Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Ks. Lesław Jeżowski, ODPUST W NIŻNIOWIE (2)

Z kościoła rozbrzmiewały organy i śpiewy. Wcisnąłem się do jego wnętrza. Wnet rozpoczęła się odpustowa suma. Odprawiał ją jakiś nieznajomy mi ksiądz w asyście diakona i subdiakona. Kazanie wygłosił jezuita ze Stanisławowa. Pilnie słuchałem jego słów. Pragnąłem wszystko zrozumieć i zapamiętać. Rosło we mnie uznanie i cześć dla świętego patrona Polski. Zwłaszcza gdy kaznodzieja powiedział, że On jest dzisiaj w sposób szczególny wśród nas. Że jest jednym z uczestników uroczystości odpustowej, ale pierwszym i najgodniejszym. Toteż obraz ołtarzowy, na który patrzyłem, przestawał być dla mnie tylko płótnem pokrytym farbą, a zamieniał się w uobecnienie św. Stanisława.
Zgromadzeni w kościele nabożnie uczestniczyli w mszy św. Modlili się z książeczek, na różańcach, szeptali jakieś własne pacierze, głośno śpiewali. W pierwszych ławkach siedziały zakonnice z Zagórza Polskiego, Służebniczki z Tłumacza i tak zwane zafurtowe siostry z niepokalańskiego klasztoru w Niżniowie, noszące czarne habity. W oszklonych lożach u góry prezbiterium, po obydwóch stronach wielkiego ołtarza, widziałem białe niepokalanki. Wyglądały nieziemsko, jakby anioły przybyłe z zaświatów, które unosiły się nad rozmodlonym tłumem. Księża spowiadali w konfesjonałach, inni kapłani słuchali spowiedzi na zewnątrz świątyni. Penitentów nie brakowało, a komunię św. rozdzielano długo.
Po mszy św. odbyła się procesja przed kościołem. Ruszyły wszystkie chorągwie kościelne, feretrony, świece trzymane przez mężczyzn, kobiety i dziewczyny. Wszyscy przystroili się odpowiednio do pełnionych funkcji, a równocześnie mieliśmy przegląd ubiorów i ludowych, i miejskich. Wszystkie zmysły ludzkie doznawały wrażeń: ministranci z zapałem potrząsali dzwonkami, z kadzielnic wydobywał się wonny dym. Błogosławieństwo sakramentalne we wnętrzu kościoła zakończyło procesję i bardziej uroczystą część odpustu. Wieczorem miały się odbyć nieszpory, gromadzące przeważnie miejscowych parafian.
Księża, zdjąwszy szaty liturgiczne bądź komże, szli na plebanię. Świeccy wracali do swych domów i do pobliskich wsi, zatrzymując się przy odpustowych kramach. Poszedłem i ja do nich. Czego tam nie było! Obrazy i figury Pana Jezusa i świętych, książeczki do nabożeństwa, różańce, szkaplerze. Rozmaite świecidełka do ozdobienia domu lub siebie, lepiące się cukierki bez opakowania, jakieś ciastka, przypominające krochmal, kiszone ogórki w beczce, kolorowe napoje... Nie brakowało prymitywnych zabawek dla dzieci: blaszanych kogucików na rurkach, w które trzeba było dmuchać, by piszczały przeraźliwie, albo zwiniętych papierowych węży, które się wyprostowywały też pod wpływem dmuchania. A dalej drewniane wózki, koniki, lalki, piórniki. Na stołach leżały zadrukowane karty papieru z tekstami podwórzowych ballad o uwodzicielach, mordercach i ich ofiarach, o niezwykłych historiach z życia sfer wyższych, a i niższych. Obok kramu jakiś podejrzanie wyglądający mężczyzna zdartym głosem wyśpiewywał jedną z takich ballad.
Kościół i klasztor ss. Niepokalanek w Niżniowie. Zdjęcie sprzed 1939 r. pozyskane dzięki uprzejmości ss. Niepokalanek z Szymanowa
Kramy odpustowe robiły nie najlepsze wrażenie, ale za to jakie miały piękne tło: ścianę ciemnych świerków, które pachniały żywicą. Drzewa te odgraniczały park dworski od drogi, która od kościoła i klasztoru biegła w dół, do szosy. „Park” to za dużo powiedziane: w rzeczywistości za świerkami, okalającymi przykościelny plac, rósł po prostu iglasty las i pokrywał całe zbocze. U jego stóp stał ów dwór Urbańskich, który przypominał swoim wyglądem niżniowską plebanię.
Tą cienistą drogą zszedłem do szosy, chociaż od przechadzki odstręczał mnie kurz, unoszący się nad odjeżdżającymi wozami. Niżniów poznałem już wcześniej, niczego szczególnego w nim nie było. Jedyną atrakcję dla tłumaczan stanowił Dniestr i dwa mosty: kolejowy i kołowy. Popatrzyłem w stronę rzeki, na jar, którym toczyła swe wody, i żałowałem, że to dopiero początek maja. Za wcześnie na kąpiel.
Zawróciłem. Znowu coś ciągnęło mnie do kościoła, a przede wszystkim do klasztoru. Idąc pod górę wdychiwałem głęboko woń świerków. W Tłumaczu one nie rosły. Ich zapach kojarzył mi się z wakacjami, które zawsze spędzałem w lesistych Karpatach. Za niespełna dwa miesiące znowu tam pojadę. Jak to dobrze!
Doszedłem do furty. Pociągnąłbym jeszcze raz za drut, ale zdałem sobie sprawę, że zakonnica, która by mi otworzyła, podejrzliwie przyjęłaby moje powtórne przybycie. Lepiej było pozostać po tej stronie muru. Czy ten placyk nie jest też piękny? Ze swoimi wysokimi świerkami, żywopłotem plebańskiego ogrodu, frontonem kościoła, trawą pod nogami? Gdybym mógł, przeniósłbym ten urokliwy zakątek do Tłumacza, i przychodziłbym do niego codziennie.
W kościele nie było już prawie nikogo. Pozostał zapach kadzidła, jedliny, kwiatów. Usiadłem w ławce i w ciszy rozmawiałem bez słów ze św. Stanisławem i Jego Panem. Tłumacki kościół lubiłem, chodziłem do niego często, ale ten niżniowski wydawał mi się teraz jakiś dostojniejszy, bardziej uroczysty. Może dlatego, że był znacznie starszy od tłumackiego? A może spowodowały to długoletnie modlitwy paulinów, ukryte w murach kościelnych?
Goście plebanii już wychodzili. Dotarłem do próżniejącej jadalni. Księża Tabaczkowski i Witkowski już się trochę niepokoili moją dłuższą nieobecnością. Zaproszono mnie, abym coś zjadł. Poprzestałem na ciastkach i herbacie. Wnet ruszyliśmy do Tłumacza tą samą drogą, którą przyjechaliśmy. Jadąc wzdłuż budynku klasztornego, zauważyłem w jednym oknie lampę naftową z białą, porcelanową umbrą. Widocznie elektryczność jeszcze tam nie dotarła. Tłumacz był pod tym względem bardziej ucywilizowany.
Wyprzedziliśmy pieszych, którzy nieśpiesznie wracali z odpustu. Niektóre kobiety szły boso. Rano, idąc do kościoła, wzuwały buty, teraz je ściągały. Podobnie dzieci. Na ich szyjach szeleściły różańce, sporządzone z kolorowego, wyschniętego ciasta, poprzetykane marszczoną bibułą. Gdzieś strzelano z pukawek.
Znowu przejeżdżaliśmy przez Bratyszów. Później zobaczyliśmy zabudowania józefitek w Zagórzu. Ks. Tabaczkowski chciał odwiedzić zakonnice. Zobaczywszy z oddali powóz z księżmi, siostry wyszły nam naprzeciw. Ucieszyły się przybyciem gości. Wprowadziły nas do kaplicy, urządzonej w dużym pokoju z osobnym wejściem. Jej wyposażenie przedstawiało się skromnie: na ścianie ołtarzowej wisiał z boku obraz św. Antoniego, który ufundowała moja Mama, przyjaciółka i dobrodziejka tutejszych zakonnic. W pobliżu kaplicy znajdował się pokój, przeznaczony dla księdza kapelana. Czekało na niego łóżko biało zaścielone, chodnik na podłodze z niemalowanych desek, stolik nakryty wzorzystą serwetą, krzesła, klęcznik, obrazy, kwiaty. Przez otwarte okno, przesłonięte muślinową firanką, wpływał świeży powiew z zewnątrz. Wszędzie czyściutko, schludnie. Ks. Witkowski zażartował, że może ja zajmę kiedyś ten pokój. Odpowiedziałem śmiechem, ale w głębi duszy nic nie miałbym przeciw temu. Podobało mi się tutaj. Zakonnice proponowały ks. Witkowskiemu, aby spędzał u nich wolne dni, a nawet urlopy, ale nie zauważyłem u niego zainteresowania tą propozycją.
Towarzyszyły nam przełożona i siostra ucząca w szkole. Słyszałem, że była dobrą, uzdolnioną wychowawczynią. Jej lekcje pokazowe miały być wzorowe. Siostry zaprowadziły nas do salki lekcyjnej, dość dobrze urządzonej. W tej jednej klasie, bardzo jasnej, jak wszystkie tutejsze pomieszczenia, gromadziły się sukcesywnie dzieci z Zagórza, a może i z pobliskich osiedli, na naukę szkolną i zajęcia przedszkolne.
Siostra przełożona przymusiła nas, abyśmy spożyli w jadalni przygotowany podwieczorek. Księża czynili to z oporami, ja – nie, bo zawsze smakowało mi jedzenie w domach zakonnych... Smaczne i estetycznie podane.
Przed obiadem rzuciliśmy okiem na budynki gospodarcze w podwórzu. Siostry trzymały w nich również żywy inwentarz. Przez jedne wierzeje widniały narzędzia i urządzenia rolnicze. Przy pożegnaniu zakonnice prosiły, aby nie zapominać o nich i znowu zajrzeć do Zagórza. Księża wymawiali się zajęciami, odległością, a ja dziwiłem się, że nie zapowiadają swojego ponownego, rychłego przybycia. Ja bym to uczynił bez wahania. Przecież te siostry spełniają ważną pracę dla Kościoła i Polski, nie mają możliwości jakiegoś odprężenia się, rozrywki. Odwiedziny znajomych, przyjacielska rozmowa są ich niemal jedyną, ziemską radością. Dlaczego jej skąpić?
Zanim, usadowieni w powozie, oddaliliśmy się całkiem od zakonnego domu, pokiwaliśmy jeszcze rękami siostrom, które stały przed nim. W lesie pomiędzy Zagórzem a Łokutkami jakoś inaczej pachniało niż rano: mniej było kwietnej woni, a więcej zapachu młodego listowia. W dole pokazał się Tłumacz. Kończyła się nasza odpustowa podróż. Zrobiło mi się smutno.

Ks. LESŁAW JEŻOWSKI mieszka obecnie w Piwnicznej.