Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Aneta Żuk, I ZNÓW SERCE RADOŚNIE BIJE WE LWOWIE

 To miasto ma moc przyciągającą. Kto raz je zobaczył, chce tam wrócić ponownie i jeszcze raz „zanurzyć” się w nie. Tak samo było ze mną. Wcześniej słyszałam o Lwowie i sytuacji na Kresach z opowiadań mojego śp. nauczyciela matematyki Janusza Kotarby – wspaniałego człowieka, który po raz pierwszy rozniecił w nas miłość do ziem utraconych. Słowem i piosenką przybliżał historię Kresów Wschodnich. I kto by pomyślał, że po paru latach, jadąc na wycieczkę w góry, poznam chłopaka, który urodził się we Lwowie i później został moim mężem. Los związał ze sobą dwa miasta Kraków i Lwów – oba bardzo mi bliskie.
Po raz pierwszy zawitałam do tego magicznego miasta w 1990 roku i raz je zobaczywszy już wiedziałam, że będę za nim tęsknić. Potem – pisząc pracę magisterską – wielokrotnie wracałam z pomocą charytatywną czy na jubileusz 180. rocznicy powstania szkoły im. Marii Magdaleny, do której chodził mój mąż Andrzej i jego siostra Bożena. Bardzo interesowała mnie historia, kultura i tradycja tego miasta-symbolu. Czułam się tam od początku jak w miejscu dobrze mi znanym i bliskim, i tak zostało do tej pory.
Bardzo chciałam podzielić się moimi wrażeniami ze znajomymi i dlatego postanowiłam, że ich tam muszę koniecznie zabrać. Od dawna nosiłam się z zamiarem wzięcia udziału w takiej zorganizowanej wycieczce, i w końcu się udało. Uczestniczyli w niej nauczyciele z mojej szkoły im. Tadeusza Kościuszki w Przebieczanach, w której pracuję, oraz z innych szkół w gminie, a także inni znajomi zainteresowani tą wycieczką. Przedstawiłam plan zwiedzania, przybliżając to, co zobaczymy we Lwowie. Wspólnie z grupą z OK TMLiKPW wyruszyliśmy z Krakowa 14 czerwca, w środę wieczorem. Granicę bez większych problemów przekroczyliśmy w Medyce.
Wczesnym rankiem dnia następnego dotarliśmy do najważniejszego przystanku naszej wędrówki – do Lwowa. Ranek we Lwowie przywitał nas ponury i mglisty, do tego miasto w bardzo wielu miejscach było rozkopane, obawiałam się nieco tego pierwszego kontaktu. Obawy jednak szybko rozeszły się w promieniach słońca, które przebijało się przez chmury, rozświetlając ulice i ludzi.
Podobnie jak inni współcześni, zadajemy sobie pytanie: co takiego niezwykłego jest w tym mieście, że ci, których los zmusił do opuszczenia tych stron, wspominają i tęsknią za nim przez długie lata, że u wszystkich budzi zachwyt i miłość, że stało się miastem legendą? Czy potrafimy to dostrzec i odczuć?
Wiedza, zaczerpnięta z albumów i opisów, ze wspomnień moich teściów i ich znajomych, staje się nagle faktem w zasięgu wzroku, myśli i uczuć. Sprawdza się.
Niezwykle udane położenie fizjograficzne dodaje temu miastu szczególnego uroku. Możemy tu podziwiać zarówno piękne kościoły, jak i cerkwie czy synagogi. Wielonarodowa i wielowyznaniowa kultura stanowiła swoistą urodę tego miasta. Szkoda, że w tym zdaniu można posłużyć się już tylko czasem przeszłym.
Kamiennymi śladami tej kultury są budowle różnorodnych stylów architektonicznych, które należą dziś do zabytków klasy zerowej. Ich śladem wiedzie nasza wędrówka. Idziemy wolno po nierównym bruku starych ulic. Przesuwa się czas, a nam się wydaje, że jesteśmy w jego wnętrzu.
Renesansową harmonią urzeka nas Ratusz strzeżony przez dwa lwy. Zachwycamy się barokowymi kościołami Jezuitów i Dominikanów, starą, zabytkową apteką, Arsenałem. Innym naszym przystankiem podziwu i pamięci jest Teatr Wielki.
Po wyjściu z Opery kierujemy się w stronę pomnika Adama Mickiewicza – oddajemy hołd naszemu wieszczowi.
Dzień wędrówki po Lwowie kończymy w Katedrze pod wezwaniem NMP, zwanej Łacińską. To w tej świątyni król Jan Kazimierz składał śluby mające ratować Ojczyznę od najazdu wrogów. W tym roku obchodziliśmy właśnie 350. rocznicę tego wydarzenia. W naszej szkole przygotowaliśmy uroczystą akademię, aby przypomnieć dzieciom tę ważną dla Polski kartę historii. W katedrze wraz z pielgrzymami z Litwy uczestniczymy we mszy świętej – był to dzień Bożego Ciała.
Drugiego dnia, w piątek, wędrujemy śladami króla Jana III Sobieskiego. Zaczynamy od miejsca w którym się urodził. Docieramy do Oleska. Na wierzchołku stromego wzgórza wznosi się zamek wtopiony w rozległy pejzaż. Z góry roztacza się wspaniały widok na całą okolicę. Po zwiedzeniu komnat chwilę jeszcze spacerujemy po rozległym parku, teraz trochę zapuszczonym, ale mającym swój urok. Uwieczniamy jeszcze wspaniałego lwa – to jakby nie było symbol Lwowa.
Następnie udajemy się dalej, aby zwiedzić zamek w Podhorcach. Prowadzi do niego piękna aleja, a napis nad bramą głosi, że miał być miejscem „uciech i wypoczynku”. Obok pałacu rozciągają się rozległe łąki usłane różnokolorowym kwieciem. Przynajmniej w przyrodzie nie widać niszczącego działania czasu.
Dalej wędrujemy śladami króla Jana. Zatrzymujemy się w Złoczowie, gdzie Jakub Sobieski, ojciec króla, wybudował zamek. Była to wczesnobarokowa twierdza-rezydencja, pełniąca zarazem funkcję cytadeli. Wzniesiono tu także unikalny pawilon chiński. Podobny był tylko w Petersburgu i pod Berlinem. Zamek ten był ulubioną na wschodzie rezydencją króla Sobieskiego. Widać, że wszystko tu jest odnowione, lśni czystością. Można mieć tylko nadzieję, że i inne budowle na wschodzie ocaleją od zniszczeń.
Późnym popołudniem wracamy do Lwowa i udajemy się na Cmentarz Łyczakowski – jedną z najpiękniejszych polskich nekropolii i jeden z największych cmentarzy w Europie. Otacza nas cisza kamieni i cisza czasu minionego. Tu zakończył się trud istnienia dla wielu, którzy zapisali się na trwałe w naszej historii, i dla tych, którzy ją też tworzyli, ale o ich imionach nikt już nie pamięta. Wzruszają nas te mogiły otulone pol­nymi kwiatami, ziołami, nad którymi pochylają się już tylko gałęzie drzew. Podziwiamy wiele pięknych rzeźb, które stanowią tu swoistą galerię. Zatrzymujemy się dłużej przy grobowcu Marii Konopnickiej, zapalamy znicze. Jedna z moich koleżanek, Asia, kładzie wiązankę kwiatów – jej szkoła za patronkę obrała sobie właśnie Marię Konopnicką. Zatrzymujemy się jeszcze przy wielu grobowcach i pomnikach, które urzekają swym pięknem.
Na Cmentarzu Łyczakowskim znalazło ostatni spoczynek wielu żołnierzy, i to z różnych pokoleń walczących o niepodległość Polski. Po każdym bowiem wielkim powstaniu narodowym chroniły się przed represjami we Lwowie setki niedobitków. Tu, otoczeni szacunkiem, dożywali swych ostatnich dni, a na grobach ich wznoszono pomniki ozdobione niejednokrotnie patriotycznymi epitafiami. Mnie szczególnie zainteresowali żołnierze Kościuszki, jako że nasza szkoła nosi imię tego narodowego bohatera.
I wreszcie docieramy do zupełnie wyjątkowej narodowej nekropolii żołnierskiej – Cmentarza Obrońców Lwowa z lat 1918–20. Zapalamy znicze na grobach i chwilą zadumy składamy hołd tym, którzy tu spoczywają – młodym obrońcom Lwowa. W tym momencie przypominają mi się słowa piosenki Orlątko:
 
O mamo, otrzyj oczy, z uśmiechem do mnie mów.
Ta krew, co z piersi broczy, ta krew to
za nasz Lwów…

Nie wiem czemu, ale zawsze, gdy ją śpiewam czy słyszę, to chce mi się płakać i jakoś tak mi ciężko na duszy.
Wracamy, podchodzą do mnie koleżanki mówiąc, że nie wiedziały, iż tyle historii jest zapisanej na tym cmentarzu. Czujemy jakby nad nami unosiły się duchy dawnych bohaterów. W wielkiej zadumie i milczeniu opuszczamy ten jakże niezwykły cmentarz.
W sobotę ze względu na małą ilość czasu robimy wycieczkę objazdową po Lwowie. Wychodzimy na Kopiec Unii Lubelskiej. Z Wysokiego Zamku widać tonące w zieleni wieże kościołów, kopuły cerkwi i dachy zabudowań. Lwów tonie w zieleni. Park Stryjski, Łyczakowski, Kościuszki, Pohulanka, zachwycają wiosenną urodą drzew i krzewów. W Parku Stryjskim pośród zieleni, za stawem, odnajdujemy pomnik Jana Kilińskiego.
Zwiedzamy również cerkiew św. Jura, w której możemy zaobserwować ceremonię udzielania ślubu. Następnie wysiadamy i oglądamy secesyjny Dworzec Główny. Z okien autokaru z zachwytem podziwiamy neogotycki kościół św. Elżbiety z jego słynnymi wieżami. Po drodze przejeżdżamy też koło pomnika Bartosza Głowackiego. Jesteśmy niezmiernie wdzięczni naszej przewodniczce O. Grabowskiej, za pokazanie nam tylu ciekawych miejsc we Lwowie.
Po obiedzie udajemy się na wzgórza Kajzerwaldu. Tam zwiedzamy skansen wsi huculskiej. Mamy namiastkę Huculszczyzny. Panuje tam błogi spokój, jakbyśmy przenieśli się nagle w inny świat. Chaty są pełne uroku i prostoty. Malowniczo wyglądają rosnące przed nimi płomienne maki. Ma się wrażenie, że życie płynie tu leniwie, spokojnie, bez nadmiernego pośpiechu. Wystarczy siąść przed chatą i pozwolić toczyć się czasowi. Wychodzimy z tego jakże odmiennego miejsca, chaty toną w blasku zachodzącego słońca.
Na koniec dnia pałaszujemy pyszne szaszłyki przygotowane przez Józia i Lusię. Po strawie cielesnej, strawa duchowa. Wszyscy wspólnie śpiewamy pieśni patriotyczne, legionowe i harcerskie. Wtóruje nam pełnym basem tato mojej koleżanki Małgosi.
I to już niestety koniec naszej wędrówki po Lwowie. W niedzielę udajemy się jeszcze na mszę świętą do kościoła św. Marii Magdaleny – to piękny barokowy kościół, stojący po królewsku na jednym ze wzgórz lwowskich. Po wyjściu słyszę za sobą głosy: jeszcze nie jedźmy, zostańmy jeszcze chwilę…, tak trudno rozstać się z tym miastem.
Nasz 4-dniowy pobyt we Lwowie dobiegł końca. Jak to miasto pożegnać? Jego herbową dewizą „Leopolis semper fidelis” – „Lwów zawsze wierny” potwierdzają dzieje. Teraz my pozostaniemy mu wierni otaczając go pamięcią i będąc pod ogromnym wrażeniem jego i ludzi tam mieszkających. Dziękujemy za ich gorące serca, radość, humor, mimo że życie nie szczędzi im trosk i kłopotów. Dzięki Polakom tam mieszkającym jest zachowana polskość i pamięć przodków. To jest bardzo ważna rzecz. Ja chcę szczególnie podziękować w imieniu swoim i koleżanek drogiej Pani Stefie, u której mieszkaliśmy. Bóg Ci zapłać za gorące przyjęcie i otwartość serca. Nie zapomnimy długo tego wyjazdu, a wielu z nas jeszcze tam powróci, zabierając ze sobą kolejne osoby, by dzielić się z nimi tym czarownym miastem. Nie dziwię się moim teściom, że tak tęsknią za Lwowem. Tam zostało całe ich dzieciństwo, młodość, przyjaciele, tam ­zawarli związek małżeński, wychowywali dzieci i cały czas nasiąkali klimatem ich ukochanego miasta. Cóż się więc dziwić, że to właśnie jemu pozostali wierni na zawsze, zostawiając tam swoje serce.
Na pożegnaniu w Krakowie wszyscy uczestnicy byli wdzięczni za zorganizowanie tej wycieczki i zapewniali, że będą ją pamiętać do końca życia, a ja z łezką w oku i nadzieją jeszcze tylko dodam:
Może uda się, że powrócę znów i zobaczę miasto Lwów – kochane…
I na pewno nie tylko ja…
2006

ANETA ŻUK, ur. 1969 w Krakowie. Ukończyła studia na Wydz. Filozoficznym UJ w zakresie nauczania początkowego, a następnie studia podyplomowe na Wydz. Humanistycznym AP w Krakowie – kierunek bibliotekoznawstwo i nformacja naukowa. Obecnie pracuje w Szkole Podstawowej w Przebieczanach oraz w gimnazjum w Sławkowicach.