Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

NOWE KSIĄŻKI

• Ani książka, którą na wstępie opisujemy, ani jej przedmiot nie mają bezpośredniego związku z obroną Lwowa i Ziem Wschodnich, którym poświęcony jest niniejszy numer kwartalnika. A jednak związek ten jest ze Lwowem najbliższy: Panorama Racławicka to niemal synonim Lwowa. Dzieło sztuki to nie tylko powstało i było podziwiane we Lwowie, lecz przede wszystkim było wyrazem niezwykłego patriotyzmu społeczeństwa lwowskiego, które w tamtej epoce – czwartej ćwierci XIX w., gdy odrodzenie Polski jeszcze się nie zapowiadało – stworzyło własną ofiarnością owo arcydzieło ku pokrzepieniu serc. Mamy prawo przypuszczać, że to dzieło, podobnie jak książki Sienkiewicza i obrazy Matejki, nie pozostało bez wpływu na ukształtowanie się wspaniałej postawy polskiego społeczeństwa – przede wszystkim we Lwowie i całej Galicji-Małopolski – w narodowej potrzebie, jaką była Wielka Wojna.
Książkę-album Panorama Racławicka opracował prof. Franciszek Ziejka, dziś rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Książka powstawała w trudnym czasie, wkrótce po stanie wojennym, bo wydana w 1984 r. (Krajowa Agencja Wydawnicza, Kraków), można więc powiedzieć, że i jej celem było pokrzepienie serc. Podwójnie przeto dziękujemy, Panie Rektorze.
Książka ma kilka wątków. Autor przedstawia legendę racławicką i zarazem omawia polityczne tło końca XIX wieku, na jakim powstało dzieło Jana Styki i Wojciecha Kossaka. Opowiada o tworzeniu malowidła i wielkim sukcesie, jaki odniosło. Przedstawia w końcu burzliwe dzieje Panoramy w latach II wojny i po niej, zanim na nowo wyeksponowano ją we Wrocławiu.
Tu dodajmy od siebie, że szczęśliwie się stało, iż ten lwowski skarb historii i kultury dotarł właśnie – za lwowianami – do polszczącego się Wrocławia. Były różne pomysły lokalizacji: Racławice, Kraków. W Krakowie argumentowano, że Racławice blisko, że Kościuszko tu przysięgał. Pięknie, ale gdyby Panoramę umieszczono w Krakowie, i tak pełnym dzieł sztuki i pamiątek, rychło by zapomniano, skąd się ona tu wzięła. Kto i gdzie ją zainicjował, kto zorganizował i sfinansował gigantyczne przedsięwzięcie artystyczne i budowlane. Gdzie ją namalowano i gdzie się znajdowała przez pół wieku. We Wrocławiu tego zapomnieć nie sposób, bo przecież podobne polskie dzieło sztuki w 1894 roku tam powstać nie mogło. Pan Bóg łaskaw...
Na zakończenie przytoczmy kilka zdań z tekstu prof. Ziejki (str. 9):
[...] szczególniejszej rozwagi wymagała decyzja o przystąpieniu do malowania pierwszej polskiej panoramy, a taką była właśnie Panorama Racławicka. Jaka była zatem geneza tego obrazu, czy jego pomysł zrodził się przy biurku, za którym zasiedli dwaj przedsiębiorczy malarze i grono finansistów – jak to niejeden raz przedstawiali przeciwnicy Racławic? Przyjęcie takiej tezy świadczyłoby nie tylko o braku jakiegokolwiek rozeznania w realiach społeczno-politycznych przełomu wieków XIX–XX, ale nade wszystko – w przemianach naszej świadomości narodowej. Panorama Racławicka nie była jedynie rezultatem decyzji przypadkowo podjętej przez grono światłych mieszkańców Lwowa, ale ważnym etapem przemian w naszym myśleniu o przeszłości narodowej, a także – o teraźniejszości i przyszłości. Była ważnym ogniwem procesu „uobywatelniania” ludu wiejskiego, dowodem żywotności idei odrodzenia Polski wysiłkiem całego narodu. Poszukując jej genezy, trzeba cofnąć się daleko wstecz, ku dniom insurekcji kościuszkowskiej, a przede wszystkim – ku latom kształtowania się legendy o tej insurekcji. Taka perspektywa winna pomóc w zrozumieniu wagi tego przedsięwzięcia i znaczenia, które wybiega daleko poza ramy tradycyjnie przypisywane dziełom sztuki.
Przypomnijmy jeszcze, że o lwowskiej Wystawie Krajowej z 1894 r., której częścią składową była Panorama Racławicka, pisaliśmy w CL 2/95.
Miło nam zwrócić uwagę Czytelników, że autorem opracowania graficznego książki-
-albumu Panorama Racławicka jest p. Bohdan Prądzyński, który opiekuje się stroną graficzną także naszego kwartalnika, od początku jego istnienia.
Książki dawno nie ma w księgarniach. Pozostawałyby jedynie antykwariaty.
    
• W zeszłorocznym numerze specjalnym (CL S/98) pisaliśmy – z okazji 150. rocznicy – o Wiośnie Ludów we Lwowie. Pominęliśmy wtedy omówienie ważnego i ciekawego materiału historycznego, jakim jest pamiętnik Aleksandra Batowskiego: Diariusz wypadków 1848 roku (wyd. ZN im. Ossolińskich, Wrocław 1974), przygotowany do druku przez nieżyjącego już prof. Mariana Tyrowicza, znakomitego historyka lwowskiego, osiadłego po II wojnie w Krakowie i związanego z tutejszą WSP.
Aleksander Batowski (1799–1862) urodził się we Lwowie, był synem Jana, właściciela dóbr Kulików, Udnów i Doroszów w Żółkiewskiem, oraz Barbary z Odrzywolskich. Był historykiem, wydawcą, bibliofilem-kolekcjonerem. Brał żywy udział w życiu politycznym, kulturalnym i towarzyskim Lwowa swojego czasu. Rękopis jego pamiętnika znajdował się przed II wojną w Bibliotece Baworowskich we Lwowie (pisaliśmy o tej książnicy w CL 3/99), po wojnie zaś znalazł się w Bibliotece Narodowej w Warszawie.
Prof. Tyrowicz uważa, że mało jest źródeł o tak bogatej i niejednokrotnie rewelacyjnej treści, jak dziennik Batowskiego. Autor omawiając wydarzenia, wyraża swoje poglądy i refleksje odnośnie do polityki, ale także treści obyczajowej i kulturalnej, charakteryzujące towarzystwo lwowskie oraz znanych i zapomnianych ludzi, ich życie i działanie, oddając w ten sposób nie tylko fakty historyczne i ich ocenę, ale również klimat epoki we Lwowie tamtego czasu.
Książka może być dostępna jedynie w antykwariatach.

• Oficyna wydawnicza „Ajaks”, działając na zlecenie Zarządu XII Sztabu Generalnego WP, wydaje serię publikacji, zatytułowaną Boje polskie. Ósmą pozycją tej serii jest Lwów 1–22 listopada 1918 roku, a jej autorem Jeremiasz Ślipiec (Pruszków 1997). Jest to zwięzły i rzeczowy wykład o historii tamtych niezwykłych trzech tygodni, które zadecydowały o przyszłości Lwowa – choć tylko na lat dwadzieścia. Tylko tyle, bo ów naturalny, ukształtowany w konsekwencji rozpadu XIX-wiecznych imperiów zaborczych, historycznie uzasadniony kształt Europy – został pogwałcony przez dwa nowe zbrodnicze imperia. I choć oba się rozpadły, jedno prędzej, drugie później, konsekwencje podbojów tu i ówdzie trwają nadal.
Książka Ślipca została bardzo atrakcyjnie wydana (duży format, kredowy papier, twarda okładka z obrazem Wojciecha Kossaka Obrona cmentarza) i doskonale nadaje się na prezenty, zwłaszcza dla młodych ludzi.
Wypadałoby tylko sprostować drobny, lecz przykry błąd w nazwisku Pani, która wskazała trumnę ze szczątkami Nieznanego Żołnierza do Grobu w Warszawie. Jej nazwisko brzmi Zarugiewiczowa (a nie Zurgiewiczowa). Pisaliśmy o niej w CL 3–4/95.
Warto też zwrócić uwagę, że jednym z członków komitetu rozjemczego (s. 21) był dr Ernest Adam, a nie Adam Ernest, jak napisano – bo wszystkie inne osoby wymieniono w takim układzie: najpierw imię, potem nazwisko. Adamowie to znana i godna rodzina lwowska.
Na zakończenie cytat z ostatniej strony książki:
Z szeregów bohaterskich obrońców Lwowa wywodzili się [...] późniejsi sławni dowódcy Wojska Polskiego, którzy w latach II wojny światowej na różnych jej frontach dali przykład żołnierskiego kunsztu i bezgranicznego patriotyzmu. Nie sposób wyliczyć ich wszystkich [...].
Książkę można nabyć w księgarniach naukowych.

• Niezwykle ciekawe i mało znane szerszemu ogółowi informacje można znaleźć w książce Ludwika Mroczka pt. Spór o Galicję Wschodnią 1914–1923. (Wydawnictwo Naukowe WSP, Kraków 1998). Z sześciu rozdziałów w niej zawartych nas zainteresował najbardziej pierwszy: Przedmiot sporu: Galicja Wschodnia, terytorium i ludność, przynoszący sporo wiadomości statystycznych, opartych na źródłach, praktycznie zwykłemu zjadaczowi chleba niedostępnych. Dalsze rozdziały omawiają problematykę zbrojną i dyplomatyczną, a więc sprawy przynajmniej w ogólnych zarysach znane. A jednak warto z tych rozdziałów to i owo wynotować.
Autor określa przede wszystkim, co to była Galicja Wschodnia, interesuje go więc (nas też) rozgraniczenie Galicji Wschodniej od Zachodniej. Wyjaśnijmy przeto, że o ile oczywista jest granica południowa – łańcuch karpacki i granica wschodnia – rzeka Zbrucz, o tyle jako umowną należy traktować granicę północną – z Wołyniem (w skład Galicji wchodził np. Zbaraż, wcześniej zaliczany do Wołynia, ale sprawę niejako przypieczętowały granice zaborów austriackiego i rosyjskiego), a jeszcze bardziej – zachodnią. Wyjaśnienie tej ostatniej właściwie nie było nigdy nikomu potrzebne, bo od wieków nie było tu żadnego podziału, z wyjątkiem okresu Księstwa Halickiego w średniowieczu, lecz i wtedy ścisłych granic w naszej części Europy nie znano.
Dla nas niejako ideową granicą między wschodnią a zachodnią Galicją-Małopolską jest San, co oczywiście nie ma żadnego związku z rozgraniczeniami administracyjnymi (tak jak z obecną sztuczną granicą pojałtańską). Autor do celów swojego opracowania przyjmuje więc jedyny ówczesny podział austriacki – niejako biurokratyczny: na okręgi sądowe, lwowski i krakowski. Po stronie wschodniej pozostawały więc powiaty graniczne: jarosławski, brzozowski, przemyski i sanocki. Poza powiatami nie było wtedy w Galicji żadnych wyższych jednostek administracyjnych (typu guberni – jak w zaborze rosyjskim, lub województw – te powstały dopiero w Polsce odrodzonej).
Ogólna powierzchnia Galicji wynosiła 78 450 km2, z tego część wschodnia liczyła 55 340 km2, czyli 70,5%. W 1910 r. Galicję zamieszkiwało 8 044 000 mieszkańców, z czego w części wschodniej 5 336 000. Gęstość zaludnienia wynosiła 102 osoby na km2  (w części zachodniej 115, a wschodniej 96). Był to więc kraj, jak na owe czasy, gęsto zaludniony.
Galicję Wschodnią zamieszkiwały dwie zasadnicze grupy narodowościowe i wyznaniowe (razem stanowiły nieco poniżej 90%), ale uwaga! – odsetki odnoszące się do deklarowanej narodowości, języka i wyznania wcale się nie pokrywały. W dodatku z biegiem lat, w epoce autonomii galicyjskiej i okresu międzywojennego, wszystkie parametry ewoluowały w kierunku polskości i łacińskiego obrządku. Dodajmy od siebie, że zjawisko to było związane z dążeniem do awansu cywilizacyjnego i kulturalnego (szczególnie w miastach), pomimo szerzącego się w XIX w., podsycanego przez Austriaków, nacjonalizmu ukraińskiego. Autor przypomina, że politycznie jednak i państwowo społeczeństwo ruskie w Galicji Wschodniej zasymilowało się zupełnie z ideą państwową polską i aż do r. 1830 przeżywało i razem z Polską odczuwało silnie całą polską tragedię rozbiorów.
Autor przedstawia następnie zderzenie polskich i ukraińskich aspiracji terytorialno-politycznych, aż do konfrontacji zbrojnej w 1918 r. Tu warto zatrzymać się nad sprawą mało nam znaną – rolą Czechosłowacji, i to od samego zarania jej istnienia (1919 r.). Cytujemy:
Dążenia emancypacyjne Łemków uzyskały następnie kuratora w Pradze. Czechosłowacka penetracja Łemkowszczyzny i inspirowanie agitacji za jej przyłączeniem do Czechosłowacji prowadzone były w ramach ogólnej akcji pozyskania Karpatorusinów, ale w danym przypadku miano także na uwadze przejęcie kopalni naftowych na Podkarpaciu. [...]
Oddziały czechosłowackie operujące na Orawie według informacji PKL zaopatrywały w broń niektóre gminy łemkowskie, a w lutym 1919 r. kolportowano w Pradze deklarację Ruskiej Rady ogłaszającą autonomię Łemkowszczyzny w granicach Republiki Czechosłowackiej. Bezskutecznie natomiast próbowano zainteresować sprawą Łemkowszczyzny konferencję pokojową w Paryżu.
I jeszcze:
Kwestia ukraińska w polityce wschodniej Czechosłowacji była podporządkowana nader ambitnym celom ogólniejszym. Wśród nich na pierwszym miejscu było dążenie do utworzenia wspólnej granicy z Rosją, odpowiadające także czechosłowackim interesom ekonomicznym. Granica ta miała ułatwić Czechosłowacji zajęcie dominującej pozycji w Europie środkowej. Z tego punktu widzenia stan przejściowy w Galicji Wschodniej był dla Pragi korzystniejszy niż polska tam stabilizacja, urealniał bowiem przyłączenie Łemkowszczyzny atrakcyjnej z powodu jej pól naftowych. Tocząca się wojna polsko-ukraińska umożliwiała bardzo korzystny eksport broni dla potrzeb Halickiej Armii w zamian za ropę naftową nabywaną po cenach o wiele niższych od cen na rynku światowym. Handel naftą związany był również z czeskim eksportem do Galicji [...], który [...] uzyskał wymiar monopolu, łatwiejszego do utrzymania w stosunkach z ZURL [Zachodnio-Ukraińskiej Republiki Ludowej] niż z Polską, główną zawadą wielkości i znaczenia Czechosłowacji w Europie Środkowej. Chociaż więc w końcu pod presją biegu wydarzeń pogodzono się nad Wełtawą z obecnością Polski we wschodniej Galicji, bynajmniej nie zaprzestano wspierania ukraińskiego ruchu narodowego.
Książka, jak widać, jest obiektywnie napisana. Oznacza to, że nie jest pisana z pozycji antypolskich, co się ostatnio nader często zdarza naszym (?) europejczykom.
Książka do nabycia w księgarniach naukowych.

• Ważnym składnikiem najnowszych, XX-wiecznych dziejów Polski, a w szczególności ziem wschodnich, w tym Małopolski Wschodniej, są i pozostaną d e p o r t a c j e, dokonywane przez sowieckich okupantów w latach II wojny. Sowieci nie byli wynalazcami tej formy ucisku nie tylko podbitych narodów – także swoich własnych obywateli, Rosjan nie wyłączając. Stosował to szeroko carat – jakże mocno odcisnęły się w naszej pamięci narodowej zsyłki po powstaniach 1831 i 1863 r. (i nie tylko) i złowroga nazwa Sybiru. Sowieci, zgodnie ze swoją ideologią, nie znającą hamulców moralnych, a z drugiej strony dysponując innymi możliwościami technicznymi (transportowymi), doprowadzili do swoistej perfekcji nieludzkie przerzucanie rzesz ludzkich na nieludzką ziemię nieprzyjazną dla mieszkańców Europy i niemal nie zagospodarowaną. Wśród budzących dreszcz zgrozy nazw geograficznych pojawiły się nowe – dla nas głównie K a z a c h s t a n.
Polsce, poza nieszczęsnymi narodami zaanektowanymi przez Rosję carską i sowiecką, przyszło złożyć największą ofiarę ludzkiego nieszczęścia. Trudno znaleźć rodzinę z ziem wschodnich, z której większa lub mniejsza część nie została wywieziona – nie mówiąc nawet o jeńcach i aresztowanych – w ciągu tych dwóch niespełna lat stalinowskiej okupacji. Z tych niemała część – przeważnie starcy i małe dzieci – zginęła, nie przystosowana do tamtejszych warunków bytowych, braku elementarnych zdobyczy cywilizacyjnych, a nawet  do klimatu.
Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego (1997) dało nam zbiorową pracę pod redakcją Stanisława Ciesielskiego, pt. Życie codzienne polskich zesłańców w ZSRR w latach 1940–1946. Studia. Poszczególne części tej książki, napisane przez czterech autorów, omawiają najpierw zasady i tryb deportacji oraz liczebność i rozmieszczenie zesłańców, warunki egzystencji (od wyżywienia po mieszkanie), pracę zesłańców, stan zdrowia, życie religijne i nastroje polskich skupisk, a z drugiej strony stosunek władz i miejscowej ludności do osadzonych tam Polaków.
Książką zainteresują się na pewno (jeśli nie woleliby raczej o tym zapomnieć) ludzie, którzy to przeżyli na własnej skórze, a także ich potomkowie. Polecamy ją także tym mieszkańcom centralnej Polski, którzy żyją w głębokim przeświadczeniu, że to oni byli najbardziej skrzywdzeni w czasie II wojny.
Książka do nabycia w księgarniach naukowych lub w wydawnictwie.

• Władysława Żołnowskiego Matka Boża Buszczecka i jeźdźcy Apokalipsy (wyd. Polihymnia, Lublin-Opole 1998) to kolejna książka o bestialstwie nacjonalistów ukraińskich – przez co wcale nie należy rozumieć wyłącznie UPA – we wsi Buszcze nad Złotą Lipą (między Dunajowem a Brzeżanami). Autor pochodzi ze wsi Rohaczyn-Miasto, a z dramatem pobliskiego Buszcza i okolicznych wsi (listopad 1943 – kwiecień 1944) zetknął się najpierw jako 11-letni chłopiec, słuchając relacji osób dorosłych. Jako już starszy człowiek sam podjął badania nad tragicznymi wydarzeniami. Rozmawiał z dziesiątkami świadków, przestudiował liczne dokumenty i relacje, obejrzał miejsca wypadków. Zestawił je w logiczny ciąg, a na końcu książki zamieścił listy zamordowanych w Buszczu i okolicy.
Parę stron poświęca Żołnowski staremu obronnemu kościołowi buszczeckiemu, który miał odegrać jeszcze raz swoją rolę w obronie zagrożonej ludności. Ukraińcy jednak okazali się bardziej bezwzględni od Tatarów...
Książka do nabycia w oddziałach TMLiKPW.

• Kolejna książka z coraz liczniejszej serii wspomnień ludzi, którzy przeżyli dramat sowieckich łagrów, to Więzień Gułagu Jana Mironowicza (Gorzów Wkp. 1998). Autor urodził się w 1922 r. w rodzinie chłopskiej w Wołkowie k. Lwowa (16 km od Sichowa). Wychowywał się częściowo tam, częściowo we Lwowie. We Lwowie też był uczniem Kollegium oo. Reformatów przy ul. Janowskiej, nie wstąpił jednak do zakonu.
Z tamtego czasu zwróciły moją uwagę dwa fragmenty, o całkiem różnym charakterze. Pierwszy: matka autora, która ukończyła szkołę dwuklasową, stale czytała książki i gazety. Natomiast we wsi, 70 km od Krakowa, do której ja obecnie jeżdżę na weekendy i wakacje, książki ani gazety – w siedem-osiem dziesiątków lat później – nie uświadczysz, mimo że nauka trwa dziś 8 lat. Są, owszem, kosztowne telewizory, ale to nie z zamiłowania do kultury. Ten szczegół warto zadedykować niektórym krakowianom (starszego pokolenia), którzy jeszcze do niedawna z lekceważeniem traktowali tych zza Buga. Różnice na korzyść ludzi stamtąd obserwuję od lat.
Drugi szczegół: autor miał w Wołkowie bliskiego kolegę dziecinnych zabaw, Ukraińca Kornylaka (którego matka była w dodatku chrzestną matką autora). W 1940 r. ten sam Kornylak zadenuncjował i wskazał enkawudzistom 18-letniego Mironowicza, który za spisek przeciw ZSRR został zesłany do łagrów, a do Polski powrócił po 15 latach. To wydarzenie również można uogólnić, choć bywało też inaczej.
Autorowi można wytknąć to i owo. Pisze m.in.: Lwów przed wojną liczył 360 tys. mieszkańców. Nie popełnię błędu, jeśli powiem, że było 120 tys. Polaków, 120 tys. Żydów, a na następne 120 tys. przypadali Ukraińcy, Ormianie oraz inne mniejszości narodowe, których w ówczesnej Małopolsce było bardzo dużo. Otóż jest to poważny błąd, a wystarczyło sięgnąć do dostępnego źródła. Rocznik Statystyczny z 1939 r. podaje dla Lwowa wg zadeklarowanego języka (po przeliczeniu na procenty): polski 64%, ruski (ukraiński) 11%, żydowski i hebrajski 24%, zaś wg wyznania: rzym.kat. 50,5%, grekokat. 16%, mojżeszowe 30% (reszta – inne). Jeżeli więc chodzi o narodowość, przytoczone dane należałoby wypośrodkować. Drugi błąd polega na stwierdzeniu, że innych mniejszości narodowych było bardzo dużo. Otóż wcale nie – innych (poza wymienionymi wyżej) były ilości śladowe.
Ważnym elementem książki Mironowicza jest opis wydarzeń w Wołkowie w pierwszym okresie sowieckiej okupacji, oraz dalsze losy jego mieszkańców.
Mironowicz spędził tragiczne lata na nieludzkiej ziemi. Zetknął się z sytuacjami wprost niewiarygodnymi dla ludzi, którzy nie poznali bolszewizmu, nałożonego na styl wychowania całych pokoleń w tamtej części świata. Autor nie jest jednak źle usposobiony do Rosjan i innych nacji tam żyjących – widzi w nich ludzi głęboko nieszczęśliwych, których cierpienie zostało wpisane w koleje życia. Ożenił się z rosyjską dziewczyną, tak samo prześladowaną, jak on sam.
Swoje wspomnienia spisał dla wnuków. Bierzmy przykład (ale bez błędów).
Książka do nabycia w oddziałach TMLiKPW.

• Jednym z ostatnich dzieł (a może ostatnim) znakomitego badacza dziejów Lwowa pierwszej połowy XX wieku, w tym obu wojen, Artura Leinwanda, było opracowanie odnalezionych w ostatnich latach materiałów z września 1939 r. i niedawno – pośmiertnie – wydanych pt. Dokumenty obrony Lwowa 1939 (wyd. Instytut Lwowski, Warszawa 1997).
Spory ten tom zawiera 204 dokumenty – rozkazy, instrukcje, notatki, meldunki i sprawozdania oraz inne dokumenty, obrazujące dzień po dniu (8–22 IX) sytuację oblężonego Lwowa w najróżniejszych przejawach. Obok dokumentów czysto wojskowych, w dużej części o wadze historycznej, są i mniej zasadnicze, lecz szalenie ciekawe, jak np. notatka z fonogramu, przekazującego prośbę premiera Składkowskiego do gen. Langnera o wyewakuowanie zakwaterowanych w majątku Borki k. Brzuchowic dzieci polskich z Gdańska – do Kołomyi. Ciekawa to sprawa – czy zostały one wcześniej wysłane z Gdańska na skutek działań wojennych? Co się z nimi potem stało? Może ktoś wie?
Książka jest przeznaczona oczywiście dla historyków profesjonalnych, ale sięgną do niej na pewno liczni nieprofesjonaliści, którzy interesują się drugą wojną. Warto jeszcze dodać, oryginały tych dokumentów zostały po zakończeniu działań wojennych we Lwowie ukryte w Ossolineum, a stamtąd w 1944 r. zabrane przez pracującego tam p. Bronisława Kocowskiego i wywiezione ze Lwowa. Rodzina zmarłego w 1980 r. B. Kocowskiego przekazała je już w latach 90. docentowi Leinwandowi. I on nie doczekał ich wydania – uczyniła to jego córka, też historyczka, p. Aleksandra J. Leinwand (wspomnienie o Arturze Leinwandzie – patrz CL 3/96).
Książka dostępna w Instytucie Lwowskim, Warszawa.

• Harcerkom m.in. Chorągwi Lwowskiej poświęcona jest praca Anny Zawadzkiej pt. Harcerstwo żeńskie na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej 1911–1945 (wyd. Stow. „Wspólnota Polska”, Warszawa 1999). Autorka – warszawska harcmistrzyni – opierając się na zebranej bogatej dokumentacji (także fotograficznej) prowadzi przez dwie wojny światowe i zawarte między nimi twórcze dwudziestolecie. Książka ma charakter źródłowy – omawia przede wszystkim zagadnienia organizacyjne w czterech wschodnich chorągwiach: wileńskiej, poleskiej, wołyńskiej oraz lwowskiej, od której cała praca się rozpoczęła (wydatnej pomocy autorce udzieliła w tym względzie Wanda Tomaszewska z Lwowskiej Chorągwi Harcerek). Porusza aspekty polityczne i społeczne, duszpasterskie i wychowawcze, sprawnościowe oraz wojenną służbę i bohaterstwo.
Trzeba na marginesie przypomnieć, że w r. 1983 Państwowe Wydawnictwo Naukowe (Warszawa) dało już drugą poprawioną i uzupełnioną edycję zbiorowego opracowania pt. Harcerki 1939–1945 (tom II z podtytułem Relacje – pamiętniki), pod red. Krystyny Wyczańskiej (tom I pod red. Marii Straszewskiej). W t. I znajduje się króciutki podrozdział Chorągiew lwowska (podobnie jak o pozostałych wschodniopolskich chorągwiach – w rozdziale Działalność chorągwi). W innych rozdziałach nazwa Lwowa pojawia się paręnaście razy (podczas gdy Krakowa parokrotnie więcej, a o Warszawie mowa nieustannie), nazwy Stanisławowa, Tarnopola czy Stryja 1–3 razy. Można więc powiedzieć, że Małopolska Wschodnia została potraktowana po macoszemu (z braku materiałów?)
Podobnie skromnie ilościowo przedstawiają się relacje i pamiętniki ze Lwowa i Stanisławowa (8 tekstów, w tym dr J. Winowskiej). Dobrze więc, że nowa książka Anny Zawadzkiej rekompensuje w jakiejś mierze ów niedosyt.
Książka dostępna w księgarniach o profilu naukowym.
Stefan S. Łukowski

• Związek Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego wydał w Oficynie Wydawniczej „W Misji” ks. dr. ppłk. Józefa Zator-Przytockiego Pamiętniki z lat 1939–1956. Otrzymaliśmy następną relację o martyrologii narodu polskiego, spisaną przez księdza, pochodzącego z naszych kresów południowo-wschodnich. Poszerza ona wiedzę o tym okresie naszych dziejów, zarysowaną już przez księży J. Anczarskiego, A.F. Studzińskiego, W. Szetelnickiego, W. Urbana, J. Wołczańskiego i wielu innych. Pamiętniki ks. Zatora tym bardziej zasługują na uwagę, że obejmują również powojenne lata represji stalinowskich.
Autor urodził się w 1912 r. w Wicyniu, powiecie złoczowskim. Tam ukończył szkołę powszechną, potem gimnazjum w Złoczowie. W r. 1930 wstąpił na Wydział Prawa UJK, ale wierny swym dawnym marzeniom, przeniósł się do Seminarium Duchownego przy ul. Czarnieckiego. Barwnie opisuje te studia i swoich wychowawców. Po święceniach kapłańskich (1935) pracował w parafiach w Delatynie i przy Kolegiacie w Stanisławowie. Tutaj zastała go wojna. Od pierwszych dni okupacji sowieckiej włączył się do pomocy ludziom prześladowanym przez NKWD. Zorganizował wydawanie nowych dokumentów, przygotowywał drogi przerzutowe do Rumunii i na Węgry, udzielał pomocy uchodźcom.
Na kartach pamiętnika znajdujemy szczegółowe opisy ówczesnego życia polskiego społeczeństwa, pierwsze fazy terroru, sfałszowane wybory i ogólną biedę. Działalność księdza nie uszła uwagi NKWD, za zgodą więc abpa Twardowskiego przeszedł zieloną granicę do GG. Osiadł w Krakowie i przyjął pracę kapelana w kościele ss. Wizytek. Brał udział w tajnym nauczaniu. Włączywszy się w pracę konspiracyjną, rozmównicę klasztorną wykorzystywał jako punkt kontaktowy AK. Z polecenia abpa Sapiehy został mianowany dziekanem duszpasterstwa Okręgu AK Kraków. Odwiedzał oddziały partyzanckie, utrzymywał przez cały czas kontakty z przybywającymi do Krakowa działaczami konspiracji z terenów wschodnich. Dzięki ks. Machayowi, wtedy proboszczowi na Zwierzyńcu, uzyskał wgląd do ksiąg metrykalnych, wystawiając metryki na nazwiska ludzi zmarłych. Przez kurierów były one przesyłane do Lwowa i dzięki nim wielu ludzi stamtąd uratowało się przed wywiezieniem na Sybir, starając się o „powrót do stron ojczystych”.
Po 18 stycznia 1945 ks. Zator wraz z komendantem Okręgu i szefem sztabu AK stanowili trójkę likwidacyjną ogromnej machiny konspiracji AK. Sytuacja pogarszała się, władze atakowały i oczerniały Armię Krajową, nastąpiły aresztowania. Dezorientacja objęła nawet najwyższe sfery kościelne i cywilne. Zagrożony przez NKWD, ks. Zator uciekł do Katowic, potem do Gdańska. Urzędujący tam jeszcze bp Splett mianował go proboszczem parafii we Wrzeszczu. Ks. Zator podjął odbudowę zniszczeń, a równocześnie sfinalizował swój doktorat na uniwersytecie toruńskim. Został jednak w 1948 r. aresztowany.
Był torturowany i skazany na lat osiem, więziony we Wronkach. W swym pamiętniku opisuje ks. Zator szczegółowo metody śledztwa SB, które doprowadziły go do kalectwa. Wymienia wielu znanych ludzi, którzy też byli więzieni – we wstępie do książki napisano: Na kartach pamiętników odnajdujemy nazwiska elity naszego społeczeństwa – więźniów poltycznych PRL.
Po wyjściu z więzienia nadal był szykanowany, w końcu jednak (po październiku ’56) uniewinniony, został proboszczem bazyliki NPM w Gdańsku. W latach 70. rozpoczął spisywanie wspomnień, a po utracie wzroku – ich dyktowanie.
Pamiętnik ks. Zatora jest poważnym dokumentem historycznym, opisującym jedynie to, co autor sam przeżył, a jako że brał udział w działaniach o znaczeniu historycznym i współpracował z ludźmi, liczącymi się w historii najnowszej, jego wartość jest bardzo wysoka. Trzeba tylko żałować, że został dość niedbale zredagowany. Gdyby przygotowywano następne wydanie (zresztą trzecie, bo pierwsze było w 1987 r., przez Inicjatywę Wydawniczą „Aspekt” we Wrocławiu), należałoby uporządkować i logicznie ponumerować rozdziały, uzupełnić aparat naukowy, sporządzić indeks nazwisk oraz krótkie bodaj biogramy wspominanych działaczy. W słowie wstępnym R. Kmiecika użyto dwukrotnie nazwy SS Hałczyna, podczas gdy powinno być SS Hałyczyna. Nazwa ta stanowi ukraińską wersję nazwy powołanej przez Niemców w 1943 r. 14 SS Schuetzen Division Galizien, w skrócie SS Galizien.
Książka do nabycia w księgarniach naukowych oraz w wydawnictwie.
Konrad Sura


Jest co czytać (11)
Prawda nade wszystko
W piśmie naszym ostatnio parokrotnie przytaczaliśmy niedoważone i niegodne wypowiedzi niektórych gorliwych publicystów (także z Krakowa, a jakże), usiłujących – w imię czego? – pomniejszyć, albo nawet pominąć bezmiar zbrodni, dokonanych przez ukraińskich nacjonalistów na polskiej ludności Wołynia i wschodniej Małopolski w czasie II wojny światowej i krótko po niej. Rzeź Polaków, która ze szczególnym natężeniem w latach 1943–45 obejmowała całe wsie polskie i polskie rodziny, zamieszkujące wsie mieszane, miała charakter – nigdy nie było co do tego wątpliwości – zaplanowanej czystki etnicznej. Jest rzeczą charakterystyczną, że pojęcie czystki etnicznej rozpowszechniło się dopiero w latach powojennych, gdy podobne rzezie zaczęły mieć miejsce w okresie – w zasadzie – ogólnego pokoju, a więc lepiej widoczne na tle względnej ciszy. Tamte wydarzenia, które na naszych ziemiach wschodnich pochłonęły nie mniej ofiar niż niedawne w Bośni lub Afryce, a ostatnio w Kosowie, i nie mniej od tamtych okrutne – nie mogły zrobić na świecie większego wrażenia, gdy toczyła się największa z wojen ludzkości.
Co usprawiedliwia zapominanie o rzeziach na południowo-wschodnich obszarach naszego kraju, nawet gdy aktualna polityka nakazuje utrzymanie dobrosąsiedzkich stosunków z państwem Ukraina, podobnie jak z Niemcami czy Rosją? Nikt przecież nie proponuje, by zacierać ślady obozów koncentracyjnych i innych zbrodni hitlerowskich, a zbrodnie stalinowskie – Katyń czy deportacje – są dopiero w ostatnich latach sprawiedliwie nagłaśniane.
Bezprzykładne w swej bezduszności wypowiedzi wspomnianych publicystów są tym bardziej niezrozumiałe, że na temat rzezi ukraińskich narosła już niemała literatura dokumentacyjna. A więc ignorancja? Niekompetencja, jak niestety w wielu innych dziedzinach?
Od szeregu lat ukazują się liczne książki wspomnieniowe z tamtego obszaru i tamtego czasu – rejestrujemy je, w miarę możliwości, także w naszym kwartalniku. Piszą je ocaleli świadkowie rzezi, w tym księża, mający szersze rozeznanie z terenu swoich i sąsiednich parafii. Pisali wreszcie, i nadal piszą, profesjonalni historycy, choć jest ich jeszcze za mało.
Ową więc lukę pożytecznie wypełnia czasopismo, ukazujące się od 1992 r. we Wrocławiu: Na Rubieży, a wydawane przez Stowarzyszenie Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów. Jest ogromną zasługą zespołu redakcyjnego, któremu przewodzi Szczepan Siekierka (rodem z Podhajec), zbieranie i publikowanie dokumentacji krwawych wydarzeń z obszaru, na którym działały zorganizowane bandy ukraińskie. Poza województwami wołyńskim, tarnopolskim, stanisławowskim i lwowskim, ich akcje obejmowały południową część województwa poleskiego oraz wschodnie części lubelskiego i dzisiejszego rzeszowskiego (wtedy w lwowskim).
Kwartalnik nosi podtytuł: Czasopismo historyczno-publicystyczne. W jego więc części historyczno-źródłowej zamieszcza się wspomnianą wyżej obiektywną dokumentację: opisy wydarzeń, relacje świadków, dane liczbowe, wykazy nazwisk pomordowanych, mapki i fotografie. Przykładowo, w nrze 40 opisywane są powiaty: sanocki, krzemieniecki, leski (już odcinek 5!) i mościski. We wcześniejszych numerach omawiano przeważnie miejscowości i powiaty położone dalej na wschód.
Część publicystyczna obejmuje artykuły i komunikaty. Mielibyśmy niejakie zastrzeżenia do tych pierwszych. W niektórych artykułach zauważa się miejscami dość emocjonalne (skądinąd zrozumiałe) podejście do faktów, czy to historycznych, czy całkiem współczesnych (a powodów do denerwowania się jest dziś niemało). Sądzimy jednak, że wartość takiego pisma jak Na Rubieży powinna polegać – poza obiektywnym rejestrowaniem wydarzeń – na chłodnym ich analizowaniu i beznamiętnym komentowaniu.
Dobrze, że pismo dociera do wszystkich ważniejszych bibliotek krajowych, paru zagranicznych i sporej liczby zainteresowanych czytelników.
Elżbieta Mokrzyska