Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Maria Jordan, O MOIM MIEŚCIE SENTYMENTALNIE

Stanisławów, miasto leżące w widłach dwu rzek: Bystrzycy Nadwórniańskiej i Sołotwińskiej, które łączą się, wpadają do Dniestru, założył Jędrzej Potocki w 1661 r., zbudował wpaniałą barokową farę z relikwiami św. Wincentego i z grobami członków swojej potężnej rodziny. Początkowo miasto nosiło nazwę Zabłocie, dopiero ku czci poległego w odsieczy wiedeńskiej pułkownika Stanisława Potockiego nadano grodowi nazwę Stanisławów. W XVII w. powstał kościół OO. Jezuitów, oprócz fary (potem katedra unicka); przepiękny architektonicznie kościół ormiański, mieszczący największy skarb naszej ziemi – cudowny Obraz Matki Boskiej Łaskawej, ukoronowanej koronami papieskimi w 1937 r.; klasztor OO. Trynitarzy (istniał do 1930 r.!). W kolegium jezuickim pobierali nauki poeci polscy: Franciszek Karpiński i Mieczysław Romanowski. Stanisławów – twierdzę kresową, chronioną przez dwie Bystrzyce, zbudował inżynier awinioński Francois Carassini, biegły w fortyfikowaniu miast. Nasze miasto przez wieki odpierało liczne napady przeróżnych wojsk i czambułów tatarskich, dawało z siebie wszystko, czego od Kresów wymagała Najjaśniejsza Rzeczpospolita. Dopiero po bankructwie Prota Potockiego w 1801 r. Stanisławów przeszedł pod rządy zaborczej Austrii. W okresie powstań narodowych setki ludzi, przekraczając tajemnie zaborcze granice, szły z naszego miasta w szeregi powstańców. Potem przyszedł okres II Rzeczypospolitej, okupacja bolszewicka, okupacja hitlerowska, II okupacja sowiecka, wreszcie czasy obecne.
To minihistoria, ale... Gdy jechało się od strony Lwowa pociągiem, przejeżdżało się przez długi most na Dniestrze spienionym i potężnym (zbierał wody z obu ston, z Podola, Pokucia, z gór) i oto odsłaniał się widok na miasto. Nad nim górowała przebudowana po I wojnie światowej wieża ratuszowa, wieże katedry unickiej, kościoła ormiańskiego ze złotym między wieżami wizerunkiem Matki Bożej Łaskawej, wieże fary. A na południu, gdy dopisywała pogoda, czerniał na południu łańcuch Czarnohory, Gorganów i Wschodnich Bieszczadów. Z naszego balkonu przy ul. Kazimierzowskiej, gdy wychyliło się w stronę szpitala, widać było, jak narysowaną na błękicie tuszem chińskim, sylwetę gór. Oto piramida Popa Iwana, kopuła Howerli, trójkąt Chomiaka (moja pierwsza wielka miłość turystyczna...), z którego podobno w dobrą pogodę można było wieczorem widzieć światła miasta! A Sywula, Popadia, a bliżej leżące, obrośnięte ciemnymi lasami góry Nadwórnej, Delatyna. Wieczorem pociąg relacji Worochta–Lwów dudnił (punktualnie) na moście w Chryplinie, można było według niego nastawiać zegary...!
Na zachód od miasta czerniał wał pokryty gęstym lasem, zwany Czarnym Lasem. Chodziło się tam na majówki, wycieczki młodzieżowe, ale obecnie pamięć o nim wywołuje tylko bolesny skurcz serca, dramatycznie zapisał się bowiem w naszej pamięci. To ten las stał się w sierpniu 1941 r. widownią kaźni i miejscem bratnich mogił przedstawicieli polskiej inteligencji (głównie nauczycielstwa) rozstrzelanych przez gestapo. Na północ w stronę Lwowa zasłaniał miasto Wołoczyniec, wzgórze wapienne pokryte lasem.
Najpiękniejsze dla mnie były powroty ze szkoły, potem z gimnazjum wzdłuż ulicy Kazimierzowskiej, nazwanej później POW, gdy słońce świeciło wprost w twarz, a połoninny wiatr pachniał górami. W niedzielę chodziło się parami ze szkołą do kościoła; ja początkowo do kościółka „Ave Maria” przy ulicy Gillera, później, po przejściu do gimnazjum państwowego przy ul. Kamieńskiego, do kościoła OO. Jezuitów. Po drodze w okresie karnawału przynosiłam na obiad pączki albo od Stafa albo Krowickiego, ale najbardziej lubiłam wstępować do cukierni Skruta, gdzie do 10 pączków dodawano jeden gratis, na co czekał w domu nasz przemądrzały Bohm-foksterier, który zjadał go triumfalnie, osobiście!
A może by tak przejść się wieczorem (oczywiście przed 1900!!) przez AB, zobaczyć co nowego na wystawie księgarni Jasielskiego, co grają w kinie „Ton”, „Uranii”, „Olimpii”. Albo pójść (oczywiście z Rodzicami!) do teatru Pokucko-Podolskiego, gdzie można było podziwiać Łozińską, Wasilewskiego. Pierwsze to były uczucia wywołane Wielką Sztuką, teatr był bowiem naprawdę bardzo dobry, a postać „burmistrza Stylmondu” Maeterlincka, którą grał Wasilewski, do tej pory stoi mi czasem przed oczami: cichy bohaterski burmistrz, idący z godnością na rozstrzelanie przez okupanta – Niemca. Ten obraz do dzisiaj kojarzy mi się z momentem aresztowania mego Ojca, idącego do gestapo. A potem do Czarnego Lasu...
Wczesną wiosną można było z Bohmem pójść na podmokłe łęgi koło boiska „Sokoła”, by podziwiać kaczeńce, zbierać firletki, zwane „bożą krewką”. Czy widziałam kiedyś jeszcze tak drobne kwiaty polne, jak dziewanny, arniki, dziewięćsiły na przesłoneczninych połoninach? No tak, tam i słońce było silniejsze, a śniegi czyste i obfite...
A nasze kościoły? Omodlone, bliskie sercu, z niezapomnianą atmosferą, z pieśniami o melodiach tylko nam znanych!
To wszystko skończyło się w trzech etapach: 23 sierpnia 1939 r. pakt Mołotow–Ribbentrop, 1 września 1939 r. wybuch II wojny światowej i 17 września 1939 r. wejście Czerwonej Armii, koniec epoki, koniec marzeń, koniec wszystkiego. W tych etapach mieszczą się straszne noce wywozów na Syberię w sierpniu 1941 r. i pamiętne dni aresztowań i rozstrzeliwań w Czarnym Lesie, 12 października 1941 r. masakra Żydów stanisławowskich z getta oraz rumuńskich i bułgarskich na cmentarzu-kirkucie u brzegów Bystrzycy Sołotwińskiej, a 1 kwietnia 1944 r. walki czołgów sowieckich z uciekającymi wojskami hitlerowskimi...
„Drugie sowiety” już nas nie zastały w Stanisławowie. Po licznych tarapatach znalazłyśmy się z Matką w Krakowie. Którejś słonecznej niedzieli stałyśmy na Kopcu Kościuszki, pogoda była tak piękna (prawie jak u nas... stwierdziła Mama!!!), że widać było Tatry. Ale ja patrzyłam na wschód, nie było jeszcze kominów Nowej Huty i wówczas powstał wielozwrotkowy poemat pt. „Tęsknota za Huculszczyzną”. Część tego utworu zaginęła, ale kilka zapamiętanych zdań przytaczam na zakończenie:

Huculszcyzno barwista, słoneczna, urocza,
Zaślubiona Prutowi, wyrosła wśród
szczytów,
I zaklęta w przepiękny, cichy hymn granitów!
Czyliż się tylko w moich tak wydajesz oczach?...