku laty książki Lwów na przełomie XIX i XX wieku. Przegląd środowisk prasotwórczych (wyd. IBL, Warszawa 1991).
Autorka ma kilka tytułów do podjęcia takiego właśnie tematu: jest badaczką dziejów Polski XIX i XX w. i interesuje się historią Lwowa. Olbrzymią literaturę o Lwowie tej epoki ma w małym palcu, zna także to, co napisano, wydano i powiedziano ostatnio. Powołuje się nie tylko na „klasyków”, także na Dzieduszyckiego, Szolginię, Skalską, Hollanka.
Na samym wstępie rozważa Jakubowska rodowód słowa batiar, sięga głęboko w historię i szeroko geograficznie. Dalej bada materiał piosenkarski, prasowy, radiowo-filmowy, wspominkowy i literacki. Książka Jakubowskiej jest więc w czytaniu czymś, czego nie odbiera się jako trudnej pracy naukowej. Jest w niej coś z gawędy pełnej anegdot, okraszonej licznymi kapitalnymi cytatami. Dobrym przykładem niech będzie taki oto ustęp (s. 174–175):
[...] warto przypomnieć scenkę, którą zapamiętał z czasów wojny Antoni Wasilewski. W obozie żołnierzy polskich w Szkocji stojący na warcie ułani z 14 Pułku Ułanów z Jazłowca zastanawiali się, czy mogą przepuścić wóz korpusu szkockiego z angielskim majorem. Wasilewski pisze:
Wreszcie stojący obok niego ułan doradził: – Ta Jóźku, ta puść tego... – i tu dość dosadnie określił, tak po kleparowsku, przybysza. Na te słowa otworzyły się błyskawicznie drzwi i major angielski z miejsca odparował: – Ty batiaru jeden, ty jak si jeszcze raz tak wyrazisz, to dostaniesz tak w maziak, że cie jasna krew z burakami zaleje!
(Okazało się, że owym angielskim majorem był Malcolm Scott, rodowity lwowianin, jednak z ojca Anglika, osiadłego we Lwowie. Starsi lwowianie na pewno pamiętają sklep Scott i Pawłowski).
Książka do nabycia w księgarniach krakowskich.

• Działający w Krakowie Klub Złoczowski wydał trzeci już tomik serii (pisaliśmy o niej w CL 1/97) Biblioteki Złoczowskiej – Zeszyty Złoczowskie (Kraków, 1998). Najobszerniejszy to (110 stron) i najbardziej różnorodny spośród wydanych tomików. Zawartość uporządkowano w czterech działach: Historia, Kultura, Biografie oraz Z życia Klubu Złoczowskiego. W dziale historycznym obok artykułów o Janie Sobieskim, Unii Brzeskiej, Wrześniu 1939 i wspomnień z czasu II wojny oraz rozwoju szkolnictwa w Złoczowie, znajdujemy pierwszy odcinek słownika geograficzno-historycznego, dotyczący powiatów złoczowskiego i zborowskiego, z opisem struktury administracyjnej tych powiatów, oraz sporo zdjęć obiektów. Dział kulturalny omawia m.in. wystawy. Ciekawy jest dział biograficzny, który utrwala informacje o rodzinach złoczowskich oraz wybitnych złoczowianach (ks. Jan Cieński, profesorowie Kazimierz Kumaniecki i Fryderyk Papee, skrzypek Karol Lipiński, księgarz Feliks West. Życzymy kolejnych zeszytów!
Tomik do nabycia w Klubie Złoczowskim w Krakowie.

• Historycy, by badać wybrane okresy dziejów, a potem je opisywać, potrzebują materiałów źródłowych. Dla historyka Polski XX wieku będą to m.in. wspomnienia współczesnych – nie tylko tych, którzy historię naszych czasów współtworzyli – także tych, którzy byli poddani jej dramatycznemu biegowi. Dlatego należy witać z satysfakcją każdy nowy tom wspomnień o ludziach, rodzinach, ich losach, smutkach i radościach, zwłaszcza jeśli dotyczą Ziem Wschodnich, gdzie przewidywalna (jak się zdawało) ciągłość wydarzeń i naturalne pasmo ludzkich spraw zostały brutalnie przez siły zewnętrzne przerwane.
W drugiej połowie ub. roku otrzymaliśmy wspomnienia Anny Gołaś-Furgalskiej, pt. Dzieje jednej rodziny. Lwów 1939–1945 (Kraków 1998). Książeczka ta powinna się spodobać zarówno czytelnikom – szczególnie tym, dla których realia wspomnień są bliskie, bo w jakiś sposób zbliżone do własnych, ale i usatysfakcjonować historyków, którzy dostają kolejny, cenny materiał źródłowy, przedstawiający koleje losów lwowskiej rodziny z ostatniego okresu lat międzywojennych, z czasu II wojny i pierwszych lat powojennych, a także wpływ wielkich wydarzeń na codzienne życie zwykłych ludzi.
Autorka – z zawodu prawnik (po studiach na UJ, przez kilkadziesiąt lat pracowała w Krakowie jako radca prawny) – jest córką sędziego Sądu Apelacyjnego we Lwowie, Władysława Furgalskiego, zamordowanego przez Sowietów w 1940 roku. Matką była Anna z Kolońskich, której z kolei matka prowadziła we Lwowie przy ul. Trybunalskiej hotel „Pod Trzema Koronami”.
Pani Anna umiejętnie wiąże własne i swojej rodziny przeżycia z wypadkami II wojny na naszych ziemiach. Opisuje dramat obu okupacji, ukrywanie się w Kołomyi i Drohobyczu (na Wójtowskiej Górze), swoją pracę zarobkową i społeczną, a w końcu ucieczkę ze Lwowa (Dębica – Rzeszów), by od 1945 r. osiąść w Krakowie. Autorka pisze z dozą goryczy (nie ona jedna!): Muszę niestety powiedzieć, że ludność polska zamieszkująca Generalną Gubernię nie wykazała wobec nas, tułaczy z Kresów Wschodnich, takiej gościnności i serdeczności, jaką my, mieszkańcy Lwowa okazaliśmy w 1939 r. uchodźcom z zachodniej części Polski.

PS od Redakcji: Pani Anna Gołaś-Furgalska przekazała kwotę 200 zł, uzyskaną ze sprzedaży swej książki w czasie jej promocji w Klubie „Zaułek”, jako zapomogę dla studenta zza wschodniej granicy. Otzymała ją absolwentka, p. E.M. z Sambora.
Książkę można otrzymać w TMLiKPW w Krakowie.

• Do obfitego już zestawu wspomnień lwowiaków z tych samych czasów, co pozycja wyżej omówiona, doszła książeczka napisana przez Emila Hliba, pt. Moje chodzenie po Lwowie (do 1945 r.), a wydana przez coraz bardziej zasłużoną Oficynę Wydawniczą Wrocławskiego Oddziału PTTK „Sudety” (1998).
Książka Hliba jest znakomitym dokumentem historii, obyczajów, drobnych i mało znanych, ale znamiennych wydarzeń, a nade wszystko – choć autor pisze o całym Lwowie – mikro-geografii i mikro-demografii dzielnicy, o której dotąd niewiele pisano: Kleparowa. Tak się składa, że w tym numerze p. Konrad Sura zauważa, iż większość lwowskich wspomnień obraca się wokół Łyczakowa; on sam pisze o ul. Gródeckiej. A inne dzielnice? Było ich przecież wiele. Książka Hliba wypełnia więc jedną z białych plam na mapie Lwowa.
Na końcu książki autor umieścił zestaw lwowskich wierszy i piosenek. Co ciekawe: większość tekstów jest nam nieznana. Nie ma ich u Kurzowej ani w innych zbiorkach. Dobrze, że zostały tu rozpowszechnione.
Książka dostępna w niektórych księgarniach krakowskich.

• „Sokół – Macierz – Lwów” (w Krakowie) wydał po raz siódmy kalendarzyk kieszonkowy – na rok 1999. Bardzo cenne jest opisanie dat, ważnych dla Lwowa i Małopolski Wschodniej – a tym samym dla całej Polski, jej historii i kultury. Autorem jest prezes SML, druh Andrzej Pawłowski. Gorąco polecamy, zwłaszcza dla młodego pokolenia.
Piękne kalendarze wydały również: Wydawnictwo Radość Wiary (Drohobycz) – Kalendarz Archidiecezji Lwowskiej obrz. łac., z przedmową ks. J. Wołczańskiego i zdjęciami w większości P. Korpantego, oraz Fundacja Kresowa „Semper Fidelis” (Wrocław) – Lwowskie Pomniki, ze zdjęciami Z.J. Zielińskiego i M. Rogalskiego.
Kalendarz „Sokoła” wyczerpany. Pozostałe do nabycia w oddziałach TMLiKPW.

• O książkach na temat Politechniki Lwowskiej pisaliśmy w CL 2/97 (str.19). Warto dodać jeszcze jedną (niedawno dopiero przez nas „odkrytą”), opracowaną przez znakomitego znawcę i dokumentatora dziejów tej uczelni, Zbysława Popławskiego: Wykaz pracowników naukowych Politechniki Lwowskiej w latach 1844 – 1945 (wyd. Politechnika Krakowska, 1994). Przy każdym nazwisku podano główne dane personalne oraz, w skrócie, przebieg kariery: lata, stanowiska, wydziały i przedmioty.
Do nabycia na Politechnice Krakowskiej.

Stefan S. Łukowski

Jest co czytać (8)

GDZIE SZUM PRUTU...
Kołomyja jest stolicą najbardziej na południe wysuniętego regionu – Pokucia. Nie powiatu, bo jeszcze dalej leży Kosów, lecz właśnie regionu, i to regionu niezwykle urozmaiconego (opisywaliśmy go w słowniku geograficzno-historycznym w CL 2/95, a samą Kołomyję w pierwszym naszym numerze – 1/95). Na urodę Pokucia składa się różnorodna rzeźba terenu, klimat, plony urodzajnej ziemi, ludność (etnografia), liczne piękne, historyczne miasta ze stołeczną Kołomyją na czele. I dzieje bogate w wydarzenia – wszak to droga na południe i z południa, od Morza Czarnego, z Bałkanów, Małej Azji, Bliskiego Wschodu – a co to oznacza – można było przeczytać w naszym orientalistycznym numerze CL 3/98.
Nic więc dziwnego, że wygnańcy z Kołomyi i całego Pokucia pragną utrwalić te wszystkie przymioty swojej małej ojczyzny. Te ponadczasowe i te przemijające, z czasu zachowanego we własnej pamięci, albo pamięci rodziców, dziadków. To bardzo ważne, bo w zasięgu świadomości pokoleń pierwszej połowy odchodzącego wieku były dwie wojny i zagłada, exodus, koniec Historii i koniec Europy na tej zbezczeszczonej Ziemi.
„Lokalka” w Kołomyi. Fot. Maksymilian Prelicz
Pismo kołomyjan nazywa się pięknie i po prostu: „Gdzie szum Prutu...”, a wydaje je (pod skromnym podtytułem: Biuletyn Informacyjny) Oddział Miłośników Kołomyi „Pokucie” przy Towarzystwie Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich we Wrocławiu. Oddziałowi i pismu przewodzą dwie niezwykłe panie: matka i córka, dr Danuta Krupska (prezes) oraz mgr inż. arch. Bożena Krupska (redaktor naczelny). Rzecz w tym, że o ile matka mogła jeszcze bodaj liznąć tamtą Kołomyję (i to jako dziecię w czasie wojny), o tyle jest podziwu godne (i napawające optymizmem), że córka, która już nawet PRL mało pamięta, lecz jako architekt obdarzona wyobraźnią, umiała – przy pomocy matki i atmosfery przez nią stworzonej – odtworzyć sobie obraz tamtego prawdziwego Pokucia, tętniącego autentycznym życiem, wielobarwnego, dostatniego. Bo żeby redagować tak dobre pismo, trzeba temat rozumieć i czuć, przeżywać. Bożena Krupska nabyła to dzięki kilku podróżom na dzisiejsze Pokucie, w Karpaty, ale także dzięki świetnej orientacji w literaturze i ikonografii oraz kontaktom z rodowitymi kołomyjanami, rozproszonymi dziś po całej RP.
W piśmie porusza się to, co trzeba: dzieje dawne i niedawne (sprzed półwiecza – to wspaniałe źródło wiedzy dla profesjonalnych historyków), dokumentację ofiar bolszewickich, nazistowskich i ukraińskich akcji eksterminacyjnych, udział kołomyjan i pokucian w ostatniej wojnie. A dalej: biografie i wspomnienia. To cenne, bo eksponuje się także zwykłych ludzi i rodziny, jakże często o niezwykłych życiorysach. Podobnie miejscowości: małe wioski, ich urodę, rolę w dziejach lokalnych, wojenną gehennę mieszkańców, dalsze losy wygnańców. Kolejne tematy: szkolnictwo, wydarzenia, obchody, wydawnictwa kołomyjskie z tamtych czasów, a także stare piosenki, bałak, sztukę (jeden z numerów był poświęcony wystawie Pokucie – ziemia Vincenza we Wrocławiu w 1995 r., patrz CL 3/97), pamiątki. Osobny wątek, to góry, Huculi, turystyka.
Jest i dzień dzisiejszy. Wygnani kołomyjanie i ich potomkowie są zorganizowani, spotykają się, tworzą – i pomagają Polakom, żyjącym w ich Ziemi. Są w kontakcie z księżmi, jeżdżą tam, zawożą dary.
Historia nie skończyła się jednak. Kołomyja i Pokucie żyją.
Malwina Piskozub