Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Marian Hemar, POEZJA

Każda wojna – w Europie, Azji czy Afryce – wywołuje ogromny, nie kończący się strumień uchodźców. Tak też było 60 lat temu, w 1939 roku, gdy po 1 września nastąpił 17 – dla nas kresowian jeszcze straszniejszy. Hemar, jako Żyd – i to taki, który manifestacyjnie opowiedział się po stronie polskości – oraz autor drastycznie antyhitlerowskiej sztuki „Orzeł czy reszka” – miał szczególne powody do uchodźstwa. Uwoził swoim małym samochodem ze Lwowa dwóch przyjaciół z żonami, zatłoczoną szosą do Zaleszczyk. O ostatnich chwilach pobytu w ojczyźnie pisze Hemar w wydanym w Londynie 17 lat później tomiku pt. „Im dalej w las...”, w zamieszczonym tam smutnym wierszu, który pozwalamy sobie przypomnieć.

Roman Hnatowicz



Liść

Siedzieliśmy tej nocy – późnej nocy w niedzielę
W samochodzie w pięcioro – dwaj moi przyjaciele
Stefan Norblin i Kaźmierz Wierzyński, i ich żony
I ja. Noc była chmurna i mrok nieprzenikniony.

Gdzieniegdzie tliły nikłe ogniki papierosów
W tłumie, co wkoło szemrał tysiącem spłoszonych głosów:
Stłumionych nawoływań, i bezładnych zapytań,
I bezradnych pożegnań, i żałosnych powitań.
A o dach samochodu, drobniutkimi kroplami
Deszcz szeleścił i szeptał w drzewach, w liściach, nad nami...

Ta cała scena była tak dziwnie, tak boleśnie
Nieprawdziwa, jak zmora która przeraża we śnie,
Lecz nie zdarza się w życiu normalnych trzeźwych ludzi.
Ktoś rozsunie firanki, ktoś mnie zaraz obudzi,
Przetrę oczy... Dzień w oknach... Słońce! Ach straszna zmoro...
W dwuosobowym aucie stłoczyliśmy się w pięcioro,
Przerażeni ciemnością, nieruchomi i niemi
W tę czarną noc wrześniową – ostatnią na polskiej ziemi,
O sto kroków od mostu na rumuńskiej granicy.
Tego dnia rano weszli do Polski bolszewicy.

Czy mi kalendarz kłamie? Czy tak się pamięć myli,
Że to już siedemnaście lat zeszło od tej chwili?
że to już siedemnaście lat mego wygnania,
Które mnie światem pędzi, i wracać mi zabrania,
I zagradza mi drogę ku rodzinnemu Miastu –
Od tej jesiennej nocy – od tych lat siedemnastu?!

Strumień wozów i ludzi, w odmęcie czarnych mroków,
Znowu postąpił naprzód. Znów zrobił kilka kroków.
Już światełka na wzgórzach rumuńskich, niedaleko,
Pełgały przed oczami. Już byliśmy nad rzeką...
Wyszedłem z wozu. Obok, tuż przy drodze, na lewo,
Zamajaczyło przede mną ciemne, ogromne drzewo.
Zamajaczyło w mroku, zamajaczyło w tłumie,
Deszcz w nim szeptał, szeleścił, Poznałem je po szumie.
Poznałem po zapachu – jedynym, potajemnym,
Nieoddanym słowami, gorzkim jakby i ciemnym,
I nasyconym rosą, i jesieni oddechem.
Stałem chwilę w ciemności pod tym drzewem, orzechem.

Słuchałem, jak w nim szepce drobnych kropel ulewa...
I zerwałem liść jeden. I zerwałem liść z drzewa.
I zerwałem znad głowy dłońmi roztrzęsionemi
Liść z ostatniego drzewa, co rosło na MOJEJ ziemi.
Kiść ośmiolistną, jakby wyciętą z mokrej wstążki.
I zaniosłem do wozu, i włożyłem do książki.
Włożyłem do zeszytu z nieskończonymi wierszami,
Niech je przejdzie zapachem. Niech je rosą poplami...

Dziś, gdy piszę te słowa – rzewna mi to pociecha:
Otwieram dawną książkę – a w książce liść orzecha!
Jakby z przeźroczystego szkła – cieniutki i kruchy,
Lecz wciąż jeszcze zielony, choć przyblakły i suchy.
I pachnie wciąż – tym samym, gorzkim jakby i ciemnym,
Nijak nie wysłowionym zapachem potajemnym.
A w nim – deszcz cichy pada. I czarna noc podolska.
I wiatr. I szum. I chmury. I tłum. I żal. I Polska...

I nie mogę uwierzyć wspomnieniu szepcącemu,
Że w Polsce, u granicy, siedemnaście lat temu,
Rósł na drzewie nade mną ten listeczek sierocy...
Że sam go zerwałem... Tej jesieni... Tej nocy...
I wziąłem liść ze sobą na swą drogę daleką,
Co się wtedy zaczęła za tym mostem, za rzeką.
I wiodła przed oczyma tułaczego przybłędy,
To tam, to sam, to tamtędy, to tędy, to owędy...