Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Ewa Lempart, PRZYSZLI PO NAS

D eportacje sowieckie, które dotknęły setki tysięcy rodzin polskich z Ziem Wschodnich, rozpoczęły kilkuletni proces depolonizacji połowy obszaru II Rzeczypospoltej, a ludzi objętych tą zbrodniczą akcją skazywały na nędzę i poniżenie. Poniżej przedstawiamy pierwszą część wspomnień, spisanych przez osobę, która jako dziecko przeżyła koszmar pobytu na nieludzkiej ziemi.
Autorka, Ewa z Nechayów, jest siostrzenicą Tadeusza Sędzimira (Sendzimira), dziś patrona krakowskiej Huty. Wielki polski wynalazca po wrześniu ’39 znalazł się po zachodniej stronie teatru wojny, a przecież niewiele brakowało, by podzielił los swojej najbliższej rodziny, lub jeszcze gorszy – bo bezpowrotny...
    
WYWÓZKA
Przyszli po nas z 12 na 13 kwietnia 1940 roku. Była to sobota, o trzeciej w nocy. Weszło trzech enkawudzistów, odczytali nazwiska: dziadzia Ernesta1 i babci Wandy2, mamy3, moje i brata Jacka. Kazali się ubrać i w ciągu godziny spakować. Na pytanie mamy, dokąd nas zabierają, odpowiedzieli: do waszych mężów, i wolno zabrać tylko tyle, ile uniesiecie. Mój pięcioletni brat Jacek nie mógł nic unieść. Ja miałam dziewięć lat, więc wzięłam jedną z walizek, a mama drugą. Drugą ręką prowadziła prawie nic nie widzącą babcię. Nad dziadziem Ernestem, który ze zdenerwowania trząsł się cały, zlitowali się i pozwolili zostać. Początkowo babci też pozwolili, ale zjawił się naczelnik tej grupy NKWD i kazał jej się zbierać. Załadowali nas na ciężarówkę, na której już siedziała zapłakana pani z młodszą ode mnie dziewczynką. Przez prawie cały czas w Rosji mieszkałyśmy razem.
Babcia wychodząc, powiedziała: Jadę śladami moich dziadów, bo dziadkowie babci też kibitkami jechali na Sybir.
Zawieziono nas na dworzec towarowy. Pociąg, złożony z samych wagonów towarowych, stał już przygotowany. Wnętrze wagonu było brudne, w obu jego końcach stały piętrowe prycze z desek, od ściany do ściany. Mieściło się tam dziesięć osób leżących pokotem. Pod sufitem cztery zabite deskami okienka. W przejściu między pryczami stał piecyk żelazny i drewniany sedes. Do wagonu upchali ponad 40 osób. My zajęliśmy dolną pryczę, żeby babcia nie musiała się wspinać na górę – była najstarsza w wagonie. Wieczorem usłyszeliśmy jakieś hałasy i wywoływanie naszego nazwiska. To – pewnie za grubą łapówkę – Ela i ciocia Marychna podały nam przez odbitą z okna deskę dwie kołdry i trochę jedzenia. Dzięki nim nie marzliśmy w podróży i w czasie srogich syberyjskich zim.
Po dwóch dniach stania na dworcu nasz ogromny pociąg ruszył. Początkowo wieźli nas w szczelnie zaplombowanych wagonach, ale w miarę narastania kilometrów, gdzieś za Uralem, przestano przestrzegać zamykania drzwi i kto się dopchał do otwartych wrót, mógł podziwiać przesuwające się przed oczami krajobrazy: step, ogromne, niezaludnione przestrzenie. W końcu dojechaliśmy do Semipałatyńska w Kazachstanie – było to tuż przed 1 maja. Załadowali nas na ciężarówki i zawieźli do Żana Semej – Kirpicznoj Zawod nr 1, czyli cegielni.

MIEJSCE DO ŻYCIA
Zmęczeni ponaddwutygodniową podróżą nareszcie stanęliśmy na twardej ziemi. Przed oczami rozciągał się widok bezkresnej pustyni. Ani trawy, ani drzew i krzaków, tylko piach i piach. Trochę zieleni było na brzegu rzeki Irtysz, ale żeby ją zobaczyć, trzeba było iść parę kilometrów. Na horyzoncie majaczyły budynki fabryczne „Miasokombinatu”, gdzie wyrabiali konserwy dla wojska. Z drugiej strony baraki i zabudowania cegielni, ogrodzone siatką i murem. Przed cegielnią stało parę mizernych chałup, gdzie mieszkały zesłane tu rodziny rosyjskie – raczej same kobiety, bo mężczyźni zostali gdzieś odesłani. Były to pracownice cegielni.
Widziało się też twarze z wystającymi kośćmi policzkowymi i skośnymi oczami. Byli to Kazachowie, którzy początkowo wiedli tryb życia koczowniczy, ale przed wojną osiedlili się na stepie. Mieszkali blisko rzeki w domkach z gliny, prawie całkowicie zagłębionych w ziemi. Oni też pracowali w cegielni lub „Miasokombinacie”.
Poszczególne rodziny polskie dokwaterowano do mieszkających tam Rosjan. Barak dla Polaków nie był jeszcze gotowy. Mamę od razu zabrano do pracy w cegielni. Elegancka pani, która w życiu nie pracowała fizycznie, musiała po 10 godzin harować przy wyrobie cegieł.
Moje dzieciństwo się skończyło. Wprawdzie początkowo poszłam do rosyjskiej szkoły, oddalonej od cegielni o jakieś cztery kilometry, ale już po miesiącu musiałam zrezygnować, żeby opiekować się źle widzącą babcią Wandą i małym bratem. Jako dziewięcioletnia dziewczynka, nie najmocniejsza fizycznie, musiałam dźwigać do domu wiadra wody, zbierać po stepie osławiony „kiziak” (suszone odchody bydlęce) na opał, wynosić brudną wodę i w ogóle zająć się gospodarstwem.
Semipałatyńsk leży nad Irtyszem. Cegielnia była położona po drugiej stronie rzeki, 10 kilometrów od miasta, a ogromna fabryka „Miasokombinat” po tej samej stronie co cegielnia, zaraz za Irtyszem. Za ogrodzeniem, czekając na ubój, koczowały całe stada bydła. Czasem były to byki, ale przeważnie bizony, ogromne i groźne, podobne do naszych żubrów. Zostawiały nam na ziemi kiziaki, więc o ten rodzaj opału nie było trudno. Czasem na pryzmę odpadów wyrzucano wygotowane kości zwierząt. Zbieraliśmy to i jeszcze raz wygotowywali na domowych piecykach, żeby zdobyć trochę tłuszczu.
Mama i Jacek zaraz na początku zachorowali na krwawą biegunkę. Mamie to niedługo przeszło, ale Jacuś chorował parę miesięcy. Był tak wyczerpany, że nie mógł chodzić. Właściwie cały dzień spędzał siedząc na glinianym nocniku. Lekarka zaleciła mu dietę z sucharków, a do dyspozycji mieliśmy tylko kartkowy chleb żytni z otrębami. Lecz raz Rosjanka dała mu kawałek białego świeżego chleba, upieczonego przez siebie. Mama myślała, że to go już wykończy, a tymczasem biegunka ustała i Jacuś zaczął wracać do zdrowia.
Pod koniec lata skończyli budować polski barak. Składał się z 15 kwater. Do każdej kwatery prowadziły drewniane schody ze wspólnego, długiego, a bardzo wąskiego korytarza. Ściany były cienkie, z pojedynczej cegły, zamiast podłogi – klepisko i małe, nie otwierane okno. Nie było sposobu ogrzania w zimie tego pomieszczenia. Było tak zimno, że w nocy zamarzała woda w wiadrze, a ziemniaki zgromadzone na zimę, pomimo że trzymaliśmy je w łóżku pod głowami, też przemarzały. W każdej kwaterze mieściły się dwie rodziny.
Właściwie nie było ani jesieni, ani wiosny. Od razu po upalnym lecie przychodziła sroga zima. Raz było ponad 50 stopni mrozu, ale przeważnie 40. Latem dochodziło do 40 stopni ciepła. Zimą wiały silne wiatry, kaleczące twarz ostrymi kawałeczkami lodu. Chodziło się z twarzą omotaną jakąś chustką, tak że tylko oczy było widać. Pewnego razu nieopatrznie odsłoniłam twarz i zaraz pojawiły się białe plamy odmrożenia. Dopiero jakiś Kazach chwycił w garść grudkę zamarzniętego śniegu i zaczął mi nim nacierać twarz, aż krew poczęła normalnie krążyć.
Ale na razie było jeszcze lato, dzieciarnia bawiła się przed naszym barakiem, gdy robotnicy podłączali do niego prąd. Naturalnie robili to bez żadnego zabezpieczenia, a na wysokości metra nad ziemią wisiał drut. Piękny, lśniący w słońcu, spodobał się mojemu bratu, chwycił go więc dwoma rączkami i w tym momencie rzuciło go na ziemię. Był biały jak kreda i przez dobre parę minut leżał nieprzytomny. Drut był pod napięciem.

Dzień za dniem
W niedzielę wynosiło się przed barak żelazne łóżka i deski służące do spania, i robiło się wielkie pluskwobicie, nalewając naftę we wszystkie zakamarki. Niewiele to jednak pomagało, bo żarły nocami niemiłosiernie. Pojawiły się też wszy.
Żywiliśmy się głównie chlebem, otrzymywanym na kartki: 40 dag na pracującego i po 20 dag na członka rodziny. Mama wysprzedawała swoje rzeczy przywiezione z Polski i kupowała za to trochę mąki lub ziemniaki. Zdobyła gdzieś szydełko i nocami podnosiła oczka w swoich jedwabnych pończochach, które potem sprzedawała Rosjankom.
Nie na długo jednak tych rzeczy starczyło, tym bardziej że trzeba było zdobyć na zbliżającą się syberyjską zimę jakieś cieplejsze ubrania. Kupiła mi więc mama „pimy” – filcowe buty do kolan, „fufajkę” – watowaną pikowaną kurtkę i takie same spodnie. Na głowę dostałam kazachską sukienną czapę z długimi nausznikami, które, gdy było cieplej, podwiązywało się do góry. Babcia i Jacek nie wychodzili z domu na mróz, więc nie potrzebowali ciepłej odzieży.
Później już nauczyliśmy się innego sposobu zarabiania paru groszy. Od Rosjanek pracujących w fabryce sukna w Semipałatyńsku kupowała mama i inne Polki wrzecionowate motki zgrzebnej szarej wełny, które te pracownice kradły i wynosiły z fabryki pod fufajkami. Z tego robiło się swetry. Ja robiłam plecy i przody, Jacek wyspecjalizował się w robieniu rękawów, mama te części rozprasowywała do normalnych wymiarów, zszywała, a czasem nawet haftowała kolorową włóczką. Tygodniowo robiliśmy dwa lub trzy takie swetry, a w niedzielę mama jeździła do Semipałatyńska na bazar i sprzedawała je Rosjankom. Dużo Polek stało na bazarze z tymi burymi swetrami i nikt się nie interesował, skąd brały na to surowiec.
W naszym cegielnianym osiedlu był jeden mały sklepik. Przeważnie nic w nim nie było, oprócz ogonka czekających na kartkowy chleb, ale parę razy pojawił się zupełnie niecodzienny towar: wory z czymś, co przypominało ogromny pęcak. Polki od razu poznały, że jest to surowa, niepalona kawa i kupiły po parę kilogramów. Potem paliły to na patelni, tłukły na kamieniu na proszek i parzyły kawę. Rosjanki myślały, że to kasza i nie mogły zrozumieć, dlaczego po całym dniu gotowania jest dalej twarda i niesmaczna. Innym razem przywieźli cały transport rakiet tenisowych, a raz udało się kupić puszkę chałwy. Do dzisiaj pamiętam rozkoszny smak na podniebieniu i nigdy żadna chałwa tak mi nie smakowała jak tamta.
Mijały smutne, szare, głodne dni, wypełnione ciężką pracą. Dla mnie, jeszcze dziecka, nie było to takie tragiczne, po prostu takie były warunki życia i musiałam się do nich przystosować. Ale dla mamy, a zwłaszcza dla babci, była to prawdziwa tragedia. Czasem przychodziły listy z Polski. Dziadzio Ernest pisał, że ma wiadomości o naszym ojcu4, iż został wywieziony do więzienia w Kijowie i że jest mu lepiej niż na Zamarstynowie, że stryj Fredzio jest na Węgrzech i że NKWD w czerwcu wywiozło też ze Lwowa na Ural naszą wierną służącą Elę. Przyszedł też list od wuja Tadeusza5, brata mamy, ze Stanów, że robi starania, by nas z Kazachstanu wydobyć, a na razie będzie pomagać paczkami. Nic z jego starań nie wyszło.
Wiadomości polityczne słabo do nas docierały. Wprawdzie można było kupić rosyjską gazetę, ale dorośli Polacy nie znali cyrylicy, a poza tym w ciągłej walce o przeżycie nie mieli czasu na interesowanie się sukcesami Niemiec. Dopiero wybuch wojny niemiecko-sowieckiej w czerwcu 1941 roku rozpolitykował małą społeczność cegielnianego osiedla. W miarę jak Niemcy posuwali się na wschód i zajmowali coraz to nowe tereny rosyjskie, tutejsi mieszkańcy, Rosjanie i Kazachowie, cieszyli się nadzieją, że dotrą aż do Kazachstanu i oswobodzą ludzi spod panowania czerwonych.
(Ciąg dalszy w następnym numerze)

1 Ernest Nechay, inż. górnik.
2 Wanda Sędzimirowa.
3 Teresa z Sędzimirów Nechayowa.
4 Wiktor Nechay (1895 Lwów – 1940 Rosja), legionista, inż. geolog, asystent na Polit. Lw., potem dyrektor polskiego gimnazjum w Bytomiu (wtedy niemieckim). Na skutek działalności na rzecz polskości musiał Bytom opuścić i objął stanowisko kustosza w Muzeum Śląskim w Katowicach. W IX1939 powrócił do Lwowa. Aresztowany i wywieziony przez sowietów, zmarł w więzieniu (?).
5 Tadeusz Sendzimir, brat Teresy Nechayowej. W czasie i po II wojnie w USA. Znakomity metalurg, patron Huty w Krakowie.


EWA LEMPART, z domu Nechay, ur. 1930 we Lwowie. Dzieciństwo spędziła we Lwowie, w Bytomiu (wtedy niemieckim) i Katowicach. W 1940 wraz z rodziną wywieziona ze Lwowa do Kazachstanu, wróciła w 1946 do Krakowa. Tu ukończyła Liceum Sztuk Plastycznych, potem Wydział Inżynierii na Politechnice Krakowskiej. Pracowała jako projektant w biurze projektowym obiektów przemysłowych, obecnie na emeryturze. Równocześnie uprawiała sport szybowcowy i jako pilotka ustanowiła rekord świata w przelocie szybkościowym (1953). Jako żeglarka dotarła do Wysp Owczych. Jej wspomnienia sportowe były publikowane.