Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021 | 2022

Barbara Czałczyńska, FELIETON O HISTORII

W sierpniu zmarła S. Assumpta od Jezusa, niepokalanka. Miała 91 lat. W mojej pamięci jednak zachowała się jako młoda zakonnica. Było to pamiętnego roku 1939. We wrześniu ojciec odprowadzał mnie do klasztoru SS. Niepokalanek w Jazłowcu. Siostra furtianka otworzyła bramę i prosiła, by  chwilę poczekać na Mistrzynię Pensjonatu. Kiedy się owa Mistrzyni Pensjonatu ukazała, ojciec zawołał: – Coś takiego! Przecież to Marysia Sapieżanka! Skąd się pani tu wzięła? – Siostra Assumpta, bo ona to była, nieskonfudowana odrzekła: – Jak pan widzi. – Ale mój ojciec jeszcze przez wiele lat nie mógł się uspokoić.
– Jeździłem z nią na nartach, a tu nagle spotykam zakonnicę – wyjaśniał. Siostra Assumpta, niewiele się przejęła tym, co mówił ojciec, wzięła mnie za rękę i powiedziała spokojnie:
– Chodź, pójdziemy na obiad, dziewczynki są już w refektarzu. – Poczułam się pewnie i trzymając się ręki Siostry Assupty weszłam do wielkiej, sklepionej sali, gdzie siedziały już przy stołach moje przyszłe koleżanki. A potem stało się to, co się stało: historia wtargnęła w nasze życie dosyć brutalnie tamtego 17 września. Pierwszą, która zniknęła z naszego pensjonarskiego życia, była s. Assumpta. Nie było dla niej bezpiecznie pozostawać pod nowymi rządami. Potem zaczęli znikać i inni ludzie, i przyszła sroga zima. Zamarzły kałuże i woda w studniach, zamarzł i zginął pod zwałami śniegu potok płynący u stóp klasztoru. Zamarzły ogołocone z liści drzewa. I zaczęły też zamarzać ludzkie serca. Ze wszystkich kątów wypełzał mrożący krew w żyłach strach. Straszne były ciężkie kroki na schodach i nocne łomotanie do drzwi. Straszny nagły warkot motoru na opustoszałych drogach i czyjeś gdzieś głośne zawodzenie. I straszna też była ulga, kiedy dobijano się nie do naszych drzwi, tylko do drzwi sąsiada. Zdawało się, że ta lodowa pustynia rozszerza się coraz dalej i głębiej i że w ogóle nie widać znikąd jej końca.
Nieraz myślę, dlaczego akurat ten mały zakątek ziemi utkwił mi na resztę życia w pamięci. Przecież tyle po nim przebyłam krain i okolic, może nawet uchodzących za piękniejsze. Otóż ten mały świat to był ostatni przyczółek uciekającego przedwcześnie dzieciństwa. Siostry, niezależnie od tego, co się odbywało na świecie, usiłowały zachować pozory przynajmniej normalności. Urządzały zabawy, obchodziło się święta i imieniny, dzień zachowywał swój rytm. A zaraz za murem okalającym klasztor czaiły się wywózki, Syberia i Kazachstan, przedzieranie się przez granice, mniej lub bardziej udane ucieczki. I te resztki zachowanego dzieciństwa, jak płomyk lampki wiszącej pod świętym obrazem, trzeba było chronić i zachowywać na resztę życia, żeby nie zgasł.
A Siostra Assumpta? Spotkałam ją po wielu latach, kiedy lody zaczynały już trzeszczeć, a i mrozy też malały. Ale to już należy do innej historii.