Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

NOWE KSIĄŻKI

Tak wygląda dziś dawny kościół w Podbużu k. Sambora. Tu mógł być ochrzczony Józef Dietl, ponieważ w tym miasteczku się urodził w r. 1804. Wg Materiałów do dziejów sztuki sakralnej, t. VI• Ani autorzy, ani wydawnictwo serii Materiałów do dziejów sztuki sakralnej na ziemiach wschodnich dawnej Rzeczypospolitej nie zawodzą: ukazał się (jak corocznie w porze zimowej) kolejny tom, już szósty. Omawia kościoły i kaplice na obszarze przedwojennego dekanatu drohobyckiego, a jest tych obiektów teoretycznie 28 (żaden nie był czynny za sowieckich czasów). Niestety 8 z nich dziś nie istnieje, dziewiąty jest na najlepszej drodze do nieistnienia, w całkowitej ruinie). Dwa kolejne zostały tak zniekształcone przez przebudowę, że trudno w nich rozpoznać dawne świątynie. Traf chce, że są to kościoły w Stebniku i Podbużu – w pierwszym mógł być chrzczony Juliusz Leo, w drugim Józef Dietl, ponieważ obaj wielcy prezydenci Krakowa właśnie z tych miejscowości pochodzili. Następne dwa kościoły są nadal magazynami, a jeden odbudowano z ruin na schronisko turystyczne.
Z pozostałych 14, tylko 4 są nadal świątyniami rzymskokatolickimi: fara drohobycka, kościoły w Medenicach, Słońsku i Truskawcu. Dodajmy, że kościół w Medenicach był całkowicie zniekształcony (rozebrano wieżę, wyburzono sklepienia i założono płaskie stropy, a obiekt służył jako klub młodzieżowy (taka radziecka dyskoteka, podlana marksistowsko-leninowskim sosem).
Przed paroma laty medeniccy Polacy dokonali czynu heroicznego – przywrócili kościołowi niemal całkowicie dawną strukturę i wygląd. Kościółek w Truskawcu służył za Sowietów jako... planetarium. Warto dodać, że do Drohobycza, Medenic i Truskawca trafiły 4 ołtarze, usunięte w 1992 r. z krakowskiego kościoła Bonifratrów przy ul. Krakowskiej (patrz artykuł A. Chlipalskiego: Piękny dar (ołtarze dla fary w Drohobyczu) „Semper Fidelis” 4/92).
Pozostałe 10 kościołów zamieniono na cerkwie, z tego aż 3 w Borysławiu i 2 w Drohobyczu. Jest między nimi również kościół w Rychcicach pod Drohobyczem, ufundowany z pocz. XX w. przez hr. Juliusza Bielskiego, właściciela dobrze nam znanego pałacu przy ul. Kopernika 42 we Lwowie (piszemy o nim w tym numerze).
Tom wydało – tak jak poprzednie – Międzynarodowe Centrum Kultury w Krakowie (1998). Redaktorem naukowym był prof. Jan Ostrowski, a współpracowało pięciu autorów.
Zamieszczono prawie trzy i pół setki ilustracji – fotografii aktualnych i archiwalnych oraz rysunków.
Książka do nabycia w księgarniach naukowych.

• O kościołach ormiańskich w archidiecezji lwowskiej pisał T. Petrowicz w książce Od Czarnohory do Białowieży (jej omówienie – w CL 3/98).
Ostatnio otrzymaliśmy opracowanie naukowe Jacka Chrząszczewskiego: Ormiańskie świątynie na Podolu (wyd. Ormiańskie Towarzystwo Kulturalne, Kraków 1998), poświęcone świątyniom z czasów przed unią i po unii z Kościołem rzymskokatolickim (1666 r.), położonym w zasadzie na obszarze tzw. (dawniej) Podola rosyjskiego, wzdłuż biegu Dniestru, poniżej ujścia Zbrucza. Wyjątkiem (po tej stronie Zbrucza) jest kościół Bogurodzicy w Jazłowcu, zbudowany przed unią, między XVI a XVII w. (obecnie zawłaszczony przez grekokatolików).
Wśród bogatego materiału ilustracyjnego pokazano także rzut katedry ormiańskiej we Lwowie, z oznaczeniem faz rozbudowy od małego kościółka z XIV w. po parokrotnie powiększony (w XV, XVII i XVIII w.) stan dzisiejszy.
Książka do nabycia w księgarniach naukowych.

• Sporo pisano o architekturze Lwowa minionych wieków (choć brakuje nam omówienia epoki gotyckiej, bo przecież Lwów powstał w rozkwicie tamtej właśnie epoki), natomiast mało zdajemy sobie sprawę z bogactwa dokonań architektonicznych w naszym wieku – ściślej w jego trzecim i czwartym dziesięcioleciu – inaczej mówiąc w latach między wojnami. Wyjaśnijmy, że to, co działo się wcześniej, zaliczamy ideowo do „przedłużonego” wieku XIX, to zaś, co nastąpiło po II wojnie – śmiało możemy sobie darować.
Lukę więc wypełniła autorka z Wybrzeża, pracownik naukowy Politechniki Gdańskiej, Romana Cielątkowska, wydając spory tom zatytułowany Architektura i urbanistyka Lwowa II Rzeczypospolitej (wyd. Agencja „Art-Styl”, Zblewo 1998) przy finansowym wsparciu – co warto odnotować – Politechniki Gdańskiej oraz Biura Pełnomocnika Rządu ds. Polskiego Dziedzictwa Kulturalnego za Granicą. Książka jest obszerna (format A4, ponad 400 stron), zawiera z górą pół tysiąca ilustracji – zdjęć (wykonanych osobiście) i rysunków.
Autorka jest wyraźnie zafascynowana – i słusznie – międzywojenną architekturą Lwowa. To wielka krzywda, że dzisiejsi Polacy, szczególnie architekci, historycy sztuki i w ogóle ludzie kultury z całej epoki po II wojnie światowej, nie mają żadnego wyobrażenia, ile doskonałej architektury powstało we Lwowie w latach międzywojennych. Także w Krakowie możemy zobaczyć sporo przykładów lwowskiej szkoły architektury (krakowscy architekci kształcili się wtedy przeważnie we Lwowie), ale trzeba sprawiedliwie zauważyć, że szkołę tę – obok znakomitych twórców lwowskich – współtworzyli w jakimś stopniu krakowianie – profesorowie lwowskiej Politechniki. Exemplum: Teodor Talowski czy Adolf Szyszko-Bohusz (choć ten ostatni był w Krakowie przybyszem).
Obfitość zilustrowanych przykładów to rzecz może chwalebna, jednak w pewnych granicach. Powiedzmy szczerze, że autorka dała tych przykładów za dużo, co przedstawionemu wyborowi nie wychodzi na dobre: należało przeprowadzić ostrzejszą selekcję i odrzucić obiekty podobne lub mało oryginalne (nie wszystkie wszak mogą być dziełami sztuki!). Należy wybaczyć autorce nieprzekonywający porządek w układzie całej książki, niezbyt szczęśliwy system numeracji ilustracji i nie najwyższy poziom składu komputerowego (co nie ją bezpośrednio obciąża). Pomimo tych marginesowych zastrzeżeń, książkę Cielątkowskiej trzeba powitać jako wydarzenie, które uzupełnia i podbudowuje naszą wiedzę o kulturowej roli Lwowa w ostatnich godzinach przed potopem.
Książkę można dostać w księgarniach naukowych i u autorki.

• Jest już druga pozycja z serii Zabytki kultury polskiej poza granicami kraju, o której to serii pisaliśmy w CL 2/98. Obecnie otrzymaliśmy Ryszarda Brykowskiego: Kołomyja. Jej dzieje, zabytki (wyd. Stow. „Wspólnota Polska”, Warszawa 1998). Bardzo polecamy tę bogato ilustrowaną książeczkę (ponad 90 zdjęć i reprodukcji), która przedstawia w sposób popularny stolicę Pokucia – jedno z najciekawszych i pięknie zabudowanych miast wschodniomałopolskich.
Autor, profesor w Instytucie Sztuki PAN, jest rodowitym kołomyjaninem i zarazem wiceprezesem „Wspólnoty Polskiej” w Warszawie, aktywnym w dokumentowaniu i ratowaniu zabytków, szczególnie na Pokuciu.
Książka dostępna w księgarniach o profilu naukowym.


• Do serii opracowań na temat naszej wschodniomałopolskiej mowy (która wcale nie sprowadza się do bałaku), doszedł wydany pośmiertnie tomik prac prof. Jana Zaleskiego (1925-81), zatytułowany: Polszczyzna Kresów Południowo-wschodnich. Język Aleksandra Fredry i inne studia (Wydawnictwo „Viridis”, Kraków 1998). Autor był wielkim miłośnikiem twórczości Fredry, nie dziw więc, że teksty Zaleskiego, poświęcone największemu polskiemu komediopisarzowi i jego lwowskości – przede wszystkim jego językowi – zajmują prawie połowę książki (3 rozdziały). Zaleski opracował nawet aż 20-sronicowy słownik wyrażeń Fredry, o proweniencji lwowsko-przemyskiej i staropolskiej, a także francuskiej, niemieckiej lub ruskiej. Nie brak w nim nawet wyrazów niecenzuralnych.
Inny rozdział dotyczy nazw miejscowych w województwie tarnopolskim – temu tematowi zresztą poświęcił Jan Zaleski osobny słownik pt. Nazwy miejscowe Tarnopolszczyzny, wydany również pośmiertnie przez Ossolineum (Wrocław 1987).
Pozostałe rozdziały nowej książki dotyczą różnych zagadnień językoznawczych. Książkę uzupełniają: życiorys i omówienie dorobku naukowego prof. Zaleskiego, opracowane przez redaktora naukowego książki, prof. Leszka Bednarczuka i innych, oraz wspomnienie syna, znanego dobrze w Krakowie ks. Tadeusza Issakowicza-Zaleskiego.
Wypada dodać, że Jan Zaleski urodził się w Monasterzyskach na Podolu, gdzie mieszkał do 1945 r., potem znalazł się w Zakładzie Naukowo-Wychowawczym w Krzeszowicach, gdzie ukończył szkołę średnią. Studiował polonistykę na krakowskiej WSP i tej uczelni pozostał wierny aż do przedwczesnej śmierci, przechodząc wszystkie szczeble naukowej kariery.
Książka dostępna w księgarniach o profilu naukowym.

• Osoba i twórczość pisarska Zygmunta Haupta są mało w Polsce znane, choć zasługują na uwagę. Przyczyną jest zapewne to, że pisarz spędził swą owocną połowę życia poza krajem, a ilościowo jego dorobek nie jest bogaty, choć wysoko przez krytyków ceniony. Obok wielu artykułów prasowych napisał tylko dwie książki: Pierścień z papieru i Szpicę, a ta druga zdobyła znaczące nagrody.
Z. Haupt urodził się w 1907 r. w województwie tarnopolskim – w Ułaszkowcach nad Seretem. Ojczyste Podole ukochał szczególną miłością i poświęcił mu piękne słowa w swych utworach. Z wykształcenia był architektem i malarzem, a w latach II wojny światowej walczył w Polskich Siłach Zbrojnych, m.in. pod gen. Maczkiem. Po wojnie osiadł w USA i tam zmarł w roku 1975.
Książkę o emigracyjnym pisarzu napisał Aleksander Madyda, pt. Zygmunt Haupt. Życie i twórczość literacka (Wyd. Uniwersytetu M. Kopernika, Toruń 1998), a zrecenzował ją Józef Dużyk na łamach „Dziennika Polskiego (104/99), skąd zaczerpnęliśmy powyższe informacje.
Książka do dostania w księgarniach naukowych.

• O Koropcu były już kilka razy wzmianki w naszym kwartalniku, ale zawsze jako o siedzibie hr. Badenich. Miejscowość ta, pięknie położona u ujścia rzeki Koropiec do Dniestru, była niegdyś miasteczkiem, potem – na skutek najazdów tatarskich – straciła swoją pozycję i stała się wsią. Do czasu żyli w niej zgodnie Polacy, Rusini i Żydzi. Było też trzech lekarzy: Polak, Rusin i Żyd, ale największe wzięcie miał ten ostatni, bo najtańszy!
O swym rodzinnym Koropcu opowiada lekarz, zamieszkały dziś we Wrocławiu, Michał Sobków w książce pt. Koropiec nad Dniestrem (Wydawnictwo Poznańskie, 1999). Autor, syn Polaka i Rusinki, z wielką swadą opisuje niełatwe życie i wydarzenia w czasach przedwojennych, potem koszmar lat wojennych, których tłem są zmieniające się okupacje, niemieckie i sowieckie prześladowania, ale na czoło wybija się zbrodnicza działalność elementu ukraińskiego.
Przykładem niech będzie opis wymordowania Polaków w Korościatynie przez bandę, którą dowodził młody ksiądz grekokatolicki z Monasterzysk, a w której brali udział nawet dwunastoletni chłopcy. W ciągu kilku godzin zabito z niebywałym okrucieństwem 160 osób, nie oszczędzając nawet niemowląt.
Ostatnia część książki to opis wypraw autora w ojczyste strony w latach powojennych, ma tam bowiem znajomych i krewnych. Tu dramat miesza się z groteską – powinniśmy dziękować Opatrzności, że uchroniła nas przez lata PRL-u i najnowsze od takiego stopnia dezorganizacji życia, zatracenia hierarchii wartości, beznadziejnej biedy. Czują to doskonale sami Ukraińcy – jeden z nich zapytał autora: Kiedy wy Polacy wreszcie do nas przyjdziecie i będzie tu Polska? Nie tylko jemu zadano w cztery oczy takie pytanie.
Książkę można nabyć w oddziałach TMLiKPW.

• Podarowano nam niezwykłą książkę: dzieje Rodziny Eminowiczów, spisaną przez znanego w Krakowie profesora historii w V Liceum, Marka Eminowicza, a wydaną z okazji 360. rocznicy (!) przybycia do Polski protoplasty rodu, Murada (Kraków, 1988). Polska przeszłość rodziny związana była od samego początku – jak można się domyślić – ze Lwowem, bo tam ów Murad Eminowicz, rodem z tureckiej Ankary, osiedlił się w roku 1628. W naszym mieście dość szybko się zaaklimatyzował, ożenił się z lwowską Ormianką i wszedł w posiadanie kamienicy, zwanej odtąd Murad-Eminowiczowską, przy ul. Ormiańskiej. W szóstym pokoleniu po Muradzie, gdzieś w ciągu XIX wieku, rodzina podzieliła się na dwie gałęzie: jedna pozostała we Lwowie, druga osiadła w Krakowie (choć i we wcześniejszych pokoleniach Eminowiczowie osiedli byli w Krakowie). Autor, pan Marek, wywodzi się z tej drugiej i reprezentuje 10. generację po Muradzie Eminowiczu. Na samym dole drzewa genealogicznego rodu jest już pokolenie dwunaste, ale, jak zauważamy, przedstawiciele tej generacji, i to z obu gałęzi, noszą w dużej części imiona, które nie brzmią ani po ormiańsku, ani po polsku: Michael, John, Andrew, Anthony lub Lindsay. Takie dziwne losy jednej rodziny.
Nim atoli doszło do amerykanizacji jakiejś części rodziny, Eminowicze będąc Ormianami, stali się dobrymi Polakami. Synowie Murada byli już polskimi szlachcicami (herbu Dołęga); syn Stefan był nawet zarządcą zamku królewskiego we Lwowie. Ich potomkowie walczyli w polskich powstaniach, od kościuszkowskiego poczynając. Przedstawiciele linii lwowskiej mieli majątek ziemski w jaworowskim powiecie. Inny Eminowicz, Marceli, był znanym adwokatem w Stanisławowie i założycielem oddziału Towarzystwa Tatrzańskiego w tym mieście. Z jego to inicjatywy zbudowano schronisko na Zaroślaku pod Howerlą.
I tak dalej. Trudno tu streszczać losy i dokonania wielu dziesiątków przedstawicieli tej ciekawej rodziny (choćby z czasów obu wojen światowych). Trzeba natomiast wyrazić podziw dla autora pokaźnego dzieła o 260 stronach dużego formatu (A4) i setkach ilustracji – fotografii ludzi i kopii dokumentów z kilku wieków.
Książki nie ma w sprzedaży.
Stefan S. Łukowski

• Spełniło się marzenie wychowanków profesora Witolda Habdank-Kossowskiego – twórcy i pierwszego dyrektora Państwowego Gimnazjum i Liceum w Stalowej Woli, który do tego miasta przybył ze Lwowa w 1936 roku (jego postaci poświęcimy sylwetkę w następnym numerze). Po wielu latach zabiegów władze miasta zdecydowały się na dofinansowanie książki o tym wybitnym pedagogu, przyjacielu młodzieży, wielkim patriocie, organizatorze tajnego nauczania podczas hitlerowskiej okupacji w Stalowej Woli, i wrażliwym poecie. Zrządzeniem losu książka ta miała ukazać się dopiero teraz – jako wydawnictwo Muzeum Okręgowego w Stalowej Woli – okazało się bowiem, iż orędownikiem takiej placówki był już u zarania dziejów tego miasta Witold Kossowski.
Autorem książki Życie i twórczość Witolda Habdank-Kossowskiego jest jego nieżyjący już brat Tadeusz Kossowski (Wydawnictwo „Sztafeta”, Stalowa Wola 1999). Trochę szkoda, że wydania tej książki nie poprzedziła edycja wierszy, znanych tylko niektórym osobom. Wcześniejsza ich znajomość ułatwiłaby lekturę omawianej tu książki, która ma charakter pracy analityczno-krytycznej. T. Kossowski ukazuje bowiem aktywne życie swego brata, odzwierciedlone w jego poezji. Witold Kossowski był poetą piszącym raczej dla siebie, do szuflady, a pierwszym i często jedynym czytelnikiem jego twórczości była żona Maria, również lwowianka.
Książka do nabycia w księgarniach lub w Regionalnym Muzeum w Stalowej Woli
Janusz M. Paluch


 Rysunek aksonometryczny Starego Miasta we Lwowie.• Nie mieliśmy dotąd okazji omawiania książki, wydanej we Lwowie i Lwowa dotyczącej. Nie dochodziły do nas bowiem, a te, które dochodziły, cechowała natrętna propaganda (nie mówiąc o sowieckim chłamie) i zwykła bujda historyczna. Po raz pierwszy więc zdarza się nam omówić takie wydawnictwo: dwujęzyczny – ukraińsko--angielski przewodnik po mieście pt. Lwiw – sightseeing guide (Lwów – przewodnik turystyczny), wydany przez Centr Ewropy we Lwowie (1999), a napisany przez cały zespół autorów, wśród których zauważamy znane nam już nazwiska Jurija Biriulowa i Borysa Woźnickiego. A więc ludzi nauki i kultury na najwyższym poziomie, dobrze wiedzących, co to jest Lwów.
Nowy przewodnik to gruba książeczka o prawie 550 stronach (w tym informacje dla turystów oraz trochę reklam. Niestety brak indeksu ulic) i formacie A5, na doskonałym, kredowym papierze i niezwykle bogato ilustrowana: około tysiąca fotografii, reprodukcji rysunków i planików – jakość wszystkich bez zarzutu (bardzo nam do gustu przypadły małe, kolorowe perspektywki zabytków, smacznie narysowane chyba przez Andrzeja Skrętowicza).
Autorzy tekstu gruntownie przeorali całe miasto (może aż za bardzo?). Omawiają ulicę po ulicy, nie uchodzi im żaden prawie obiekt wartościowy historycznie lub artystycznie (parę braków by się znalazło, np. pałac arcybiskupów łacińskich). Przy dużej części ulic podają nazwy przedwojenne (co istotne) – to samo dotyczy kościołów, ważniejszych szkół i innych obiektów publicznych (pominięto to jednak przy uniwersytecie). Wymieniają nazwiska wybitnych profesorów i pisarzy, architektów i artystów oraz właścicieli ważnieszych domów czy willi, także w odniesieniu do obiektów XX-wiecznych.
Dotąd więc same pozytywy – dotyczą one podstawowej części przewodnika. Jej autorom należą się wyrazy uznania.
Jest jednak też druga strona medalu. Oto informacje historyczne – niezbędne w takim opracowaniu – są jakby zawieszone w próżni – czyżby to relikt minionej epoki? Absolutnie nie wiadomo, co i kogo reprezentują te wszystkie wspaniałości. Rzucającym się w oczy przykładem są liczne nazwiska wybitnych ludzi, którzy się we Lwowie urodzili i w nim działali, o których obcy użytkownik przewodnika nie musi albo nie może nic wiedzieć. Kto jest np. famous writer (sławny pisarz) Jan Parandowski albo prominent philosopher (wybitny filozof) Kazimierz Twardowski lub well-known historian (dobrze znany historyk) Oswald Balzer? Takich nazwisk występuje kilkadziesiąt, poczynając od króla Jana III, przez Fredrę, Zapolską, Banacha, Łukasiewicza, Kasprowicza i cały szereg innych – wyjątek zrobiono dla Konopnickiej i Kilińskiego. Ani przeciętny Ukrainiec (np. z Charkowa), a tym bardziej Anglik lub Amerykanin nie może wiedzieć, o kogo chodzi – do jakiego kręgu kultury należał ten pisarz, filozof czy artysta, a wreszcie, jaki był związek Lwowa z owym kręgiem (co wiąże się wszak z kształtem lwowskiej urbanistyki, architektury i sztuki, a także mecenatem).
W przewodniku brakuje więc krótkiego bodaj rysu historycznego, istotnego z uwagi na bardzo dawne i mniej dawne zaszłości w dziejach miasta.
Zamieszczono natomiast kalendarium, które jednak niewiele wyjaśnia. Na samym początku umieszczono datę 1349 r. (powinno być chyba 1340-49) – podbój Lwowa przez króla Kazimierza Wielkiego. Autorowi wypadałoby zwrócić uwagę, że nie był to podbój, lecz legalne w świetle ówczesnego prawa – drogą sukcesji – przejęcie tego terenu. A że były i starcia zbrojne – to oczywiste, bo część bojarów była za, część przeciw, w dodatku nie obyło się bez konkurentów: Litwy i Węgier. Różnice zdań i opcji nie były i nie są niczym dziwnym, mamy je także w naszej dobie, a co dopiero w średniowieczu. Ważne jest to, że Lwowowi to zwojuwanie wyszło na dobre.
Pod datą 1572 r. mowa o rozpoczęciu budowy cerkwi Wołoskiej (Uspieńskiej). No pięknie, ale wcześniej była budowa czołowego, bo gotyckiego zabytku starego Lwowa – katedry łacińskiej. A gotyku w nowożytnym Lwowie nie mamy za wiele – dlaczego? Bo w 1527 r. był wielki pożar – który w kalendarium odnotowano – ale jakby abstrakcyjnie, nie wyjaśniając jego skutków dla miasta. Pożarów wszak bywa wiele, ale ten był szczególny, skoro go wymieniono. Pominięto też budowę cennej, niezwykłej w Europie katedry ormiańskiej.
Rok 1661 – założenie uniwersytetu. Nieświadomy Ukrainiec lub Amerykanin pomyśli – bo jakżeby inaczej – że skoro miasto jest na Ukrainie, to i ten uniwersytet ukraiński. A więc fałsz historyczny. A Ossolineum, a oba teatry – Skarbka i Wielki?
Podano datę powstania „Gazette de Leopol”, ale wcześniej były „Avertissements” (1772), też po francusku, lecz wydawane przez lwowianina Pillera, podczas gdy tamta przez obcego, francuskiego przedsiębiorcę. Sądzimy, że przede wszystkim należało napisać o fenomenie długowieczności w skali europejskiej – „Gazecie Lwowskiej”, która wychodziła od 1811 r. do II wojny, a nawet za okupacji niemieckiej (patrz CL 1/97), i od paru lat znowu.
Konkludując: strona koncepcyjno-wydawnicza przewodnika bezwzględnie góruje nad stroną historyczną. Wszystko, co podano w kalendarium, jest w zasadzie prawdą, lecz nie całą prawdą, wybiórczo potraktowaną. Pominięcia i niedomówienia podrywają wiarygodność – powstaje błędne koło. A szkoda, bo przewodnik mógłby być świetny.
Warto dodać na zakończenie, że w dobie integracji europejskiej unika się jednostronnego punktu widzenia. Przykładem niech będzie Wrocław, gdzie dawno zarzucono ukrywanie niemieckiej przeszłości tego miasta. I tak jest wiarygodniej.
Książki nie ma dotąd w sprzedaży na terenie RP.
Andrzej Chlipalski

Jest co czytać (10)

GŁOSÓW MAŁEJ
OJCZYZNY CIĄG DALSZY
Recenzja nie całkiem bezstronna

Jako stanisławowianka związana serdeczną nicią z ziemiami południowo-wschodnimi, a więc i z Tłumaczem (losy mojej rodziny krzyżowały się z tym miastem i tą ziemią), zaczęłam przeglądać „Zeszyty Tłumackie”. Prawdę powiedziawszy, przeglądanie owo skończyło się na czytaniu numerów od deski do deski, a w miarę czytania rosło moje zainteresowanie i podziw zarówno dla autorów tego periodyku, jak i dla miasta, jego dziejów, walki o polskość społeczności. Wydało mi się, że słyszę (powtarzam za Olgą Tokarczuk) niesłyszalny rytm obecności dawnych mieszkańców Tłumacza, w niezwykły sposób stałam się jedną z nich, poprzez znajome nazwiska, jakieś niuświadomione skojarzenia, dawno zasłyszane od babci opowieści (była nauczycielką w Tłumaczu). Jakże plastycznie zobaczyłam to kresowe bytowanie w latach pokoju, ale także ciężkie chwile wojny, Sybir, powojenną tułaczkę. Zaiste losy ludzkie bogatsze są niż podręczniki historii. Postanowiłam napisać zatem parę zdań na temat tego ciekawego pisma.
Proponuję tym, którym nieobojętne są nasze Kresy z całym ich bogactwem i znaczeniem dla Polski, serdeczne pochylenie się nad Tłumaczem „nie bardzo podłym miastem”, widzianym poprzez wiernych jego mieszkańców. A że jest to miasto szacowne, stare i nade wszystko mocno z Rzecząpospolitą związane, niech świadczy choćby taki wypis z księgi dostępnej w Bibliotece Jagiellońskiej: Ewaryst Andrzej Kuropatnicki – Geografia albo dokładne opisanie królestw Galicyi i Lodomeryi, Przemyśl 1786, str. 94: Tłumacz, Miasto J.W. Potockiego, szambelana J.C.K. Apost. Mści i kawal. orderu św. Stanisława. Za czasów dawniejszych z całą dzierżawą to miasto szło na zysk i pensyje dla tłumaczów języków oryentalnych w służbie rzeczypospolitej zostających.
Kwartalnik „Zeszyty Tłumackie” (pismo TMLiKPW – Oddział Tłumaczan we Wrocławiu), nieoceniona kopalnia wiedzy o tym mieście, będzie nam przewodnikiem. Już w spisie treści widzimy stałe rubryki:
I. Historia Tłumacza, II. Tłumacz w XX-leciu międzywojennym, III. Tłumacz w latach wojennych, IV. Sylwetki tłumackie (kresowe), V. Kościół pod wezwaniem św. Anny – tłumaccy księża, VI. Tłumacki Holocaust, VII. Wiadomości z życia tłumaczan, VIII. Ulice Tłumacza, IX. W cieniu białych nocy i czarnych dni (wspomnienia z Sybiru), a wreszcie rubryka Odeszli.
Dobieramy sobie zatem nasze czytelnicze menu kresowe według upodobania: a to historię w różnych czasach istnienia miasta, a to jego przedwojenne i wojenne losy (poprzez świadectwo mieszkańców), a to sylwetki profesorów, katechetów, szkoły, tętniące życiem kółka tematyczne, obyczaje, a to różne refleksje osobiste, czy wreszcie wiersze, bo i tych nie brakuje. Natrafiamy także na swoisty biuletyn łączności z czytelnikami, poprzez publikację listów i sprawozdań ze zjazdów.
Nie ma żadnej drętwej mowy. Autorzy piszą jak im serce dyktuje, i nie tylko serce; znawstwem tematu i erudycją zadziwiają zwłaszcza autorzy tekstów historycznych. Wymienić tu szczególnie należy Tadeusza Kukiza, Michała Nikosiewicza, ks. Lesława Jeżowskiego czy Tadeusza Pelikana. Bez końca można by wymieniać nazwiska tych, których teksty budzą zaciekawienie, wzruszenie, czasem bicie serca, a może i łzę w oku. W „Zeszytach Tłumackich” widzi się całe dynastie tłumaczan, którzy przeżyli exodus i pozostali wierni swemu miastu, także na obczyźnie. Na uwagę np. zasługują opracowania dotyczące Tłumacza z wydanej w Londynie książki Kamila Barańskiego Przeminęli zagończycy, chliborobi, chasydzi, a także przez trzy lata publikowane wyjątki z przetłumaczonej przez Michała Nikosiewicza książki Shlomo Blonda Sprawiedliwi, prawi – nie Żydzi.
Wielki ukłon w stronę pani Danuty Tabińskiej-Juhasz, redaktorki naczelnej „Zeszytów Tłumackich” (również autorki wielu różnych opracowań) oraz całego szanownego Zespołu.
Na zakończenie taka mi się nasunęła refleksja – to niemal truizm, ale nie zaszkodzi – uświadomić sobie raz jeszcze, że to nasze kresowe pochylenie się z pietyzmem nad przeszłością, owo przysłowiowe „ocalenie od zapomnienia” – jest jak najbardziej aktualne teraz, w dobie jednoczącej się Europy. Wszak ta „Europa małych ojczyzn” – to idea przyszłości: Flores multi, radix una. Wielka część duchowego życia Polski wywodzi się z Kresów, i o tym nie wolno nam zapomnieć.
Halina Konopkowa