Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021 | 2022

Janusz M. Paluch, PRZYSTANEK LWÓW

– Patrz, już dojeżdżamy – Ala łupie mnie w bok, a za chwilę, mijamy tablicę z napisem Lwiw.
Wtulona dotychczas w moje ramię dziewczyna ożywiła się wyraźnie. Ala czuje się w tym mieście dobrze. Nawet jak u siebie w Krakowie. Opowiadała mi kiedyś o swej rodzinie, którą wojna wyrzuciła ze Lwowa. Zawsze, gdy tu przyjeżdżała, odżywały w niej rodzinne sagi.
Do Lwowa wjeżdżamy od Dublan. Jest ciepłe słoneczne popołudnie. Wita nas kamienny lew. Ten sam, co kiedyś stał na straży Cmentarza Orląt Lwowskich. Teraz pilnuje wschodnich rogatek miasta. Niebezpieczeństwo zawsze stamtąd nadchodziło.
Samochody zjeżdżają z głównej drogi i pną się pod górę niewyobrażalnie zdewastowanymi ulicami Lwowa. Wiozą nas na miejsce, w którym powinny zaczynać się i kończyć wszystkie wycieczki po Lwowie. Po chwili stoimy na tarasie widokowym Górnego Zamku. Lwów jak na półmisku. Jeść go, smakować...
– Czy uwierzysz mi, że to miejsce kiedyś mi się wyśniło? – mówię do Ali, która patrzy na mnie pobłażliwie.
Słońce pomału chowa się za horyzont. Musimy jechać dalej.
Mkniemy w dół. Wzdłuż Łyczakowskiego Cmentarza. Widok na Cmentarz Orląt Lwowskich. Odsłonięty spod sterty śmieci krzyczy do nas mogiłami bohaterów, którzy poszli bić się o swe ukochane miasto. Nagle przejeżdżamy tuż obok mogił, przy ulicy. Groby pojawiają się też po drugiej stronie drogi. Rozjeżdżamy kołami naszego samochodu mogiły Orląt! Coś ściska w gardle...

Na cmentarz prowadzi nas Ukrainiec. Gena. Wygląda na czterdziestolatka. Mówi o sobie nacjonalista. Ważna postać. Szczyci się tym, że nie zna języka rosyjskiego. Był wielokrotnie zatrzymywany przez komunistyczne organa ścigania jeszcze za czasów ZSRR. Na przesłuchania kazał przyprowadzać sobie tłumacza z języka rosyjskiego na ukraiński. Wydaje się to tak nieprawdopodobne! W kijowskiej kawiarni płaciłem rachunek za kawę. Młode, zgrabne, tuż po szkole dziewczę przy ladzie nie rozumiało mojej polskiej mowy. I nie dziwota, wszak to było w Kijowie. Zacząłem zatem mówić po rosyjsku... Jakież to trudne!
– Izwinitie, ja nie ponimaju. Ja gawarju tolka na ukrainskom jazykie! – usłyszałem zadziwiającą odpowiedź po rosyjsku.
Na Cmentarz Orląt Lwowskich wchodziliśmy „lewym” wejściem. Nie było czasu na przejście przez Cmentarz Łyczakowski. Jakaś dziura w siatce. Gena mówił, że tak jest zabronione. Ale jemu wszystko wolno. Skoro on może, a my z nim, to i nam wolno. Genialne. Chodzimy zatem przy dawnych katakumbach. Kiedyś były w tych pomieszczeniach jakieś zakłady kamieniarskie, warsztaty samochodowe. Dzisiaj zieją pustką. Czekają na renowację.
Gdzie podziały się prochy tych bohaterów – młodych i starych, którzy szczególnie zasłużyli, by spocząć w katakumbach. Ilu ich było! O jednej, ciotecznej siostrze, opowiadał mi nieżyjący już uczestnik Obrony Lwowa. Stefania Franiszynówna była sanitariuszką. Niosła pomoc rannym. Na Persenkówce nie wahała się chwycić za ciężki karabin maszynowy, gdy jego obsługa poległa. Zginęła pod ciosami ukraińskich bagnetów. Mogiły już nie ma. Pozostała chwała. Gasnąca pamięć...
Spoglądamy z góry na rzędy mogił. Przed nami sterczą resztki pylonów. Jak ręce wyciągnięte ku niebu z błagalną prośbą o pomstę? O modlitwę? Jak wyrzut sumienia dla tych, którzy decydowali o niszczeniu tego miasta. Nie dał im rady ani materiał wybuchowy, ani czołg. Ruscy zrejterowali. Na nic zdała się złość Breżniewa. I sekretarz komitetu partii we Lwowie, który wydał decyzję o zniszczeniu cmentarza, mieszka nadal na Ukrainie i ma się dobrze. Śmie nawet przyznawać się do pochodzenia polskiego. Wot swołocz! Tylko lwy wyrzucili. Dali za wygraną! Sprofanowali cmentarz, urządzając na nim wysypisko śmieci. Wozili brudy z całego olbrzymiego miasta. I to okazało się zbawienne. Wprawdzie pracownicy krakowskiego Energopolu pod kierunkiem inż. Józefa Bobrowskiego nielicho napracowali się przy usuwaniu śmieci. Ale groby przetrwały. Proszę Alę, żeby zrobiła mi zdjęcie. Ustawiam aparat.
– Czy to wypada fotografować się na cmentarzu?! – komentuje z wyrzutem w głosie, zgarniając z czoła grzywę jasnych włosów.
– To jest takie szczególne miejsce... – tłumaczę się.
Nie zwraca uwagi na to, co mówię. Przykłada aparat do oka. Znowu coś tam ustawia, co powoduje moje obawy, czy fotografia się uda. Podnoszę w proteście rękę. W końcu bez przekonania naciska spust migawki. I utrwala mnie w dość dziwnej pozie.
Zauważam, że już nikt się nie uśmiecha. Nawet Ala.
Rozpraszamy się po cmentarzu. Każdy w swoją stronę. Mogiły. Mogiły. Łza kręci się w oku. Tu 13-letni zginął za Ojczyznę. Tam 18-latek oddał życie za Polskę. Wśród mogił spotykam pana Jana B. Opowiadał o robotnikach krakowskiego Energopolu. To dzięki nim możemy chodzić dzisiaj pomiędzy mogiłami. Ze łzami w oczach wspominał nieodżałowanej pamięci Józefa Bobrowskiego, dyrektora krakowskiego Energopolu. Teraz pomału odsłaniane są groby przy katakumbach. Fotografuję niedawno odkopaną płytę nagrobną z mogiły gen. Wacława Iwaszkiewicza. Tam widać, że mogiła musiała być naruszona. Może to robota spychacza? A może zrzucona została przez gąsienice skręcającego czołgu? Teraz trwa powolna rozbiórka ścian w katakumbach. Daj Boże, niebawem rozpocznie się ich rekonstrukcja. Wszystko w rękach Boga, miejscowych władz, ale i w portfelach Polaków.
Rodacy zawsze kupują „cegiełki”, które sprzedawał pan Jan. Zauważyłem je dopiero u Ali. Też kupiła. Nie widziałem kiedy.
– Co to za widokówka?– zapytałem naiwnie.
– Cegiełka na odbudowę Cmentarza Orląt – odpowiedziała z przyganą w głosie.
– Nie widziałem, jak kupowałaś – niezdarnie tłumaczę się przed zgryźliwym małolatem. To denerwuje.
– Tu zawsze te cegiełki są sprzedawane. Nawet teraz możesz jeszcze je kupić...– cedzi oficjalnym tonem słowa, patrząc na mnie bardzo poważnie. No, tego już za wiele.
Samochód ruszył. Ot, jaka kutwa ze mnie! Pozostaję z wyrzutami sumienia. A ja naprawdę przegapiłem! Ale mi na pewno nie wierzy.

Wieczorem wpadamy na imprezę. Goszczą nas pańsko. Wódka leje się strumieniami. Ta z perecom, ma słuszną moc. Taką można pić dla zdrowia, nie tylko dla przyjemności. Co i rusz ktoś wznosi toast i głośny już wspólny okrzyk.
– Budźmo!
I pijemy. Pijemy. Kurzy się nam już któryś dzień z głów. Pijemy. Za co pijemy? Tego pewnie nikt już nie wie. Kto bowiem zna ukraiński? Ale czy to takie ważne? Intencje się liczą. Jest nam dobrze. Wesoło. Nikt nikomu źle nie życzy. I Gena, którego ojciec był w UPA. Gena mówi o tym z dumą... Sam jest nacjonalistą. I do roboty politycznej aż się pali. Rozmawiamy o jakiejś przyszłości, kto do kogo z czym przyjedzie.
– Tylko tę granicę byście poluzowali. To absurd, żeby w sercu Europy w takich kolejkach stać! – zwracam się do jednego z nich.
Pracuje w Ratuszu. Czyli ważna szycha. Odbija się od innych wyglądem. Jest jako jeden z nielicznych w garniturze. Stara się zachowywać powagę. Jak na urzędnika przystało. Niski. Czarne włosy. Śniada cera. Kałmuckie, lekko skośne oczy. Też Ukrainiec. Słucha z uwagą naszych rozmów. Niewiele się wtrąca.
– A nie boicie się? – patrzy na mnie wyzywająco. Jest w tym wzroku wyższość, czekistowska pewność siebie.
Zaraz, zaraz. Ja te oczy już kiedyś...
W 1989 roku byłem we Lwowie w jakiejś oficjalnej delegacji. W Polsce już było po komunizmie. We Lwowie jeszcze był Związek Radziecki. Ale czuło się, że to już ostatnie tchnienia. Czekano tylko na jakiś znak, by rozpocząć demontaż. Ten nadchodził z Polski. Patrzyli na nas z zazdrością. Mówili o nas z podziwem: – Wy Polaki, ryzykanty!
Umówiliśmy się wtedy na spotkanie z urzędnikiem ówczesnego wydziału kultury we Lwowie. Dysponowaliśmy czasem tylko po południu. A gdzie można we Lwowie się umawiać? Wiadomo, u „Żorża”. Budynek niby ten sam. Restauracja też. Ale nie znajdziesz już tam atmosfery kawiarni literackiej... Zresztą nie dotarliśmy tam. Zabrano nas do samochodu i powieziono w nieznane. Samochód, to dużo powiedziane. Zielony, rozklekotany „uaz” tłukł się dziurawymi ulicami już ciemnego Lwowa. Nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, dokąd jedziemy. Byliśmy zdziwieni, gdy po długiej jeździe wysiedliśmy przed Ratuszem. Zaproszono nas do biura. Tam te kałmuckie, ciemne, drążące oczy i pytania, pytania, pytania. Czuliśmy się jak na przesłuchaniu. Rozmowa nie dała żadnych wyników, ale my wyszliśmy zmęczeni i zdezorientowani. Dla mnie było jasne, dlaczego rozmowa musiała odbyć się w Ratuszu. Czekistowska pewność siebie, udawana uprzejmość...
– A nie boicie się? – powtórzył zaczepnie swe pytanie. Wytrzymałem jego długie spojrzenie. On pierwszy odwrócił wzrok.
– Czego mamy się bać?– odpowiedziałem pytaniem.
– No, że wszyscy Ukraińcy pojadą do Polski. Będą chcieli znaleźć pracę. Będą chcieli mieszkać...
– A ostatni zgasi światło – przerwałem mu. – W Polsce też kiedyś tak miało być. Dali nam paszporty do domu, otwarli granice. I nic się nie stało. Prawisz mi tu komunistyczne slogany.
Wyraźnie się zdenerwował. Nie wiedział, co powiedzieć. Gena uważnie się przysłuchiwał naszej rozmowie, ale nie wtrącał się.
– No, a mniejszości? Nie obawiasz się tej trzeciej mniejszości?
Popatrzyłem nań zdziwiony.
– Chyba wiesz, o czym mówię? – nie dawał za wygraną.
Kiwnąłem głową, ale o jakiej on trzeciej mniejszości mówił, nie bardzo sobie uzmysławiałem.
– Dlaczego mam się mniejszości obawiać? – odpowiedziałem pytaniem.
– Otworzymy granice, to będziecie mieć, oprócz Żydów i Ukraińców, Wietnamczyków.
– Już ich mamy – nie ukrywałem rozbawienia tą trzecią mniejszością. – Są dobrymi, tanimi krawcami i niezłymi handlarzami. Są u nas na bazarach w całej Polsce i nikomu nie przeszkadzają. Wydaje mi się, że ty nie rozumiesz, że jak otworzysz granice, to dasz ludziom tu na Ukrainie zarobić na turystach. Chyba że boicie się przyjazdów Polaków? Sam bym często do was przyjeżdżał. Przecież to tak niedaleko. A polskiej kultury spragnieni są wszyscy. I Polacy, i Ukraińcy.
– A co zrobimy z przeszłością? – pyta ktoś niespodziewanie. Zapada milczenie. Cisza...
– No, to budźmo! – zarzęził ktoś niedopity.

Towarzystwo było międzynarodowe. Siedzieli z nami Niemcy. Jeden ni to rudy, ni to blondyn. Bo ja wiem... No, rasa nordycka z lekko zakrzywionym nosem. Ala wdzięczyła się do niego. Wpijała się w tę jasną pogodną twarz pełnymi błękitu oczami. Patrzyłem na nią, nie ukrywając irytacji. Ona mnie nie dostrzegała. Szlifowała swój całkiem niezły angielski. O czymś tam rozprawiali. Towarzyszył mu Wolfgang. Starszy pan ze sztywną nogą. Używał laski. Wolfgang nie rozmawiał ani po rosyjsku, ani angielsku, ani po ukraińsku. Tylko niemiecki. Był zatem skazany na swego młodego towarzysza. Wolfgang nie pierwszy już raz przybywał na Ukrainę. Podobno wymiana kulturalna. W czasie wojny stacjonował w okolicach Lwowa jako żołnierz Hitlera. Służył w Wehrmachcie. Gena poklepywał go co rusz po ramieniu i powtarzał, że Wolfgang tłukł Ruskich.
– A ilu twoich zastrzelił, Gena, powiedz mi! – nie wytrzymałem w końcu.
– Nu, dawaj Janusz, dawaj Wolfgang, pijemy! Budźmo! Prosit!
I pijemy. Gena pokazuje mi kolejnego ich gościa, do którego trzeba mieć szacunek. Ten mówi biegle po angielsku. Czarne, kręcone włosy. Śniada cera.
– Gena, to nie wasz – mówię resztkami sił.
– On iz Anglii przyjechał – mówi Gena.
Przyjechał na Ukrainę, by poświęcić się dla odbudowy państwa. Jego rodzice w czasie wojny w 1939 roku uciekli na Zachód. Może byli Żydami i to bogatymi i dlatego zdołali przedrzeć się przez Rumunię? A może u schyłku wojny? Wtedy wielu Ukraińców szukało schronienia na Zachodzie. Kto to wie? Na pewno nie Gena.
– Budźmo!
– No, dość tego bratania się! Ala wkroczyła stanowczo do akcji. Pozbierała nas. Zdążyłem jeszcze kupić tę wódkę z piercom. Bo jakże to tak, już koniec imprezy, a do świtu tak daleko? Nie byłem jedynym zapobiegliwym. W hotelu opanowaliśmy jeden z pokoi. Śpiewy trwały do rana. Od serca. Te legionowe. Patriotyczne. Niech Lwów przypomni sobie ich rytmy!


(Dokończenie w następnym numerze)