Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Klemens Rudnicki, NA POLSKIM SZLAKU

Gen. Klemens Rudnicki (jeszcze jako pułkownik; patrz notka biograficzna na końcu) po zakończeniu działań wojennych we wrześniu 1939 r. znalazł się w niemieckiej niewoli pod Warszawą, uciekł z niej jednak, by podjąć próbę przejścia przez Węgry do Francji, do tworzącego się nowego wojska polskiego. Pierwszym etapem miał być Lwów, do którego przedostał się „przez zieloną granicę”. Rachuby jednak okazały się fałszywe – na zachód dostał się dopiero po kilku latach. Po drodze będzie sowieckie więzienie i łagier...

Oto fragment wspomnień gen. Rudnickiego* z krótkiego pobytu we Lwowie.
WE LWOWIE I PO SOWIECKIEJ STRONIE
Jest wprost nie do wiary, jak można wygląd miasta w ciągu półtora miesiąca zupełnie odmienić. To już nie pogodny, piękny, zachodni Lwów, ale coś, przeciwko czemu wszystko się w człowieku burzy. Niby ten sam, zniszczeń wojennych żadnych, a jednak inny – Azja. Na ulicach i gmachach ogromne transparenty z hasłami propagandowymi w rodzaju: Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się itp. Ogromne portrety Lenina i Stalina uśmiechają się do przechodniów, głośniki bez przerwy ryczą muzyką lub przemówieniami. Na Wałach Hetmańskich obok Sobieskiego stanął ogromny pomnik – gloryfikacja Związku Radzieckiego – z drzewa oklejonego betonem.
Wśród tego zgiełku i brudu krążą – po tzw. Corsie – tłumy publiczności, której wygląd jest jednak zupełnie inny aniżeli dawniej. To nie jest nawet jakieś przesunięcie aż na Akademicką spacerowiczów, którzy przedtem sięgali co najwyżej do pasażu Mikolasza, ale wygląda to na najazd na plac Mariacki i okolicę zupełnie obcych ludzi. Jakieś typy „aktywistów” przeważnie o rysach semickich, pozujących ubiorem na prawomyślnych komunistów lub niebieskich ptaków, przemieszane z żołnierzami sowieckimi – krążą i handlują na każdym rogu, sam zaś Pasaż Mikolasza to jedno targowisko. Można tam wszystko kupić i sprzedać. Zegarki, używane ubrania, bieliznę obuwie, wódkę i inne cenne i nie znane w takiej ilości przedmioty dla ludzi sowieckich. Kupcami głównie są oficerowie i żołnierze sowieccy, a pośrednikami i sprzedającymi przygodni handlarze lub męty lwowskie. „Sowieci” kupują wszystko, od damskiej bielizny i innych części garderoby, aż po łyżki, widelce czy latarki elektryczne. Największym popytem cieszą się zegarki, a jeśli który ma wskazówki świecące, a do tego czarną tarczę – płacą każdą cenę. Sprzedaż takiego zegarka nie jest jednak prostą operacją. Amator na kupno wyciąga z kieszeni nóż, otwiera wieko i żąda pokazania kamieni. Sprzedający zapewnia go, że jest ich co najmniej piętnaście (musi być koniecznie nie mniej, kupujący udaje znawcę), przy czym obydwaj liczą z całą powagą to, czego nie widać. W wypadku wątpliwym woła się świadków – sprzedający ma pomocników, a kupujący wzywa kolegów-krasnoarmiejców. Tworzy się grupa, zegarek idzie coraz to pod inny nóż i pod inne ucho, a w wypadku wątpliwym rozstrzyga oświadczenie sprzedawcy, że zegarek jest marki „Suma” (Cyma), jak to się czyta po rosyjsku.
To wszystkich zadowala i transakcja załatwiona.
Obok tego Lwowa wschodniego jest i inny, dawny, ale głęboko schowany, drżący i ściśnięty w dawnych mieszkaniach, do których sprowadzają się bolszewicy, często z rodzinami, jako sublokatorzy bezpłatni. Wszystko to idzie niby grzecznie i po dobrej woli, ale jest prawie nie do zniesienia.
Nikt się jeszcze nie orientuje, czym to grozi, i wydaje się raczej dziecinnie naiwne i mało niebezpieczne. Panuje ogólne przekonanie, iż coś tak głupiego i niezaradnego, jakimi przedstawiają się bolszewicy i ich władze, nie może trwać długo i samo przez się wywróci się. Nawet to, że od czasu do czasu ktoś ze znajomych zostaje aresztowany i znika za murami więzienia – nikogo za bardzo nie przeraża. Aresztowania wydają się być zupełnie przypadkowe, a nawet zrozumiałe w tak ogólnym bałaganie. Wiadomości od uwięzionych wprawdzie nie ma, ale ogólnie krążą pogłoski, że powodzi się im dobrze i niedługo będą wypuszczeni, trzeba tylko sprawdzić, a to musi przecież potrwać.
Cały Lwów jest na ogół zaskoczony zetknięciem się z bolszewikami. Wyobrażali ich sobie jako „strasznych mścicieli gnębionego proletariatu”. Spodziewano się mordów i grabieży brutalnej, torturowania inteligencji lub innych objawów rewolucji 1917 roku.
Zamiast tego jest inwazja naiwnych Azjatów, których można nawet bezkarnie zwymyślać, na pierwszy rzut oka niegroźnych i głupich, i niezaradnych. Nawet władze są śmieszne i poza wprowadzeniem niezwykłego wprost nieporządku we wszystkie dziedziny – nikt poważnie nie chce tego wziąć. Mało kto domyślał się w tym wszystkim strasznego systemu, który powoli i skutecznie zmieni życie w koszmar.
Odbywają się właśnie wybory, które mają zadokumentować wolę mieszkańców „Zapadnoj Ukrainy” entuzjastycznego przyłączenia się do Związku Radzieckiego. Wybory są na papierze tajne, faktycznie są jednak jawne, i jest i tak tylko jedna lista, na którą się głosuje, więc po co ta komedia. Oczywiście jeszcze jeden objaw dziecinady – rozumują ludzie – i tak to nieważne. Idą więc głosować dla świętego spokoju, ażeby niepotrzebnie nie drażnić – tyle jest już donosicieli na wszystkie strony, że nie wiadomo, kogo się strzec, a kto jest pewny. Nawet Ukraińcy są zdezorientowani. Przyjechał z Kijowa Chruszczow i Kornijczuk, odbywają się wielkie „mitingi” ukraińskie, obchodzi się uroczyście przyłączenie ziem zachodnich do macierzy, ale w rzeczywistości wygląda to całkiem inaczej, aniżeli się tego spodziewali. Ukraina jest tylko na papierze, a naprawdę to już Rosja i kłamliwe wiernopoddańcze odezwy ludu „Zapadnoj Ukrainy” do ojca rodziny narodów sowieckich – Stalina.
W „Gońcu Lwowskim”, jedynej gazecie polskiej wychodzącej we Lwowie, donoszą o właśnie co odbytym posiedzeniu polskich profesorów Uniwersytetu Jana Kazimierza, na którym jednomyślnie uchwalono wysłać hołdowniczą depeszę do Stalina. Depesza ma treść odrażającą swoim płaszczeniem się wschodnim. Podpisani są wszyscy prawie profesorowie. Spotykam dwóch z nich, H. i Longchampsa. „Jakżeż mogliście coś takiego podpisać?” – pytam. „O zebraniu i o depeszy, i o tym, żeśmy ją podpisali, dowiedzieliśmy się także z gazety” – brzmiała ich odpowiedź. Są zresztą bezbronni. Nie ma jak i gdzie sprostować. Czy zresztą w ogóle warto. Przecież to wszystko takie głupie i naiwne, że się szybko samo sobą zabije.
Takie mniej więcej jest ogólne nastawienie: byle wytrzymać – jako tako – do wiosny, a sen ten minie. To się, logicznie rozumując, ostać na dłuższy czas nie może.
W mieście jest wielu naszych wojskowych, częściowo takich, którzy uniknęli oficjalnego wzięcia do niewoli przez bolszewików, a częściowo przybyłych spod niemieckiej okupacji, ażeby tędy iść do Rumunii czy na Węgry.
Są tacy, którzy już byli w Skolem lub Zaleszczykach i, złapani na granicy, przesiedzieli się po kilka dni w więzieniu granicznym. Potem ich wypuszczono na wolność i wrócili. Będą próbować powtórnie lub wracać na stronę niemiecką. Żadnej organizacji, która by im pomogła, nie ma jeszcze. Jakieś zaledwie dorywcze kontakty i pomoce, głównie ze strony kolejarzy.
W szpitalach jest trochę naszych rannych. Między nimi gen. Anders, który jest na wyjątkowych prawach, bardzo honorowany przez bolszewików i pod opieką dobrych polskich lekarzy.
Chcę go odwiedzić, ażeby opowiedzieć mu o stosunkach na zachodzie, ale dostaję wiadomość z jego otoczenia, ażebym tego raczej nie robił. Poza tym dowiaduję się, iż 4 grudnia ma być odstawiony pociągiem do Przemyśla i oddany na niemiecką stronę, tak jak tego sobie życzy. Tam go więc znajdę po powrocie. Wiadomość ta cieszy mnie niepomiernie, gdyż osoba jego i nazwisko wydają mi się najodpowiedniejsze, ażeby skupić wysiłki wszystkich boczących się na siebie „entuzjastów”
Poza tym – tu i tam – spotykam ludzi czynnych, którzy widzą potrzebę utworzenia jakiejś organizacji. Czynnym jest głównie pułkownik Dąbrowski, ale wszystko to jest w zalążku i nosi całkiem inny charakter niż po stronie niemieckiej.
Toteż wydaje mi się, iż niwiele więcej potrafię tu zobaczyć. Obraz, który ujrzałem, daje mi dość ogólny, ale wystarczający pogląd na to, co się dzieje. Postanowiłem wracać. Najpierw jednak sprowadzam z Trembowli jednego z moich podoficerów, wachm. P., który to wówczas z Warszawy poszedł z grupą ułanów na wschód i dotarł wraz z innymi do rodzin do Trembowli.
Opowiada, iż wszyscy szczęśliwie dobrnęli do domów. Rodziny z koszar powyrzucane, przeniosły się do miasta. Podoficerowie nie są specjalnie szykanowani i radzą sobie, jak mogą, część z nich już poszła do Rumunii, inni pozostali. Żony oficerów czują się znacznie gorzej. Poborowska rozpacza po mężu. Moja żona musiała wprost uciekać skrycie z jedną z córek i już jest we Lwowie, groziło jej aresztowanie jako żonie samego pułkownika. Gdy ją zresztą we Lwowie odnalazłem, opowiadała mi, że spotkała się ze wszystkich stron z ogromną pomocą w ułatwieniu jej ucieczki, zarówno ze strony podoficerów, jak i kolejarzy.
Opowiedziałem wachmistrzowi o losach tych, którzy poszli do obozów niemieckich, i poleciłem opiece podoficerów żony oficerskie, które innej opieki teraz mieć nie mogą. „Macie pomagać sobie wzajemnie, jak jedna rodzina, i wierzyć mocno, że zmiana nastąpi”... – kończyłem.
Potem, po naradzie z moją żoną, postanowiłem jeszcze skoczyć do Jazłowca, ażeby odwiedzić dwie starsze córki, które wojna zastała w klasztorze pod opieką zakonnic. Chciałem się zorientować, czy im co grozi bezpośrednio i czy ich przypadkiem stamtąd nie zabrać do matki.
Do Buczacza dobiłem bez trudności koleją przez Stanisławów. Pociąg przybył na stację jeszcze przed świtem, co było mi na rękę, gdyż mogłem od razu nająć „fiakra” do Jazłowca (około 20 km). Nie chciałem ryzykować kręcenia się po Buczaczu za dnia, gdyż tak niedawno jeszcze – 15 sierpnia – wygłaszałem tam, z balkonu Magistratu, gorące przemówienie do ludności w Święto Żołnierza. Wolałem zniknąć od razu niespostrzeżenie.
W Jazłowcu, w owym szarym gontem krytym bastionie „kapłanek rycerskiego ducha” – radość niesamowita. Wszelkie przepisy o klauzurze zostały zawieszone i otoczony zakonnicami musiałem im opowiadać o wszystkim, co zaszło, o Warszawie, o wojnie, o nastrojach, a przede wszystkim o pułku i niedzielach jazłowieckich.
Zastanawiała mnie ich pogoda, wiara silna w dobry obrót sprawy i troska nie o siebie, ale o polską sprawę. Ze śmiechem opowiadały mi o inspekcjach bolszewickich w klasztorze i zapowiedziach likwidacji oraz o oporze całej ludności Jazłowca i okolicy, bez względu na wyznanie, stającej w ich obronie wobec zakusów władz nowych. Zaufałem im i pozostawiłem im dzieci.
Gdy zmrok zapadł, odprowadziła mnie siostra Laureta, ta sama, która mówiła, że „huk musi być”, do bocznej furty klasztornej, którą miałem się wymknąć niepostrzeżenie. Szliśmy więc krużgankami we czwórkę, moje dwie małe, uczepione do boku, ona i ja. W pewnej chwili siostra Laureta schyliła się ku mnie.
„Panie pułkowniku, muszę panu coś powiedzieć, o coś się zapytać, ale to straszna tajemnica, dzieci nie mogą tego słyszeć”.
Doskonale – myślę – teraz wreszcie zejdziemy na ziemię Zapewne jakieś wątpliwości o losy klasztoru i przyszłość własną. A jednak ta pogoda beztroska była tylko maską, która kryje biedne i osaczone kobiety.
Zaciągnęła mnie do jakiejś pustej celi i prawie szeptem pytała: „Czy to prawda jest, że Rydz Śmigły i Beck zdradzili Polskę, że wokół was wszystkich były tylko zdrady i zdrady. Może to być?”
„Czy nic siostra innego nie ma mi do zwierzenia?” – pytałem. „Ależ naturalnie, że nie” – patrzyła swymi, jak jej szkaplerz na habicie, błękitnymi oczyma – „to jest przecież dla nas najważniejsza wiadomość”.
A gdy ją uspokoiłem, to jakby kamień spadł z serca – poweselała.
Dziwny ten klasztor na tatarskim szlaku! [...]

Gdy w Związku Sowieckim zaczęły się tworzyć Polskie Siły Zbrojne, płk Rudnicki został zwolniony z łagru i przydzielony przez gen. Andersa do 6. Dywizji Piechoty, tworzącej się w rejonie Samarkandy w Uzbekistanie. Oto drugi fragment wspomnień późniejszego generała, z 1942 r.

KŁOPOTY POLITYCZNE
Było zrozumiałe, iż w dywizji tkwił specjalny sentyment do Lwowa. Nie tylko Tokarzewski i ja byliśmy silnie związani z tym miastem, ale również ogromny procent oficerów i szeregowych pochodziło z Małopolski Wschodniej i Lwów z jego tradycją „semper fidelis” był dla nas drogi. Powstał nawet osobny oddział – batalion „dzieci lwowskich”, złożony z samych lwowiaków, który specjalnie podkreślał tradycje polskiego Lwowa.
Nastawienie to nie podobało się naszym gospodarzom sowieckim. Najpierw delikatnie zwracali nam uwagę, iż jest ono nie na miejscu. Rozumieją wprawdzie przywiązanie dzielnicowe żołnierzy, ale najlepiej byłoby, gdybyśmy skierowali nasze afekty do jakiegoś innego miasta, niewątpliwie polskiego, a nie do Lwowa, który został już wcielony do Sowieckiej Ukrainy w 1939 roku itp. Tłumaczenie, iż akt zgody Państwa Polskiego na odstąpienie Lwowa Związkowi Sowieckiemu nie jest nam znany, był przyjmowany z pobłażliwym uśmiechem... „Możliwe... ale wola ludu... realna rzeczywistość... lepiej teraz nie wprowadzać dysonansów, mamy przecież wspólnego wroga i wspólne cele... później na pewno się pogodzimy” – były motywami wysuwanymi przez naszych sowieckich oficerów łącznikowych, pułkowników Anapczuka i Golinskiego.
Tego tylko trzeba było naszym żołnierzom. Nawet nie pochodzący ze Lwowa stali się zabitymi lwowiakami i stanęli jak mur w jego obronie. Na złość bolszewikom poczęły się mnożyć odruchy, mające zadokumentować polskość Lwowa i przywiązanie doń. Śpiewano tylko lwowskie piosenki, komponowano nowe, przed namiotami układano z kamyczków artystycznie wykonane herby Lwowa, rysowano ostentacyjnie mapy Rzeczypospolitej ze Lwowem w jej granicach i nie szczędzono bolszewikom wielu, wielu innych drobnych manifestacji, których sensem było: „Lwów jest polski i nie damy go sobie zabrać”.
W miarę gdy demonstracje te narastały, rosła i reakcja sowiecka, coraz bardziej stanowcza i zdradzająca bez żadnych ogródek wolę Rosji zaanektowania Lwowa, po którym zresztą chadzali w danej chwili Niemcy. Rozgorzała więc zacięta „wojna ideologiczna” żołnierzy 6. dywizji ze Związkiem Sowieckim o przynależność Lwowa.
Dywizja wzięła sobie za punkt honoru Lwów obronić.
Ku wściekłości Anapczuka w walce tej wzięło udział również dowództwo dywizji. 2 maja 1942 r. ogłosił gen. Tokarzewski swoje pismo do Dowódcy Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR treści następującej:
Żołnierze 6. Dywizji Piechoty w swojej ciężkiej przeszłości wykazali bezkompromisowość, hart ducha i nieugiętą chęć dalszej walki. W celu kontynuowania oraz unaocznienia symbolicznego tych zalet żołnierskich, proszę Pana Generała o nadanie 6. Dywizji Piechoty miana – Dywizji lwów.
Ani słowa o mieście Lwowie. „L” było pisane przez małe „l” i oznaczało króla zwierząt, a nie miasto. Pismo to było więc nie do zaczepienia przez władze sowieckie, chociaż dobrze zdawały sobie sprawę, co za tym się kryje. Równocześnie jednak pismo to wywołało burzę entuzjazmu wśród żołnierzy, umocniło ich przekonania i podniosło „morale” oddziałów, którego tak bardzo było potrzeba, ażeby znaleźć siły na przetrwanie ciężkich warunków, jakie dywizję otaczały.
Ostatnim aktem sowieckim było przysłanie do Szachriziabsu specjalnej komisji z Moskwy pod kierunkiem pułkownika Gorczakowa, oficjalnie dla zbadania gotowości bojowej dywizji, a faktycznie do zbadania nastrojów. Gorczakow, będąc w czasie inspekcji na przedstawieniu teatru dywizyjnego, zaprotestował gwałtownie przeciw piosence o polskim Lwowie, której mu oczywiście nie oszczędzono. Gdy mu jednak Tokarzewski kategorycznie oświadczył, iż premier polski gen. Sikorski nie zawiadomił dotychczas wojska o odstąpieniu Sowietom Lwowa i wobec tego nie może zakazać piosenki – opuścił dywizję z trzaskiem i dano wreszcie spokój dalszym dyskusjom.
Uznano widocznie, że jesteśmy nie do uleczenia. Dywizja pozostała lwowską, ale za to wzmogła się szpiegowska akcja sowiecka wśród naszych szeregów. Teraz dopiero okazało się, jak wielu z naszych żołnierzy, nawet oficerów, podpisało lekkomyślnie owe sławne deklaracje donosicielskie, nie przyznając się do tego. Deklaracje te, dotychczas nie wykorzystywane, były w rękach Anapczuka i Golinskiego, którzy poczęli je eksploatować. Nieszczęśliwcy – szantażowani, zaczęli się zwierzać kolegom, potem swym dowódcom, kryć się, zmieniać nazwiska, przenosić się do innych garnizonów – słowem zacierać za sobą ślady. Nie obeszło się jednak przy tym bez znikania ludzi bez śladu.
Cicha walka, zewnętrznie pokrywana zwykłą uprzejmością, rozgorzała na dobre i mało było takich, którzy by mieli jeszcze złudzenie, iż jakakolwiek lojalna współpraca jest możliwa.

* Klemens Rudnicki, Na polskim szlaku. Wspomnienia z lat 1939–1947. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1990

KLEMENS RUDNICKI, (1897–1992) ur. w Żydaczowie. Służbę wojskową rozpoczął w 1914 r. w Legionie Wschodnim gen. Hallera we Lwowie. W latach 1918–20 walczył w 2. Pułku Szwoleżerów Rokitniańskich przeciw Ukraińcom i bolszewikom. W okresie międzywojennym był słuchaczem i wykładowcą Wyższej Szkoły Wojskowej w Warszawie, a od 1938 r. dowódcą 9. Pułku Ułanów Małopolskich w Trembowli, z którym przeszedł kampanię wrześniową, walczył pod dowództwem gen. Kutrzeby, Skotnickiego i Abrahama. Dostał się do niewoli niemieckiej, a po ucieczce tworzył wraz z płk. T. Komorowskim (też rodem z Małopolski Wschodniej, późniejszym gen. Borem) zręby konspiracji wojskowej. Później przedostał się do Lwowa, gdzie został aresztowany i wywieziony do łagru. W 1941 r. dostał się do Armii Andersa i wyszedł z nią z ZSRR przez Iran i Palestynę. Uczestniczył w kampanii włoskiej 2. Korpusu. W latach 1945–47, już jako generał, był dowódcą 1. Dywizji Pancernej w Niemczech (po gen. Maczku). Po wojnie osiadł w Londynie i tam zmarł. Prochy złożono na cmentarzu Rakowickim w Krakowie.