Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Władysław Psarski, O CHRUSZCZOWIE I ZŁOTEJ PAPIEROŚNICY

Moja rodzina od wieków parała się rolnictwem, ale od czterech pokoleń również i przemysłem – za przyczyną mego pradziadka Wiktora Psarskiego, który jako oficer Powstania Listopadowego, musiał emigrować z zaboru rosyjskiego, by uniknąć wywózki na Sybir, a może i nawet szubienicy. Celem uniknięcia konfiskaty, przekazał bratu swój majątek Kraszkowice k. Wielunia i wyjechał do Paryża, gdzie w 1838 r. ukończył studia chemiczne w Ecole Centrale, zarabiając na życie grą na skrzypcach w operze.

Po jakiejś amnestii mógł wrócić do kraju, i już jako inżynier chemii wybudował jedne z pierwszych cukrowni w Polsce, w Borku i Rytwianach. Syn jego Władysław, również inżynier chemik, był dyrektorem kilku cukrowni, a w II Rzeczypospolitej – prezesem Cukrownictwa Polskiego. Wnukowie pokończyli politechniki i też pracowali w cukrownictwie, a mój ojciec, inż. mechanik – w nafcie w Borysławiu. Podjął pracę w przemyśle naftowym w 1919 r., zaraz po ukończeniu politechniki lwowskiej i zawarciu małżeństwa. W ostatnich latach przedwojennych był jednym z dyrektorów firmy „Małopolska”, spółka akcyjna francuska.
Beztroskie dzieciństwo spędziłem więc z rodzicami i siostrą Ninką w Borysławiu. Wybuch wojny przekreślił nadzieje spokojnego i pewnego życia rodzicom, tak jak i milionom innych obywateli naszego kraju, ale i dla mnie skończyły się radosne wyjazdy wakacyjne do Zacisza, Jeżowa, a zwłaszcza do Rzegocina, gdzie całymi dniami mogłem swobodnie biegać ze strzelbą po polach, lasach i zagajnikach.
Przedwojenny Borysław, stolica zagłębia naftowego Polski, liczył około 40 tysięcy mieszkańców, z czego duży procent składał się z Rusinów i Żydów. Polacy reprezentowali inteligencję przemysłową i władze miasta. Żydzi zdominowali handel i wolne zawody, a proletariat, czyli robotnicy fizyczni, to przeważnie Rusini z pobliskich wsi. Nawet szofer ojca, Stefan Kilikowski, był z pochodzenia Rusinem, który na trzy lata przed wybuchem wojny przyjął w pełni narodowość polską, i chwała mu za to, że nie wyparł się jej w czasie wojny, mimo że obaj okupanci znacznie lepiej traktowali Rusinów niż Polaków. Pamiętam, jak w 1940 r. wrócił spuchnięty z głodu po paromiesięcznym pobycie w więzieniu sowieckim.
Gdy wybuchła wojna, miałem 16 lat i nie bardzo zdawałem sobie sprawę z nieszczęścia, które spadło na nasz kraj, zwłaszcza, że pierwsze dni wojny 1939 r. w południowo-wschodniej Polsce były spokojne. Dopiero około 12 września, gdy wojska niemieckie przekroczyły San, ojciec z innymi dyrektorami przemysłu naftowego postanowił wyjechać z rodziną do Bitkowa, miejscowości położonej w pobliżu granicy węgierskiej. Z Borysławia do Bitkowa nie było daleko, około 100 km, ale przez góry i bardzo złymi drogami, tak że naszym mercedesem jechaliśmy prawie cały dzień. Jechaliśmy we troje, to znaczy ojciec, Ninka i ja, bo matka oświadczyła, że z domu się nie ruszy. No i mieliśmy osiem waliz zapakowanych rzeczy, bo nie wiadomo, czy i kiedy wrócimy. Szofera naszego nie było, bo został wcześniej zmobilizowany.
W Bitkowie spotkaliśmy się z innymi luminarzami naftowymi i ich rodzinami, którzy, tak jak i my, [...] woleli być bliżej granicy węgierskiej czy rumuńskiej. [...], razem kilkanaście samochodów. Bitków został wybrany na to spotkanie, gdyż tam mieli swoje szyby naftowe, warsztaty naprawcze, rezydencje, a przede wszystkim paliwo do samochodów.
Na drugi dzień ojciec wyjechał z dyr. Wojciechowskim z powrotem do Borysławia, z pieniędzmi na wypłatę dla robotników, [...] bo front się zatrzymał i Borysław był jeszcze wolny. Na trzeci dzień wrócił Wojciechowski bez ojca, ale za to z matką. Ojciec został w Borysławiu, chcąc zabezpieczyć szyby i rafinerie przed sabotażem. Nie wyszło mu to na dobre, bo zaraz po odjeździe Wojciechowskiego Niemcy wkroczyli do Borysławia i ojciec został uwięziony jako zakładnik wraz z prezydentem miasta, proboszczem i innymi władzami. Szczęśliwie żadnemu żołnierzowi niemieckiemu krzywda się nie stała i po paru dniach, gdy Niemcy oddawali Sowietom Borysław, zakładnicy zostali zwolnieni.
Ale tymczasem w Bitkowie, pod nieobecność ojca, doczekaliśmy się wkroczenia wojsk sowieckich w dniu 17 września i odcięcia nas od granic z Węgrami i Rumunią. W Bitkowie był nadal spokój, i ani Niemcy, ani Ruscy się nie pokazywali.
Pod koniec września wszyscy uciekinierzy borysławscy postanowili wracać do Borysławia. Utworzyła się kolumna samochodów, a droga wiodła przez Stryj, gdzie wjechaliśmy w kolumnę wojsk radzieckich. Zatrzymano nas, legitymowano z rozkazem oddania posiadanej broni. Matkę i siostrę z innymi paniami oddzielili, a ja zostałem sam z samochodem i ośmioma walizami. W jednej z nich znajdował się dryling, ukochana broń myśliwska ojca, specjalnie dla niego zrobiona przez zakłady Kruppa. Nie oddałem go, ale podczas pobieżnej rewizji go znaleźli. Awantura wybuchła straszna. Zlecieli się oficerowie sowieccy, urągając mi okropnie i wszystkim innym Polakom, krzycząc, że gdybym nie był tak młody, toby mnie rozstrzelali.
Wszystkich nas zamknęli w pobliskiej szkole, obiecując, że na drugi dzień od rana zacznie się ścisła rewizja, bo ukrywamy broń. Panowie, koledzy ojca, również mi naurągali, że przeze mnie zostaliśmy wszyscy zatrzymani i nie wiadomo co będzie.
Spaliśmy w szkole na podłodze. Czy wszyscy spali? Nie wiem. Mnie prześladowała myśl, że w walizkach mam jeszcze kilka paczek naboi do nieszczęsnego drylinga, a wcześniej usprawiedliwiałem się, że dryling jest nieużyteczny, bo nie ma naboi. Wstałem więc w nocy, wyszukałem w walizce naboje i wsadziłem je do pieca. Nic innego wymyślić nie mogłem. Za drzwiami stał wartownik pilnujący nas. W piecu było trochę popiołu, gazet i niedopałków, zagrzebałem te naboje w śmieciach. Mam nadzieję, że Pan Bóg miał w opiece tego, który potem po raz pierwszy rozpalał ogień w tym piecu.
Na drugi dzień od rana rozpoczęła się rewizja polegająca na tym, że z każdej walizki wytrząsano rzeczy na podłogę i grzebano w nich. Pieniądze polskie i zagraniczne waluty spisywano i konfiskowano. Rewizja trwała cały dzień, a gdy przyszła na mnie kolej i gdy wtaszczyłem się do sali z ośmioma walizami, wzbudziłem podziw ilością bagażu. Sama rewizja przebiegła bez bólu, ale gdy z jednaj z walizek wyleciała złota papierośnica ojca, to żołnierz sowiecki obejrzał ją i schował do kieszeni.
Po skończonej rewizji, już wieczorem, zebrano nas wszystkich w jednej sali i z przemówieniem wystąpił oficer polityczny w randze majora, Nikita Chruszczow – jak ładnie się nam przedstawił. Wtedy nie zwróciłem uwagi na to nazwisko, ale parę lat później, gdy został pierwszym sekretarzem KC KPZR, dyrektor Wojciechowski przypomniał mi, że to właśnie on był tym majorem, z którym spotkaliśmy się w Stryju na początku wojny. Miał też pokwitowanie z podpisem Chruszczowa za zarekwirowanie sportowego samochodu marki Stuz. Ja żadnego pokwitowania za pięknego 6-cylindrowego mercedesa nie dostałem.
Ale wracając do sprawy – major Nikita Chruszczow w przemówieniu do nas zwrócił uwagę, że jesteśmy panami, burżujami, krwiopijcami, a niektórym śni się kontrrewolucja i ukrywają broń, by później z nią wystąpić przeciw władzy ludowej. To ostatnie zdanie było skierowane specjalnie do mnie, ale ze względu na mój młody wiek, władza radziecka jest wspaniałomyślna i darowuje mi tę straszną zbrodnię.
Mówił po rusku (czyli po ukraińsku), który to język był dla nas wszystkich zrozumiały, jako że mieliśmy z nim do czynienia na co dzień. Na zakończenie swej oracji poinformował, że konfiskują nam samochody i waluty zagraniczne, bo tych rzeczy w Związku Sowieckim posiadać prywatnym osobom nie wolno, ale biżuterię i innych wyrobów jubilerskich – jako prywatnej własności – nam nie zabrano. Czy ktoś ma jakieś pytanie?
Mnie nurtowała przez cały czas sprawa papierośnicy, więc podnoszę dwa palce do góry (jak w szkole). Słyszę szepty kolegów ojca: – Władek, uspokój się, schowaj rękę. Ale już było za późno, moją wyciągniętą rękę dojrzał major i zapytał groźnym głosem: – A ty czego jeszcze chcesz? Więc wstałem i powiedziałem, że w czasie rewizji zabrano złotą papierośnicę ojca. Zapadło długie milczenie.
– Kto ci zabrał?
Pokazałem więc palcem na czerwonoarmistę stojącego w drzwiach, za którymi zaraz zniknął. Zaległo milczenie, tylko widać było uśmieszki oficerów, wściekłość Chruszczowa i słychać było cichy szept modlitwy Pod Twoją obronę siedzących obok mnie Polaków.
Myślę, że wybuch w piecu naboi, które tam schowałem, nie wywarłby większego wrażenia niż moja odpowiedź. Ja stałem w ławce z pewną miną, bo przecież mówiłem prawdę, co mi zawsze nakazywano w domu i szkole. Po dłuższej ciszy zrobiło się zamieszanie. Koledzy ojca wściekli się na mnie, myśląc, że to już koniec z nami. – Gdzie są twoje rzeczy? – padło pytanie. Odpowiedziałem, że w drugiej sali. – Prowadź! Wyszedłem z ławki i idę, za mną major i oficerowie. Gdy podeszliśmy do walizek, usłyszałem: – Otwieraj! Otworzyłem pierwszą z brzegu walizę i... zbaraniałem. Oczom nie wierzyłem – na samym wierzchu leży ojca złota papierośnica. Na pytanie: – czy to ta? – wydukałem, że – tttak. – To wracamy! – major pierwszy, za nim oficerowie, ja na końcu z całkiem ogłupiałą miną.
No i zaczęło się. Major rozpoczął dłuższe przemówienie od pytania, co ze mnie wyrośnie. A potem: – Mało, że ukrywał broń i że nie chciał jej oddać, to jeszcze posądził żołnierza Armii Czerwonej o złodziejstwo. Jaki wstyd przynosi swojej rodzinie i całemu narodowi polskiemu...
Stałem w ławce czerwony jak burak, nie zdając sobie zupełnie sprawy, jak ta papierośnica znalazła się w walizce – przecież widziałem na własne oczy, jak żołnierz chował ją do kieszeni. Nie śmiałem nic mówić (na szczęście!), a moją opuszczoną głową i skruszoną miną przepraszałem całą Armię Czerwoną i obecnych za tyle zamieszania, które narobiłem.
Jeszcze jedną noc spędziliśmy na podłodze w szkole, a następnego dnia, po połączeniu się z paniami, odesłano nas ciężarówkami wojskowymi do Borysławia. A przed samym wyjazdem, po załadowaniu walizek na ciężarówki, pobiegłem na zaplecze szkoły, by pożegnać się z mercedesem. Prawo jazdy amatorskie już wtedy miałem, a prowadzić samochód umiałem od dwunastego roku życia, gdy nogi na tyle mi urosły, że mogłem sięgnąć nimi pedałów. Smutno mi się zrobiło, gdy ujrzałem kałmuka siedzącego za kierownicą, który ze strasznym zgrzytem skrzyni biegów, próbował mercedesem jeździć po podwórku szkoły.
Gdy już wyjechaliśmy ciążarówkami ze Stryja, pan Wojciechowski, który pod nieobecność ojca próbował opiekować się mną, rozwiązał nurtujący mnie problem: to sam złodziej podrzucił papierośnicę do walizki w ostatniej chwili, gdy usłyszał, że jego kradzież wydała się, z czego zapewne Chruszczow i oficerowie doskonale zdawali sobie sprawę.
W Borysławiu radość była ze spotkania z ojcem i z powrotu do jeszcze względnie spokojnego domu. A ocalona papierośnica przydała się bardzo, bo jej sprzedaż umożliwiła naszej rodzinie jakie takie życie na pewien czas.
Tak zakończyło się pierwsze, ale niestety nie ostatnie, moje spotkanie z Armią Czerwoną.
To wszystko, co opisałem, jest prawdą, nie daję tylko gwarancji, że Nikita Chruszczow był tym właśnie majorem. Dyr. Włodzimierz Wojciechowski mówił mi w latach pięćdziesiątych, że ma pokwitowanie za swój samochód, z podpisem Nikita Chruszczow. Do rozstrzygnięcia tego problemu trzeba by historyka, który by zbadał, czy w 1939 r. Chruszczow brał udział jako oficer polityczny w najeździe wojsk sowieckich na południową Polskę?

WŁADYSŁAW PSARSKI, ur. 1925 w Borysławiu. Tamże do II wojny mieszkał i chodził do szkoły. Po wojnie ukończył szkołę inżynierską w Szczecinie. W latach 1951–82 pracował na kierowniczych stanowiskach w spółdzielczości na terenie Szczecina, jest ponadto dyplomowanym rzeczoznawcą techniki samochodowej i ruchu drogowego (wykonał kilka tysięcy ekspertyz). Od 1989 r. jest członkiem Polskiego Tow. Ziemiańskiego. Obecnie mieszka w Krakowie i Sulejowie.

Panu Władysławowi Psarskiemu składamy serdeczne wyrazy współczucia z powodu nagłej i przedwczesnej śmierci Żony.
Bożena Psarska z Nieniewskich, architekt, wywodziła się – po ojcu – z Ziemi Sieradzkiej, po matce – z Krakowa. Jednak Jej dziadek „po kądzieli”, dr Ludomił Korczyński (1867–1936), profesor medycyny na Uniwersytecie Jagiellońskim, pochodził z Małopolski Wschodniej, urodził się w Korczówce w pow. żydaczowskim. Był twórcą Szpitala Reumatologicznego przy al. Focha w Krakowie.