Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Ks. Lesław Jeżowski, ODPUST W NIŻNIOWIE

Maj w Tłumaczu bywał piękny. Bujnie zieleniły się drzewa i krzewy w licznych ogrodach, sady naciągały na siebie białe ubranie utkane z kwiatów. Wszędzie pachniało czeremchą, bzem, jabłoniami. Lubiłem w majowe ranki chodzić do kościoła na mszę świętą. Towarzyszyły mi w drodze melodie pieśni maryjnych, które na wieży grali moi szkolni koledzy, należący do orkiestry. Domy były jeszcze pozamykane, na ulicach nieliczni przechodnie. Swobody wiosennych powiewów nic nie krępowało.
Wieczory wzbogacały majowe nabożeństwa, które gromadziły w kościele przeważnie młodzież. Po zakończeniu nie wszyscy wracali do domów. Wielu przyciągał park, jego ciemne aleje i ławki, na których można było rozmawiać, żartować, śmiać się do woli. Wśród drzew latały chrabąszcze, rozlegał się śpiew ptaków. Wieczór z wolna przechodził w noc.
Do wyjątkowych dla mnie w tamtych czasach dni należał ósmy maja, czczący św. Stanisława biskupa. Odbywał się wtedy w Niżniowie odpust, na który zwykle wyjeżdżali księża tłumaccy. Chyba dwa razy zabrali mnie ze sobą. Pogoda zwykle dopisywała, darząc nas słońcem od samego rana. Jechało się do Niżniowa końmi. Raz wypożyczył je skądsiś ks. Tabaczkowski, nasz proboszcz, i zaprzęgł do swojego sfatygowanego powozu, kiedy indziej wynajął jedynego w mieście fiakra, Żyda Zysia, i ten zawiózł nas mocno wysłużonym wehikułem na odpust. Obok proboszcza zasiadał na tylnym siedzeniu ks. Witkowski, katecheta gimnazjalny, mnie zaś przypadało miejsce na składanej ławeczce naprzeciw nich albo na koźle obok woźnicy.
Jechaliśmy wpierw ulicą Słowackiego, przy której mieszkałem, a przy jej końcu skręcaliśmy w prawo, na drogę, prowadzącą do Łokutek. Właśnie w tym miejscu, wśród drzew sadu i żywopłotów, znajdowało się domostwo Śniechowskich, z którego pochodziło kilku moich starszych kolegów. W pobliżu był cmentarz żydowski, a za nim, ze wzgórza, na które wiodła droga, widniało w kierunku północnym rozciągające się szeroko wzniesienie – początek wyżyny Podola. Poniżej leżały Łokutki, mała ruska wieś, zaniedbana i brudna. Wszystkie niemal chaty pokrywały słomiane strzechy. W obejściach studnie z żurawiem. Stąd można było iść pieszo do Niżniowa ścieżką, która od Łokutek skręcała i przebiegała koło kamieniołomu. Końmi trzeba było jechać zakolem, żeby znaleźć się nad zwałami białych, wapiennych kamieni. Za wsią przejeżdżało się mostkiem nad strumykiem, który wypływał ze skalistej jaskini. Zawsze mnie ona frapowała: aby do niej wejść, trzeba się było nisko pochylić; wnętrze, rozświetlone od góry jakimś pęknięciem, swoją ciasnotą utrudniało swobodne poruszanie się. Pewnego dnia postanowiłem wybrać się tam z kolegami i zbadać tę jaskinię dokładnie, dotrzeć do jej dalszych części. Może dokonamy w niej jakichś ciekawych odkryć? Może znajdziemy coś interesującego? Tych ambitnych zamiarów nie udało się jednak zrealizować. Szczelina widoczna w tylnej ścianie jaskini była tak wąska, że ledwie rękę można było w nią wetknć. Błoto pod nogami więziło kroki. Nie znaleźliśmy żadnych możliwości dotarcia głębiej niż inni, wcześniejsi od nas ciekawscy. Właśnie tę jaskinię mijaliśmy teraz, zdążając do Niżniowa.
Rynek w Tłumaczu
Za kamieniołomem rozpoczynał się las. Zanim wjechaliśmy między drzewa, spoglądaliśmy wszyscy za siebie, na południe, gdzie w dole widniał Tłumacz. Stąd miasteczko wyglądało niemal okazale. Wydawało się większe i dłuższe niż w rzeczywistości. Las pachniał świeżością wiosennego ranka. Zieleń liści była jasna, jakby przezroczysta. Słońce odbijało się w pozostałych tu i tam kroplach rosy. Wśród traw kwitły leśne kwiaty. Przy końcu lasu spotkaliśmy grupę dzieci i dwie zakonnice. To tłumackie Służebniczki szły również do Niżniowa na odpust ze swoimi podopiecznymi z ochronki. Ks.Tabaczkowski, który swego czasu powołał do istnienia ochronkę dla sierot, zachęcał dzieci, by też weszły do powozu i jechały dalej z nami. Dzieciom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać: oblepiły cały pojazd i utrudniały poruszanie się naprzód. Dopiero na wyraźne polecenie woźnicy i ks. Witkowskiego zeszły na ziemię i dołączyły do swoich. Wkrótce zostały w tyle za nami.
Po opuszczeniu lasu zobaczyliśmy po lewej stronie, w pewnym oddaleniu, zabudowania ss. Józefitek w Zagórzu Polskim. Osiedle to zamieszkiwali sami Polacy. Zakonnice przybyły tu niedawno. W domu otwarły kaplicę dostępną dla wszystkich, prowadziły szkołę jednoklasową i przedszkole.
Najbliższą wsią za Zagórzem był Bratyszów. Posiadał cerkiew, urząd gminny, sporo domów. A za Bratyszowem – już Niżniów. Zjeżdżało się do niego w dół, w szeroki jar zalesiony po jednej stronie. Na zboczu przeciwległego wzgórza, wśród drzew, stała okazała leśniczówka, z daleka wyglądająca jak zameczek myśliwski. Z pól przed nami wyłaniały się dwie białe przysadziste wieże kościelne, pokryte czterospadowymi dachami. To był cel naszej podróży: niżniowski kościół parafialny, w którym dzisiaj odbywał się odpust. W miarę zbliżania się do świątyni napotykaliśmy coraz więcej ludzi odświętnie ubranych. Wszyscy szli na sumę. [...]
Nasz powóz zajechał na podwórze plebanii, gdzie stały już inne pojazdy, przeważnie okolicznych księży. Przyjechali na odpust, ale też na imieniny miejscowego proboszcza, ks. Stanisława Cichockiego. Plebania niżniowska przypominała dostatni dwór ziemiański. Przed nią łagodnie opadał w dół duży ogród otoczony żywopłotem, do którego z werandy o drewnianych słupach i takichże dekoracjach, prowadziły szerokie schody. Pokoje mieszkalne były rozmieszczone symetrycznie, po obydwu stronach jadalni ze wspomnianą werandą. Przy budynku rosły okazałe drzewa. Za plebanią znajdowało się owo podwórze gospodarcze, gdzie dzisiaj zatrzymały się zaprzęgi przybyłych gości.
Tłumaccy księża poszli na plebanię, ja zaś wymówiłem się od towarzyszenia im, bo wolałem dłużej pobyć w kościele, a zwłaszcza w przylegającym doń klasztorze. Wielka fasada kościoła i jego wieże sugerowały, że również wnętrze jest proporcjonalnych do nich rozmiarów. Tymczasem ono było małe i krótkie. Wejście od głównego ołtarza oddzielała niewielka przestrzeń. Byłem tu niejednokrotnie, ale w dniu odpustu kościół wyglądał inaczej niż zwykle. Odświętnie i radośnie. Ozdobiony ołtarz z dużym obrazem św. Stanisława wskrzeszającego Piotrowina, festony i girlandy między filarami, wszędzie mnóstwo kwiatów i zapachów.
Opuściłem kościół, który pomału wypełniał się ludźmi, i poszedłem do klasztoru. Tak jak kościół – miał białe tynki. Był jednopiętrowy, zabudowany w czworobok, którego jedną ścianę stanowiła absyda kościelna. Cały obiekt służył niegdyś paulinom, a po ich kasacie za zaborczych czasów józefińskich przeszedł na własność państwa, od którego odkupili budynek Urbańscy, dziedzice niżniowscy. Ci z kolei odstąpili go niepokalankom za symboliczną dzierżawną złotówkę. Zakonnice otworzyły tu żeńską szkołę powszechną wraz z internatem.
Aby dostać się do klasztoru, trzeba było przejść kilka metrów betonowym chodnikiem, prowadzącym przez ogród od furty w murze ogrodzeniowym. Ta furta pozostawała stale zamknięta. Zwisał przy niej gruby drut, który należało pociągnąć, a wtedy rozlegał się dzwonek w klasztorze. Za chwilę przychodziła zakonnica i otwierała bramę. Gdy mnie zapytała, czego sobie życzę, powiedziałem, że chciałbym pójść do kaplicy. Za murem znalazłem się w innym świecie, który o wiele więcej podobał mi się niż ten, który zostawiłem za murem. Przede wszystkim zachwycił mnie widok, na który patrzyłem idąc chodnikiem. Na prawo kwiatowo-warzywny ogród dosyć stromo opadał w dół i odsłaniał panoramę zalesionego zbocza z leśniczówką, którą widać było wcześniej, po drodze z Bratyszowa. W Tłumaczu do lasu miałem dosyć daleko, a i ten, który rósł tam na Kahawie, nie mógł się równać z niżniowskim. W okolicy Tłumacza rozciągały się lasy liściaste, a tu widziałem piękniejsze dla mnie drzewa szpilkowe. Gdzieś, między ogrodem klasztornym a przeciwległą górą z leśniczówką, biegła całkiem w dole, niewidoczna stąd, szosa łącząca Stanisławów z Buczaczem i Czortkowem. Naprzeciw siebie miałem aleję, a po lewej stronie, pośrodku klombu i krzewów, stała figura Serca Pana Jezusa. Za nią zaś i za drzewami – boczna ściana prezbiterium kościoła. Jej przedłużenie stanowił budynek klasztorny.
Wchodziło się do niego przez bramę, wprowadzającą w obszerną, przeszkloną po drugiej stronie sień. Stamtąd korytarzem w prawo docierało się do wąskiego oratorium, otwierającego się na ołtarz kaplicy klasztornej. Kaplica była zarezerwowana dla sióstr i ich wychowanek, a przybysze z zewnątrz korzystali z oratorium. Kaplicę oświetlało duże okno w ściane naprzeciw ołtarza. Pod oknem stało fisharmonium. Ołtarz nie posiadał nastawy, tylko samą mensę, nad którą widniał ukośnie zawieszony duży obraz Matki Bożej Niepokalanej w szerokich, złoconych ramach. Siedzenia dla sióstr ciągnęły się wzdłuż obydwu bocznych ścian kaplicy, dzieci miały ławki pośrodku.
Siostra furtianka opuściła mnie w sieni, a ja zostałem sam w oratorium. W jego ciszy mogłem się swobodnie modlić i oddać medytacji. Gdzieś miarowo tykał zegar.
Za jakiś czas wyszedłem z klasztoru. Znalazłem się znowu na betonowym chodniku. Skręciłem w lewo, aby wejść w aleję, która doprowadziła mnie do grobowca zakonnego, położonego na końcu ogrodu. Grobowiec posiadał kilka poziomów, na każdym z nich w zamurowanych wnękach spoczywały trumny zmarłych sióstr. Nie wyczuwałem tu cmentarnego smutku, wprost przeciwnie. Było spokojnie, pogodnie, wręcz radośnie. Jakby z martwych zakonnic emanowało zadowolenie z dobrze przeżytych ziemskich lat, wesele z osiągnięcia niebieskiej nagrody. Grobowiec w swoisty sposób zespalał się z klasztorem, szkołą, kościołem, z ludźmi żyjącymi i działającymi w nich. Nie był czymś oderwanym, obcym w tym środowisku. Życzyłem spoczywającym tu zakonnicom światła wiekuistego.
Moje duchowe wzloty przerwały dwie siostry, które aleją podeszły właśnie do grobowca. Zapytały mnie ostro, skąd się tu wziąłem i co tutaj robię, a ja trochę przestraszony wyjaśniłem im wszystko. Otrzymałem pouczenie, że ludziom świeckim – a więc również takim chłopcom jak ja – nie wolno spacerować po ogrodzie. Musiałem więc odejść, ale nie śpieszyłem się. Jeszcze raz spojrzałem na piękne drzewa alei, na rozkwitłe krzewy i barwne kwiaty, na lesiste góry, na klasztor skąpany w słońcu, i chciałem patrzeć jak najdłużej. Doszedłem do zamkniętej furty. Znowu zadzwoniłem, wnet przyszła furtianka i wypuściła mnie. Ostatnim, tęsknym spojrzeniem objąłem klasztorny świat, który się za mną zamykał.
(Dokończenie w następnym numerze)