Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021 | 2022

Janusz M. Paluch, PRZYSTANEK LWÓW (2)

Rys. Adam BlokPoranek przywitał nas słońcem. Śniadanie dziwnie nie smakowało. Było mało czasu. Szybkie odwiedziny w katedrze. Wiosenne słońce rozświetlało jej mroczne wnętrza. Wydawała się przez to jakby mniejsza. Widać było przygotowania do procesji Bożego Ciała. Klękamy przed głównym ołtarzem. Wpatrujemy się w słynny obraz Matki Bożej. Ala szepcze mi coś o jego historii. Kiwam głową z aprobatą. A ona mądrze marszczy czoło.
W sierpniu 1980 roku byłem w katedrze. Trafiłem na Maryjne święto kościelne. Katedra wypełniona po brzegi. Bocznymi nawami sunęła procesja. Świece. Mnóstwo świec dzierżonych przez stare kobiety w drżących powykręcanych reumatyzmem dłoniach. Duszący zapach stopionego wosku. Baldachim nad księdzem niosącym monstrancję z Najświętszym Sakramentem niosły kobiety. W procesji brały udział same stare kobiety. To był niesamowity widok. Ani jednego mężczyzny. Potem ktoś mi wytłumaczył, że się boją. Rzeczywiście w kościele nie było młodzieży. Trochę ludzi młodych dostrzegłem jednak w tłumie. Ale kto wie, czy przyszli, bo są katolikami, czy wykonywali obowiązki służbowe...
Świeże brzozy tworzyły w nawie głównej swoistą aleję. Zapach kadzidła mieszał się z zapachem umierających liści. Mimo wiosennej aury i radosnego nastroju zbliżającej się procesji ten zapach wydobywał pogrzebowe skojarzenia. Po świątyni krzątał się mało przyjemny kościelny w przykrótkiej komeżce. Dlaczego kościelni prawie zawsze są mało sympatyczni?
Gdy w roku 1980 pierwszy raz przekroczyłem progi tej świątyni, wygonił nas kościelny (ten sam? chyba nie!), bo zamykał kościół. I tak niewiele mogliśmy zobaczyć, stały bowiem we wnętrzu świątyni jakieś rusztowania. Przed katedrą spotkaliśmy staruszeczkę. Małą. Pokuloną. Żebrała. Drobną, spracowaną, trzęsącą się dłoń wyciągała w kierunku przechodzących. Zatrzymałem się na chwilę. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Miejscowi przechodzili obojętnie. Podeszliśmy. Wcisnęliśmy w dłoń kilka rubli.
– Wy z Polski? – zapytała.
– Z Krakowa.
Staruszka spojrzała na nas. Na jej żółtej pomarszczonej twarzy pojawił się grymas uśmiechu. Po zoranych czasem policzkach popłynęły łzy. Opowiadała o swym nieszczęściu. Chorym synu. Zżarła go praca i alkohol. Teraz nie może już pracować. Leży sparaliżowany w domu. A mają tylko to, co ona przyniesie. Babuleńka mówiła prawie szeptem, bacznie rozglądając się wokół. Im dłużej staliśmy, tym więcej ludzi zatrzymywało się przy nas. Patrzyli. Słuchali. Milczeli. Poczuliśmy się nieswojo.
– Czy można pani jakoś pomóc? – zapytałem, wiedząc, że nie potrafię dla niej zrobić niczego. Miałem przy sobie zaledwie kilkanaście rubli „tranzytowych” i talony na benzynę. A nie miałem zwyczaju wozić „towaru” na handel.
– Może macie medalik, książeczkę do modlitwy albo różaniec? — zaskoczyła mnie staruszka.
Nie ma jej już przed katedrą.

Idziemy dalej. Na placu, gdzie pomnik Iwana Franki, brunatno od żołnierskich mundurów. Trwają w słońcu w bezruchu. Czekają. Wśród żołnierzy przewijają się pary przybrane w huculskie stroje. Też zamarli w oczekiwaniu. Na ich młodych wyszminkowanych twarzach dziwny smutek. A może strach? Przed czym? Wokół zebrany tłum ludzi. Milczą. Czekają. Wypatrują. Tylko rozprzężenie wśród orkiestry. Ale i ta milczy. Czeka na znak dyrygenta. Nic się nie dzieje. Wiatr porusza leniwie sino-żółte chorągwie. Nagle zamieszanie. Podjechały limuzyny. Wyszedł generał. Jeden, drugi. Orkiestra dała tusz. Po chwili rozpoczęła się przysięga żołnierzy ukraińskiej armii.
Stoimy przy lwach przed Ratuszem. Teraz już wolno. Kiedyś byłoby to podejrzane. Patrzę na piękne mury zabytkowych kamienic starego Lwowa. One chorują. Tego po wierzchu nie widać. Ludzie spacerują. Są zadowoleni ze zbliżającego się lata. Uśmiechają się jednak mało. Rozmawiają po ukraińsku. Jakaś matka przy fontannie robi zdjęcie dziecku.
W końcu zjawia się pan C., na którego czekamy. Rozmawiamy po polsku. Głośno. A matka coś szczebiocze w miejscowym narzeczu do maleństwa. Poprawia je w wózeczku. Jaskrawy makijaż twarzy rzuca się wyraziście w oczy. Odchodzi, popychając wózek w naszą stronę.
– Dzień dobry! – słyszę nagle jej dźwięczny, śpiewny i perlisty głos.
– Dzień dobry! Całuję rączki! – odpowiada pan C.– Ta, Zosiu, ja cie nie poznałem. Będziesz długo żyła. Ukłony dla rodziców.
Zosia śmieje się głośno. Macha nam radośnie ręką i znika w tłumie bezimiennych ludzi.
Niezwyczajne już tej mowy gołębie strachliwie poderwały się do lotu. Ale na chwilę... Szybko przysiadają i szukają za pożywieniem. Jakby sobie coś przypomniały. Że im ta mowa jest nieobca?
Już wzbudzamy sensację. Patrzą na nas obco przechodzący. Niektórzy podejrzliwie. Jakby gołębie w świat przekazały informacje – oto i Polacy!
Obserwowałem od pewnej chwili jakiegoś dziadka. Niby niczym się nie różnił od innych zaniedbanych lwowskich starców. Ale było w nim coś swojskiego... Niby co? Zaniedbanie? Zniszczenie życiem na pewno niełatwym? Zielony prochowiec przepasany starym rzemieniem? Nie wiem. Zbliżał się w naszym kierunku. Twarz pożółkła. Pomarszczona. I tylko oczy przepojone dziwnym blaskiem. Młodości? Polskości? Wspomnień o dostojnej przeszłości? A może to alkohol? Nie – nie wyglądał na pijaka. Ale czy trzeba wyglądać na takiego? Tu się pije przy byle okazji. Kilka dni zaledwie jestem na Ukrainie i z rausza nie schodzę. Nie wypada nie pić. Wytrzeźwieję dopiero w Polsce. Staruszek zatrzymuje się przy nas. Nasłuchuje, czy na pewno po polsku mówimy. Przekłada laskę do lewej ręki.
– Ż.-ski jestem. Bolesław Ż.-ski – przedstawił się.– Jedyny spod Monte Cassino tu żyjący. Bokserem kiedyś byłem. Pan młody, to nie pamięta mojego nazwiska. Czuje pan mój uścisk dłoni? Mimo wieku pewnie jeszcze niejednego bym powalił...– zawiesił głos, jakby czekał na pochwałę.
– W Krakowie mamy księdza, kapelana spod Monte Cassino. Ojciec Adam. Jest u Dominikanów – mówię.
– Pamiętam takiego. Był w moim wieku. Może trochę starszy. Może to on. Proszę go pozdrowić ode mnie.
Milczenie. Wiem już, co za chwilę.
– Rodacy! Mam 43 grzywny renty. Wspomóżcie. Z tego nie da się żyć. Ja już nie mogę pracować. Proszę, cokolwiek dajcie. Mogą być polskie pieniądze. Każdy grosz – to kromka chleba...
Milczę. Jakaś siła odejmuje mi mowę. Sięgam do portfela. Wtykam mu parę złotych. Żegnam się, życzę zdrowia. Chwilę zastanawiam się. Miarkę polskiego żebraka przykładam... Nie, ten tych paru groszy nie utopi w alkoholu.

Z panem C. udajemy się do siedziby towarzystwa polskiego. To naprzeciwko ratusza. Zaraz otwierają, zegary wybijają trzynastą. Na schodach już czeka parę osób. Nikt się nie denerwuje. Wiadomo – zaraz otworzą. Och ta ich wschodnia punktualność i słowność! Starsza pani patrzy na nas przyjaźnie wypłowiałymi oczyma i śpiewnie zachęca, by zaczekać.
– Pan Marian zaraz przyjdzie – zaśpiewała po lwowsku.
Pewnie przyjdzie. Przecież wie, że czekać będą na niego żywe problemy starych i młodych. Jedni organizacyjne sprawy mają. Drudzy, młodzi, chcą do Polski. Do szkoły, toteż i do nich przychodzą. Stoi pokornie pod drzwiami dziewczyna. Wyraziste usta, ponętna mini, długie po pas krucze włosy, czarne oczy i te nogi. Coś zagaja piękną śpiewną polszczyzną. Uroda jednak jakby skażona niesłowiańskimi rysami. Ta cóż, jesteśmy we Lwowie.
Niecierpliwimy się. Szkoda czasu tracić na schodach.
– Czekajcie, czekajcie – mówi pani Zofia T. z Żółkwi – oni zaraz przyjdą.
– A my panią znamy z telewizji – ktoś mówi do niej.
– Filmowali mnie – mówi nie bez dumy pani Zofia. – W Polsce niektórzy pamiętają o starej T. z Żółkwi. Ale tu na miejscu to już nikt. Choćby tak raz na imieniny mi życzenia przysłali... Ale gdzie tam! Jak robota jest, to o mnie pamiętają.
Starsza pani, grubo po siedemdziesiątce. Odziana w mocno zaniedbany płaszczyk, spod którego wyglądał spłowiały sweterek. I buty. Sandały. Mój Boże! W takich wstydziliby się u nas na ulicę wyjść.
– Byli kiedyś u mnie z Warszawy. Wyszłam do nich w takich starych podartych łapciach. Koło domu zawsze w takich chodzę. Rozmawiamy. Opowiadam im o Żółkwi. Problemach Polaków. Już żegnamy się... Nagle, jedna z pań bierze gazetę i każe mi na niej stanąć. A ja, jak ta durna, robię co każe i ani myślę pytać po co. Nie wiem, o co jej chodzi. A ona obrysowywuje mi nogę. I mówi, że za jakiś miesiąc ktoś mi dostarczy buty. Ale gdzie tam – śmieje się – na moją nogę nigdzie nie dostanie butów. W mojej rodzinie wszyscy mieli duże, nietypowe nogi!
Pan Marian się nie pojawia. Spoglądam niecierpliwie na zegarek. Jeszcze chwila i trzeba uciekać. Za kilkaset kilometrów powoli zaczniemy żyć swoimi problemami. Oni zostaną na Kresach. No, nie sami. Przecież pamiętamy o nich. Pomagamy im. Najlepiej każdy sobie sam pomoże. Ale jak im to wytłumaczyć. Oni czekają. Czasem podsuwają pomysły. Przydałby się nauczyciel – mówią, piszą w listach i oficjalnych pismach do władz. I czekają! Komunizm zabił w nich do cna przedsiębiorczość. Resztę zrobi miejscowa mafia. A tych, którzy i to przetrwają, zabije ludzka zawiść. Taka śmieszna cecha Polaków. Tych żyjących w Polsce i poza jej granicami.