Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Marcjanna Szałęga, UKOCHANY DOM I KOWER

Czwarta praca, jaką przedstawiamy, wyróżniona w konkursie, a napisana przez naszą Krajankę, zamieszkałą dziś w Snowidzy w woj. dolnośląskim (do niedawna legnickim), opisuje rodzinną podlwowską wieś, tamtejsze życie, ludzi, dramaty, powojenne losy sąsiadów i przyjaciół. Jednak praca ta – co skądinąd jest jej ogromną zaletą jako poważnego materiału historycznego – posiada znaczną objętość (19 stron maszynopisu i 31 stron rękopisu)), przerastającą możliwości jednorazowego druku w naszym kwartalniku. Przedstawiamy więc dziś obszerne fragmenty tych ciekawych i ze swadą napisanych wspomnień, ciągle licząc na to, że wszystkie prace uda nam się wydać w formie książkowej.
    
Jedną godzinę myśli w przeszłość
wrócić.  
           (J. Słowacki)

To motto posłużyło mi i po prostu pomogło do pozbierania ludzi, z którymi żyłam tam, na Kowerze.

MOST NA RZECE SZCZEREK
Mam przed sobą dwa zdjęcia, stare i wyblakłe, zrobione w czasie okupacji przez Staszka Olszewskiego, aparatem składanym z innych przez tegoż fotografa. Oba są mi bardzo drogie, może dlatego, iż na jednym z nich widzę całą wieś, tak że mogę wejść prawie do każdego domu, a na drugim most na rzeczce Szczerek, łączący Porsznę z Kowerem.
O ten most były ciągłe „wojny”, jeżeli tak można nazwać problem jego naprawy każdej wiosny. Za rzeką były łąki, na których pasano krowy, była piaskownia i nawet kamieniołom pod porszniańską górą. Wprawdzie kamień był wapienny i nie nadawał się do budowy, ale zawsze komuś był potrzebny, więc od czasu do czasu ktoś go wydobywał. Drewniany mostek był sklecony byle jak, bo tak naprawdę nikt nie znał się na budowie, a po drugie, przed wojną remontowano go w ramach obowiązkowych robót, czyli szarwarków, więc nie dziwota, że nie dbano o należytą konstrukcję i wykonanie. Był potrzebny, aby pędzić bydło na drugą stronę, aby był przejazd furmankami do Porszny – ruskiej wsi, i dalej do Podciemnego, do lasu po drzewo, do Podhajec i dalej do Mikołajowa. Mostek ten łączył też Kower z przysiółkiem Kowyrkiem, położonym na wschód, skąd polnymi drogami można było się dostać do stryjskiego gościńca, przy którym leżała wieś Lipniki, zamieszkała przez Polaków i kilka ukraińskich rodzin. [...]
Ten więc mostek na rzece Szczerek, która płynęła do Siemianówki, był miejscem spotkań kowerskiej młodzieży. Rechot żab i szum płynącej wody nastrajał człowieka, zwłaszcza młodego, do marzeń. Dziadek mój opowiadał, że przed pierwszą wojną światową przy rzeczce była fabryka papieru (okoliczni mieszkańcy nazywali ją „Kower-papiernią”). Zostały po niej tylko niedopalone słupy przy stawie, porośniętym przy brzegu trzciną, tatarakiem i różnymi porostami. W tych porostach żyły raki, łowione koszykiem przez chłopaków. Nadziewano je na patyki i pieczono nad ogniskiem. Do dziś czuję zapach pieczonego raka i smak jego mięsa, którego po prawdzie niewiele było do zjedzenia. A ile było krzyku dzieciaków, gdy któremuś przyczepił się taki „gad” do pośladka podczas kąpieli. Trzymał się mocno skóry szczypcami, a dzieciak ganiał, podskakiwał, piszczał i prosił o pomoc.
Rzeczka Szczerek miała swoje źródło pod Hodowicą, gdzie tworzyła mały stawek otoczony grzęzawiskiem, porośnięty tatarakiem. Dalej szerszym już strumieniem wpadała do dużego stawu w Nawarii. Tam był most i śluza, która przy pewnej regulacji wody poruszała młyn po drugiej stronie szosy. Nie ma młyna, ze stawu zrobiło się małe bajorko, a rzeczkę zmieniono na olbrzymi zalew, który zmienił zupełnie konfigurację terenu, także mojej rodzinnej wsi, która została zalana wodą.
Dobrze więc, że mam zdjęcie tego „sławnego” mostku, który łączył okolice i nas, młodych wtedy ludzi, roześmianych, wesołych, pogodnych, choć w czasie okupacji dnie i noce były niepewne. Ale wtedy byliśmy jeszcze razem – na tym mostku i w naszej wsi. [...]
Patrząc na drugie zdjęcie, zrobione z porszniańskiej góry, może trochę niewyraźnie odbite, trochę wyblakłe – bo czas niszczy obraz – mam przed sobą wieś, leżącą nad łąkami, rozciągniętą na kształt półwyspu, od rzeki, wzdłuż łąki „popowej”. Od strony południowej przez wieś prowadziła błotnista jesienią i wiosną droga. Przy tej drodze od strony północnej rozsiadły się małe gospodarstwa, a od południa były łąki „popowe”, nazwane tak od właściciela, który był popem przy cerkwi w Nawarii. Łąki były piękne, porośnięte trawą i kępami łóz, z których robiono koszyki. Wiosną łąka tonęła w wodzie z topniejącego śniegu z porszniańskiej góry i z okolicznych pól położonych wyżej. Nieco później zakwitała żółtymi kaczeńcami i różnorodnym, kolorowym kwieciem. Tu, na zachodzie takiego nie spotykamy.
Wzdłuż łąki droga była błotnista, ale tak naprawdę, to wiosną podczas roztopów i jesienią, gdy padały deszcze – było to prawdziwe bajoro. Z tą drogą mieszkańcy mieli wiele kłopotów. Gmina wydawała nakaz remontu, osuszania, kładzenia kamiennej nawierzchni, ale to niewiele pomagało, bo prace były wykonywane byle jak, szarwarkowo, bez nadzoru jakiegoś specjalisty, więc wyniki były takie, jak przy naprawie mostu. W rezultacie furmanki wpadały kołami po osie w koleiny wyżłobione przez wodę. Dopiero kosztem wysiłku kilku ludzi, pokrzykiwaniem na konie, wydobywano wóz (czasem trzeba było go opróżniać) na równiejszą drogę.
Najgorsze były okresy miesięcznych jarmarków w Nawarii. Gromadziły one kupców z okolicznych miejscowości i chłopów, sprzedających swoje płody rolne różnego rodzaju. Już od północy słychać było głośne „wiokanie” na konie, przekleństwa, złorzeczenia na nieudolność zwierzęcia, które mimo wysiłku nie mogło wyciągnąć załadowanego wozu. Trzeba przyznać, że nie tylko wzdłuż łąki droga była okropna, bo chociaż prowadziła nieco pod górę, między zabudowaniami z obu stron miała także koleiny błotne z płynącą wodą w czasie opadów, nawet latem. Była wąska i miała strome pobocza porośnięte pokrzywą, łopianem i kłującą tarniną albo dzikim bzem i krzewami zdziczałego agrestu.
Nie ma już drogi, ani tej błotnistej przy łące, ani tej pod górkę. Tamta błotnista została zalana razem z łąką, rzeczką i stawem, a ta wyżej położona jeszcze przed kilku laty była porośnięta dzikim bzem. Dziś wczasowicze zasypali ją śmieciem różnego rodzaju, i jeszcze rok – dwa, a przestanie być widoczna, jak wiele dróżek i ścieżek, które kiedyś łączyły domostwa, ogrody i pola.
Na Kowerze nie było pomników ani kapliczek. Każdy dom był jakimś pomnikiem dla mieszkańców wioski, bo był stary, czasem pokryty strzechą albo gontem. Ale ta mała wieś miała swoje przeżycia i ma także swoją historię, na którą złożyło się to wszystko, co łączyło ludzi przez lata pokoju, bezrobocia i biedy. Później był koszmar obu okupacji, wywózki na Sybir, niemieckie mordowanie Żydów i Polaków. I ponowny najazd „wyzwolicieli” [...] z wywózką – tym razem na zachód.
Na horyzoncie zdjęcia widać pola – maliczkowsko-nagórzańskie – i lasek parcelacji Maliczkowskiej, gdzie żyło siedem rodzin. Tej miejscowości też już nie ma, niektóre budynki rozebrano jeszcze w latach pięćdziesiątych, zaraz po wyjeździe Polaków na zachód. Taki sam los spotkał moją wioskę Kower i Przysiółki. Domy nadające się do rozbiórki rozebrano, a inne po prostu rozwalono spychaczami, aby przygotować teren pod ośrodek rekreacyjny dla ukraińskich lwowiaków. [...]

NASZA WIEŚ I WOJNA
Okoliczne lasy w 42 do 45 roku zajęte były przez banderowców, którzy byli postrachem dla mieszkających tam Polaków, więc samoobrona była konieczna. Przed 1939 rokiem oba narody, żyły w możliwej zgodzie, Polacy i Ukraińcy żenili się, zapraszali na święta, na wesela i inne uroczystości. W okresie okupacji niemieckiej piorun uderzył w ukraiński naród, gdy dotarła do nich obietnica wolnej Ukrainy, jeżeli będą współpracować z Niemcami. „Współpraca” polegała na paleniu polskich wiosek, mordowaniu niewinnej ludności polskiej i rozłączaniu mieszanych małżeństw w różny, tragiczny sposób. W ciągłym strachu o swoje życie i najbliższych spędzaliśmy dnie i noce. Organizacja samoobrony była konieczna, bo władze niemieckie zostawiły Ukraińcom swobodę działania, a walka z Polakami była im na rękę, bez względu na metody postępowania. Wprawdzie osobistych wrogów w Porsznie nie mieliśmy, ale świadomość tego, że część porszniańskiej młodzieży poszła do banderowców i była w lasach Podhajców i Podciemnego, już była zagrożeniem dla naszej wioski, więc dla bezpieczeństwa ustaliliśmy warty od wieczora do rana. Przywódcą tych wart był Jan B., a podlegali mu – kto mógł i chciał stać na czujce. Kobiety i dzieci zaraz z wieczora udawały się w wiadomym sobie kierunku, nad ranem wracały zmęczone do swoich domów i rozpoczynały codzienne zajęcia.
Czujki miały broń różnego kalibru i trochę naboi, zdobyte rozmaitymi sposobami. Mieszkańcy Porszny wiedzieli o naszym zbrojnym pogotowiu, obawiali się ataku ze strony Polaków i byli pewni, że mamy u siebie swoich partyzantów. Polacy byli tego samego zdania w stosunku do Ukraińców.
Pojedyncze ostrzeliwania dla postrachu z obu stron, wystrzeliwanie rakiet – ot, taka zagrywka, aż któregoś wieczoru ogłoszono alarm, że szykuje się napad na wieś. Pędziłam bez tchu do Nawarii, potem do Glinny, aby sprowadzić pomoc. Okazało się, że alarm był próbą ze strony ukraińskiej czujki na zachowanie Polaków. Przekonali się, że jesteśmy czujni i że nie można nas lekceważyć. Takich fałszywych alarmów było kilka, w końcu przyzwyczaiły się do tego obie strony. Ale napięcie nerwowe, strach przed okrucieństwem ukraińskich nacjonalistów, opowiadania uciekinierów z Wołynia, którzy przeszli ten koszmar i cudem zostali przy życiu budziły coraz większy niepokój. Nawet w naszych okolicznych wioskach zaczęły się nasilać ataki Ukraińców na polskie rodziny i pojedyncze osoby, które kiedyś miały osobiste zatargi z Ukraińcami. Tak na marginesie podam kilka nazwisk, które zostały mi w pamięci, a był to rok 1943 i na płotach coraz częściej zaczęły się pojawiać plakaty z pogróżkami i słowami: Lachy za San. Bandy ukraińskie z Porszny coraz śmielej sobie poczynały. W Siemianówce, polskiej wsi, letnią niedzielą już w 1943 roku podpalono kościół i ostrzeliwano polską ludność. W bestialski sposób wymordowano rodzinę Jaroszów, mieszkającą na parcelacji, rodzinę Salamonów z Podsadek. Zginęli Józef Kocuła, Franciszek Wróblewski, Michał Surniak oraz szukająca ich córka i parobek.
Czujki były coraz liczniejsze, siedzieliśmy po kilka osób w przydomowych ogrodach, w krzakach, bacznie obserwując drogę, most na rzece, rzekę, popową łąkę i porszniańską górę. [...] Dla małej wioski życie w niepewności było ciężarem ponad siły. Całonocne warty wyczerpywały siły fizyczne i psychiczne. [...]

NASZ DOM
stał w środku wsi, na górce. Obok, za drogą była posesja Łozów, od północy sąsiadowaliśmy z Drągami, od południa „popowa dolina” pachnąca różnym zielskiem wiosną i latem, od zachodu walące się już zabudowania Banatów. Pola należące do wszystkich gospodarzy, którzy mieszkali wzdłuż drogi, łączyła polna droga, która wiodła do parcelacji pustomyckiej. Biały, duży dom, kryty blachą, wykończony przed samą wojną, był marzeniem i chlubą rodziców. Wyróżniał się od innych tym, że był nowy, z gankiem oszklonym dużymi oknami, które sprawiały nam wiele kłopotu latem, gdy roje much grzały się w słońcu, zostawiając po sobie czarne kropeczki.
Do ganku wchodziło się po dwóch drewnianych stopniach, a z ganku do sieni. Naprzeciw była kuchnia, z prawej pokój na co dzień, tzn. do pracy, z lewej pokój gościnny połączony z sypialnią, nowocześnie umeblowany, jak na tamtą modę. W oknach wzorzyste niciane firanki i zazdrostki, które uszyła mama z kolorowego kretonu, aby żaden z ciekawskich nie podglądał domowników. Kuchnia też byłaby nowoczesna, bo miała ładny nowy kredens na naczynia, stół, krzesła, a pod oknem duży „szlaban” – coś na wzór obecnej wersalki, tylko drewniany z siennikiem, wypchanym słomą. Ale ten wystrój kuchni szpeciła drabina, po której wchodziło się na strych, i wejście do piwnicy z drzwiami w podłodze. Takie rozwiązanie doradził wujek Kurylec, który w tych sprawach był wyrocznią. Było to niewygodnie i brzydkie, ale było.
W pokoju do pracy ojciec miał swoje miejsce przy osobnym stole pod oknem, przy którym naprawiał zegarki lub robił buty, bo choć pracował na kolei w Stryju, w wolnych dniach dorabiał. Tam też była maszyna do szycia dla mamy, a w czasie okupacji mój warsztat pracy. Pod oknem od drogi na całej długości metrowej ławy stało radio z akumulatorem i dużą tubą. [...] Sąsiedzi przychodzili, aby posłuchać, co się dzieje w kraju i na świecie, muzykę, a w niedzielę mszę św., choć byli w kościele. Przy radiowej mszy zachowywali się tak jak w kościele – stali podczas Ewangelii, klękali przy podniesieniu, odmawiali Ojcze nasz, słuchali w skupieniu kazania.
Niemcy zabrali radio, ale ojciec zrobił takie malutkie, nawijał różne cewki z drucików, osadzał krysztalik, którym regulowano stacje i głos. Przez całą okupację nocami ślęczałam przy tym aparacie, szukając wiadomości po polsku, aby rano podać zainteresowanym, co się dzieje na froncie i świecie.
W pierwszych dniach wojny dom służył uciekinierom ze Lwowa, szumiał gwarem głosów i śmiechem dzieci, pachniał gotowanymi potrawami. Po zajęciu terenów wschodnich przez Sowietów, w naszym domu gromadzili się ludzie na mityngi, które prowadził jakiś żołdak, dumny z misji, jaką mu powierzyła radziecka władza. Nie słuchano tego, co mówił, bo nikt nie znał ruskiego języka, a wręcz przeciwnie, różnymi dwuznacznymi słowami wyśmiewano jego występ, czego nie rozumiał.
Dom ten był azylem dla siostry ojca, która uciekła przed wywózką na Sybir w lutym 1940 r. z dwojgiem małych dzieci, i siedziała w piwnicy, gdy żołdacy, plądrując mieszkanie, szukali niebezpiecznego zbiega. Jeden z nich, ze zbójecką gębą, przyłożył ojcu pistolet do głowy, grożąc że zabije, jeżeli nie wyda buntowniczki. Ojciec blady jak ściana, usta dygotały mu ze strachu, w domu dzieci zaczęły płakać, a ciocia słuchając pogróżek, była zdecydowana wyjść z piwnicy. Siedziała tam przez kilka dni, w dzień tylko, aż do odjazdu transportu z zesłańcami. Została i nikt jej nie wydał.
Dom nasz gromadził ludzi w różnych ciężkich chwilach w czasie okupacji, gdy trzeba było chronić się przed bandami ukraińskimi, i nie tylko. Był taką twierdzą: miał mocne drzwi wejściowe, grube dębowe okiennice, nakładane od środka jako zabezpieczenie przed włamaniem i kulami. Miałam wrażenie, że mogę być bezpieczna w jego murach. Nawet osobiste przeżycia malały, bo mury tego domu odgradzały po prostu od kłopotów tego świata – tamtego świata, który był nieprzyjazny dla każdego człowieka, nie tylko młodego. [...]
Chruściano-drewniana stodoła, kryta gontem, oddzielała podwórko od domu, a za stodołą była podmokła łąka z wysokimi olchami, śliwką, czereśnią i jabłonią. Z owoców tych nikt nie korzystał, obawiając się użądlenia pszczół. Pasieka składała się z kilkunastu uli, zrobionych przez ojca, a jej „mieszkanki” były postrachem dla ludzi, którzy przychodzili po wodę do studni. Obok stodoły i szopy była „walkowana” stajnia z okienkiem i dziurą na odpływ gnojowicy. Zabudowania położone niżej domu były prawie niewidoczne, osłonięte krzakami jaśminu, dzikiej róży i czarnego bzu.
Na dole tych „zabytkowych”, rozpadających się budynków użytkowych była studnia z podskórną wodą z drewnianą cembrowiną, która przysparzała wiele problemów i nam, i tym, którzy z niej korzystali. Kilka razy do roku trzeba było oczyścić drewno wewnątrz studni, wylać wodę – zwłaszcza na wiosnę i po ulewnym deszczu. Gnieździły się w niej żaby, które z pluskiem wskakiwały do studni z pobliskiej łąki. Cała prawie wieś korzystała z tej wody, nosząc ją na nosidłach, w tamtej gwarze – koromysłach. Dopiero przed wojną co możniejszy gospodarz starał się mieć wodę na swoim podwórku.
Dom stał w otoczeniu starych i wysokich drzew owocowych różnego gatunku. Po każdej burzy pod drzewami leżały jabłka i gruszki, a sąsiadki, idąc po wodę, zbierały pełne fartuchy tych owoców albo zamiast wody zbierały jabłka do wiader. Nie pytano o pozwolenie, ale też nikt nie bronił zbierać owoców, które uległyby zepsuciu. Wiosną sad pachniał fiołkami, potem zdobiły go niebieskie kwiaty barwinka, rosnącego na skarpie podwórka. Przy płocie od lata do jesieni pęczniały jasne grona chmielu, płożąc się po krzakach i pobliskich drzewach. W przydomowym ogródku rosły różne kwiaty, zbierane po całej wsi. Wszystko to było nieuporządkowane, pomieszane floksy z malwami i georginią, żółte lilie z kosaćcami – ot taki kwiatowy bałagan, który miał swój urok.
Od zachodniej strony był rząd świerków gęsto rosnący, odgradzał sad od ogrodu i pola, które równym pasem ciągnęło się do Kózkowej drogi. Przy świerkach był maliniak, gęsto zarośnięty krzewami. W maliniaku w czasie okupacji ojciec wykopał schron, który służył do schowania cenniejszych rzeczy, a także w razie niebezpieczeństwa napaści – dla ludzi. Schron był mały, niski i duszny, ale był, i niewiele osób o nim wiedziało, bo tamtędy nie było żadnego przejścia.
We wszystkich domach, w moim także, zachowane były tradycje i zwyczaje ze świętami całego roku. W wigilię Bożego Narodzenia dziadek przynosił do domu słomę, którą wyścielał podłogę, a w kącie pokoju stawiano snop żyta, zwany dziadem. Po słomianym dywanie chodziło się podnosząc wysoko nogi, aby nie zmierzwić, bo miała być prosta do Nowego Roku. Ale nigdy nie była prosta, bo dzieci pod nieobecność rodziców bawiły się jak w stodole.
Chodzenie po kolędzie sprawiało każdemu dziecku przyjemność nie tylko śpiewania kolęd, ale zbierania pieniędzy, które były łakomym kąskiem w tamtych czasach. A więc biegali po domach grupowo i pojedyńczo, wyprzedzając się wzajemnie, wykrzykując to śpiewanie albo życzenia noworoczne pod oknem lub drzwiami. Starsi mieli też kolędowanie – zbierali pieniądze na potrzeby kościoła.
Wielkanoc i tradycja święcenia potraw nie zagubiła się, ale nabrała innego znaczenia. Kiedyś babcie z wnukami wychodziły wczesnym rankiem w Wielką Sobotę, niosąc na plecach wielki wiklinowy kosz, w którym mieściła się duża babka, wędzona szynka z kością, kilka pęt kiełbas, jajek kopa, chrzan, osełka masła, sól, chleb – prawie całe wielkanocne jedzenie. Po rannej mszy św. i ceremonii święcenia ognia i wody święcił kapłan potrawy, których zapach roznosił się po całym kościele. [...]
Okres poprzedzający Święta Wielkanocne był przygotowaniem duchowym i materialnym, bo wiele rodzin oszczędzało przez dłuższy czas, aby święta były obfite w potrawy, których brakowało przez cały rok.
Zielone Święta – ileż w nich było piękna, radości, uroku. Każdy dom, choć miał rosnące przy nim drzewa, a przy ganku rosły róże lub powoje, ozdobiony był gałęziami brzozy i lipy, a do wejścia robiono alejki z brzózek. Podwórko i podłogi w izbach wyściełano tatarakiem, którego zapach roznosił się po domu. Podobnie ozdabiano wnętrze kościoła – dużymi gałęziami brzóz, posadzkę posypywano tatarakiem. Niejedna osoba poślizgnęła się na rozdeptanym zielsku.
W naszym domu do 1939 r. żyło osiem osób: dziadkowie, rodzice i czworo rodzeństwa. Byłam najstarsza, potem Janina, Urszula i Tadeusz. Ania urodziła się w czasie okupacji. Dziadkowie Jan i Katarzyna byli przybranymi rodzicami mojej mamy, co wcale nie przeszkadzało w uczuciach ani rodzicom, ani nam. Kochaliśmy tych dziadków bardzo, o co byli zazdrośni prawdziwi dziadkowie, mieszkający w sąsiedniej wsi.
Dziadek był stróżem i gospodarzem domu. Pilnował prac polowych, wykonywanych przez wynajętego robotnika, w nocy sprawdzał, czy w zagrodzie nie grasują złodzieje, których nie brakowało w okolicy. Trzeba przyznać, że tacy goście często nas odwiedzali, uszczuplając komorę z zapasów, a kurnik z ptactwa. Życzeniem babci było, aby złodziej porósł piórami. [...]
Wojna przerwała moją edukację w lwowskim gimnazjum. Do ruskiej dziesięciolatki w Pustomytach było mi „nie po drodze”, więc siedziało się w domu, dokształcało w czym się dało i robiło, co było potrzebne.
Ukochany dom i Kower żegnałam 18 marca 1946 r. ze łzami i szlochając tuliłam się do jego murów, całowałam ściany, głaskałam je rękami, obejmowałam ramionami drzewa, a potem nabrałam wodę ze studni do butelki, ziemię spod progu domu, nałamałam kilka bezlistnych gałązek jaśminu i już nie oglądając się za siebie, poszłam polną drogą do stacji w Glinnej.
Ukrainka, która zajęła nasz dom, patrzyła ze smutkiem na moje pożegnanie – co myślała wtedy?

PO latach
Gdzieś głęboko w sercu coś mi mówiło, że tu nie wrócę, że nie zobaczę tego domu, tej wioski, że nie pozbieram tych ludzi, z którymi żyłam. Dlatego z takim uporem starałam się zapamiętać każdy dom, ścieżkę, drogę, pola, łąki, rzeczkę z mostem, zagajnik i porszniańską górę. Wróciłam na kilka dni po 45 latach – z żalem patrzyłam na zmienione okolice, ale Koweru już nie znalazłam, ani mojego domu, ani żadnego – wszędzie tylko woda i woda, i obcojęzyczni turyści pływający na kajakach i łódkach, i las – gdzie były nasze pola, ogrody. Nawet porszniańską górę zalesiono. Przytuliłam się do jakiegoś drzewa, które miało być drzewem z mego ogrodu, i płakałam nad sobą. Płakałam za wioską, którą zatopiono, i nad niesprawiedliwym zrządzeniem losu, który rozrzucił po świecie ludzi, pozbawiając ich rodzinnych stron. [...]


Pani Marcjanna załączyła do swej pracy konkursowej tomik poezji swej siostry, Janiny Oparowskiej (której jeden z wierszy już drukowaliśmy w CL 2/98). Z tomiku, zatytułowanego „Ku Ziemi tamtej – ku lwowskiej Ziemi”, wybraliśmy „Marzenie”:

Polecieć nad polami
poszybować nad lasami
przywołać – czego już nie ma

Dotknąć ziemi rodzinnej
ucałować jej grudkę ciemną –
odnaleźć siebie wśród cieni

Przejść przez ścieżki i drogi
nie wiedzieć – co jest wrogie
napatrzeć się – by nie zapomnieć
odtworzyć tak jak było
co w sercu i w pamięci się skryło
by żyć – i czasem wspomnieć

Raz jeszcze wejrzeć w ten krajobraz
zarejestrować każdy odgłos –
wkomponować w melodię przeszłości

Całe teraz tam życie
włożyć do serca skrycie
i otoczyć powiewem miłości



MARCJANNA SZAŁĘGA, z domu Olszewska, ur. 1923 w Kowerze k. Nawarii pod Lwowem, tamże spędziła dzieciństwo i pierwsze lata młodości. Uczyła się w  Gimnazjum Sióstr Opatrzności Bożej we Lwowie, w czasie wojny – na tajnych kompletach. W 1946 r. ekspatriowana, osiadła wraz z rodziną w Urazie k. Wrocławia i pracowała tam do 1947 r. Po zamążpójściu wraz z mężem uprawiała 9-hektarowe gospodarstwo w Snowidzy w Legnickiem. Tam też pracowała jako katechetka i uczyła na kursach dla dorosłych. Brała udział w wielu konkursach na wspomnienia, była korespondentką czasopism, otrzymywała nagrody. Ma 5 synów z wyższym wykształceniem, wnuki i prawnuki.

JANINA OPAROWSKA, z domu Olszewska, ur. 1926 w Nawarii pod Lwowem. Dzieciństwo i pierwsze lata młodości spędziła w przysiółku Kower k. Nawarii. W 1946 r. ekspatriowana, osiadła wraz z rodziną w Urazie k. Wrocławia. Ukończyła studia polonistyczne, pracowała jako nauczycielka, była dyrektorką szkół. Obecnie na emeryturze, mieszka we Wrocławiu. Działa w kilku organizacjach, m.in. w Komitecie Pomocy Odbudowy Kościoła w Nawarii. Jest autorką wielu artykułów o tematyce wychowawczej i religijnej, publikowanych w czasopismach. Pisze wiersze o treści religijnej i poświęcone rodzinnej ziemi. Ma dwoje wykształconych dzieci i wnuki.