Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Alfred Senze, Z TAMTYCH LAT, Z TAMTYCH DNI (3)

Według relacji radia londyńskiego, od lutego 1941 r. zaczyna się, a następnie nasila z dnia na dzień przerzucanie wszystkich rodzajów broni niemieckiej na granicę sowiecką. Zbliża się więc nieuchronnie zwarcie obu kolosów i dojrzewa kryptonim planu „Barbarossa”. Niemcy żądają umożliwienia wybudowania autostrady do Kró­lewca, wysuwając pod adresem ZSRR nowe te­rytorialne roszczenia. Na ulicach Lwowa i pod­miejskich szosach prowadzących w kierunku Przemyśla pojawiają się duże ilości wojsk so­wieckich różnych formacji. Także na lotnisku w Skniłowie uderza wzmożony ruch samolotów. Niektóre ciężarówki obładowane kobietami i dziećmi zdążają znowu w kierunku odwrotnym, do Tarnopola. Przeprowadzana zostaje dyskret­na ewakuacja sowieckich rodzin.
Około godz. 4 rano dnia 22 VI ‘41 zbu­dzony zostaję bardzo silnymi detonacjami. Pierwsze kroki kieruję ku oknu i widzę wyraźnie kilka sa­molotów pikujących na lotnisko w Skniłowie, nad którym unoszą się gęste kłęby dymu. Odległość od mojego mieszkania do lotniska wynosi ok. 1,5 km, a do szosy ok. 1 km. Na niej niepraw­dopodobny szum i warkot pojazdów mechanicz­nych. W ciągu pół godziny zjawiają się moi współlokatorzy, odsuwają mnie od okna, zabra­niając wychodzenia z domu. Nieomal w ciągu kilku minut biegnącym pod willą, gdzie miesz­kam (ul. Grochowska 28), torem kolejowym przejeżdża sowiecki pociąg pancerny. Z jego wozów wystrzeliwują całe serie z karabinów ma­szynowych, a kule rozszarpują dachówki, ramy okien i tynk. W sąsiedniej willi stojących w oknie gospodarza i jego syna zabijają na miej­scu. Na okolicznych ulicach jest bezwzględna pustka. Trzeciego dnia rankiem udaję się pieszo na uczelnię. Kilkakrotnie jestem kontrolowany przez sowieckich żołnierzy. Na terenie uczelni kręci się trochę żołnierzy w pełnym rynsztunku bojowym z hełmami na głowie. Przez dyrektora Instytutu zostajemy zawiadomieni o koniecznym zebraniu się wszystkich pracowni­ków o godz. 11 w sali wykładowej Anatomii Patologicznej. Idziemy tam prawie wszyscy z wyjątkiem woźnych. Ścisk niesamowity tak w ławkach, jak i przejściach. Przy pulpicie dyr. Czinczenko, obok stoją Paszczenko i Czabotarew. Są wybitnie zdenerwowani. Nie dziwi­my się, bo według relacji portiera Dyszcakowskiego, zostali wczesnym rankiem przywiezieni autem wojskowym przez NKWD z okolic Tarno­pola. Uciekali z całą masą cywili sowieckich. Czują się więc jak dezerterzy. Pod drzwiami sali wykładowej pilnuje nas wszystkich oraz ich NKWD. Zebranie zagaja Paszczenko, informu­jąc w krótkich słowach o zdradzieckim napad­nięciu przez Niemców na ZSRR. Nawołuje do absolutnego spokoju i podjęcia normalnej pracy do czasu, w którym agresor nie spotka się z na­leżytą odprawą przez niezwyciężoną armię czer­woną. Po kilku zdaniach ilustrujących jej niezwy­ciężone bojowe wyczyny oraz wyższości komu­nizmu nad kapitalizmem prosi o zabranie głosu przez kogoś z obecnych na sali. W tym momen­cie wszyscy wstają, kierując się ku wyjściu i pod­niesiona ręka chętnego do zabrania głosu doc. Parnesa nie zostaje zauważona. Zresztą sami dygnitarze sowieccy byli już poza salą.
Ta minu­towa zwłoka ratuje życie wszystkim obecnym na tym zebraniu. Słysząc warkot zbliżających się samolotów zbiegam wraz z kilkoma uczestnika­mi zebrania, kryjąc się w podziemiu toalety Ana­tomii Patologicznej tego budynku. Inni uciekają do budynku Anatomii Opisowej, znajdującego się o 30 m dalej. Jedna z rzuconych bomb wybu­cha w sali, gdzie przed chwilą odbywało się ze­branie, demolując ją wraz z sąsiednim pomiesz­czeniem. W sali zebrania pozostały jedynie szczątki sprzątaczki. My wszyscy uniknęliśmy nieprawdopodobnej masakry, ale nie obyło się bez ofiar. Pod dachem otwartego pomieszczenia, w podwórzu dla koni, rozpoznaję zwłoki dr. R. Skurskiego. Naprzeciw na ławce parkowej, w pełnej jakby zadumie i zdziwieniu, znieruchomia­łe ciało dr. Augustyna. Ranni zostali: prof. Mikulaszek, dr Eliasiewicz oraz w brzuch jeden z wykładowców marksizmu i leninizmu. Przenie­siony przez nas i położony na stole prosektoryjnym w najbliższym sąsiedztwie Anatomii Opiso­wej, jęczał wołając: Boh, pomyłuj (Boże, zmiłuj się). Schyleni zaś nad jego osobą sowieccy kompani odsunęli mnie od stołu mówiąc: on jest nieprzytomny i nie wie co mówi. Nie korygując ich wypowiedzi, odchodzę wiedząc, że jest całkiem przytomny, a obecnym chodziło wyłącz­nie o usunięcie świadka wzywania przez niego pomocy do Boga. Nie były to zresztą tego rodza­ju odosobnione przypadki. Szwagier, który był dyżurnym ruchu na dworcu kolejowym Lwów-Kleparów, słyszał wyraźnie u ciężko rannych bojców sowieckich podobne prośby, kierowane pod adresem Stwórcy. Sprowadzone karetki pogotowia zabierają naszych rannych, a ja wra­cam do domu. W całym mieście na trasie po­wrotu wyraźne zamieszanie. Od czasu do czasu przejeżdżają ciężarówki wyładowane po brzegi żołnierzami z bronią skierowaną do ludzi idących chodnikami, jako zabezpieczenie przeciw jakiej­kolwiek akcji z ich strony.
W porze nocnej widać wyraźne wybuchy, po­żary i łuny nad miastem. Na Zamarstynowie pali się kompleks rafinerii Szprachera. Płoną także towarowe dworce kolejowe. W centrum dopala­ją się słynne „krakidały”, a przy ul. Kazimierzow­skiej „brygidki”. Więzienne pomieszczenia zlane zostały przez pracowników NKWD benzyną, a potem podpalone dla zatarcia śladów zmasa­krowanych, pomordowanych więźniów. Prze­ważnie byli to polscy męczennicy. Rankiem ko­lejnego, 2. lub 3. dnia, wkraczają do Lwowa pierw­sze zmotoryzowane oddziały wojsk niemieckich na motocyklach i rozpoczyna się dalszy ciąg okupacji. Żołnierze robią masowo zdjęcia na te­renie więzienia Łąckiego i w „brygidkach”. Przy ul. Łąckiego oprawcy bolszewiccy nie zdążyli jeszcze spalić zwłok, stąd makabryczne widowi­sko zmasakrowanych ciał. Zdjęciom tym towa­rzyszy szloch ludzi usiłujących rozpoznać zwłoki najbliższych czy znajomych.
Na uczelni zmiany. Zniknęły chorągiewki so­wieckie przy bramie głównej, zastąpione sino-żółtymi. Także studenci pełniący wartę przy tej bramie mają niebiesko-żółte opaski na przedramieniu. Przy tym wejściu zostaję zatrzy­many i dopiero po rozmowie wartowników z in­nymi studentami okupującymi portiernię zostaję wpuszczony na teren uczelni. W tym pierwszym dniu świętowania Wolnej Ukrainy na uczelni nie wszyscy Polacy zostają do niej wpuszczeni. Zależało to od decyzji samowolnie wybranego komitetu kierowanego przez doc. Grzyckiego, a współpracującego z władzami niemieckimi, które zajęły Akademię.
Na terenie Kliniki Orto­pedycznej jest niemiecka kuchnia polowa, chęt­nie rozdzie­lająca zupę. Kto z pracowników chce, może z niej korzystać. Jest oczywiście tylko przez dwa dni na terenie uczelni. Wszyscy pra­cownicy otrzymują także pół bochenka czarnego jak ziemia chleba dziennie. Studia zostają zawie­szone, a nasze zajęcia ograniczają się tylko do obsługiwania pacjentów. Z wykładowców nie zostali wpuszczeni na teren uczelni: prof. Markowski i doc. Hamerski. Dowiadujemy się także o tragicznej śmierci asystenta Katedry Anatomii Pa­tologicznej – dr. Rene Machalskiego.
Wymienio­ny zatrzymany zostaje niedaleko uczelni przez pierwsze wjeżdżające zmotoryzowane na moto­cyklach oddziały armii niemieckiej. Poproszony o dokumenty, w pierwszej kolejności podaje do­wód sowiecki, potem polski i zupełnie nie pro­szony wyciąga własny dowód osobisty francuski. Siedzący na motocyklu żołnierz z półksiężycem żandarmerii każe mu się odwrócić i całą serią kul z ręcznego karabinu maszynowego powala go na chodnik. Ginie na miejscu. Drugi przykrywa ciało zmarłego rozłożoną gazetą i razem od­jeżdżają. Potraktowano go jak szpiega. Takich ciał przykrytych gazetami w pierwszym dniu pa­nowania nadludzi – tak na ul. Kochanowskiego, jak i innych we Lwowie – spotkać można było więcej. Żołnierze Ukraińskiej Dywizji „Nachtigal” dostąpili przecież wielkiego zaszczytu wkra­czania do Lwowa wraz z żołnierzami niemiecki­mi. Różnili się tylko od żołnierzy niemieckich niebiesko-żółtymi naszywkami na naramienni­kach. Niektórzy na głowie mieli nawet charakte­rystyczne tzw. siczówki (od Siczy). Pierwszymi ich ofiarami wyzwalania Ukrainy byli Żydzi i Po­lacy. Na ulicach pojawiają się już pierwsi Żydzi z białymi opaskami i gwiazdą Dawida. Masowo przychodzą do Akademii studenci różnych lat studiów z chęcią ich kontynuowania. Na ich te­mat ciągle brak jest wiadomości. Nie dziwimy się, bo Lwów znajduje się jeszcze w strefie przy­frontowej. Nie otrzymujemy także żadnego wy­nagrodzenia, przy uczelni trzymają nas tylko kartki reglamentacyjne na tłuszcz, cukier, chleb, mięso, mąkę i papierosy. Dzięki temu zlikwido­wane zostają typowe dla czasów sowieckich ki­lometrowe kolejki. Dla ścisłości dodam, że cza­sem brak w sklepach wymienionych na kartkach towarów. Jako klinicysta nawiązuję ściślejszy kontakt z terenem, zwłaszcza z wsiami polskimi. Tak jak Sokolniki czy przedmieścia Pohulanka, Kleparów, pełne są krów, koni, świń i kur. Ho­norarium pobieram tylko w produktach spożyw­czych; między innymi duży, okrągły, wypiekany w piecu chleb aromatem swoim budzi u przechod­niów zrozumiałe zainteresowanie. Od czasu do czasu w Rzeźni Miejskiej kupuję krew i posze­rzam swoją specjalizację weterynaryjną o wyrób kaszanki i bułczanki. Nadają się do jedzenia, co potwierdzają przez długi czas żyjący domownicy.
Udział Nachtigalu i gestapo w pomordowaniu profesorów Uniwersytetu Jana Kazimierza, Poli­techniki i AMWet. we Lwowie był bezsporny. Zginęło wielu profesorów, w tym z naszej uczelni – prof. Hamerski. Ta masakra, jako wyraz typo­wej współpracy Ukraińców z gestapo, była świadomym aktem zniszczenia inteligencji polskiej z przygotowaniem miejsc dla wykładowców ukra­ińskich. Powtórzyła się więc akcja, tylko w nieco ostrzejszym wydaniu z dnia 6 XI 1939 r., kiedy to gestapo uwięziło 170 profesorów, docentów, asystentów oraz kilku studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zasilili oni obozy w Oświęcimiu, Mauthausen i inne, z których wielu już nigdy nie wróciło. Pamięć zaś uśmierconych lwowskich profesorów, wyrażona pomnikiem na terenie Politechniki Wrocławskiej z napisem Nasz los przestrogą, jest zbyt skromnym dowodem strat, jakie poniosły krajowe wyższe uczelnie działalno­ścią hitlerowską. W odniesieniu do podanego na pomniku napisu przez pewien czas tłumaczono jego treść wybitnie humorystycznie i złośliwie. Traktowano go jako przestrogę dla wartości i intratności zawodu nauczyciela akademickiego w państwie komunistycznym. Miano tu na uwadze nie tylko sprawę wynagrodzeń, ale i traktowanie autonomii wyższych uczelni, których działalność podporządkowana była PZPR.
Dziwnym zbiegiem okoliczności w tym czasie, kiedy dokonano masowej zbrodni na profeso­rach lwowskich, wracając raz z uczelni ulicą Ko­pernika, zderzam się prawie z tęgim policjantem niemieckim, idącym w towarzystwie kobiety. W policjancie poznaję dr. Franciszka Naumyka, a w kobiecie jedną z urzędniczek cukrowni w Ka­zimierzy Wielkiej. Dr Franciszek Naumyk był w Kazimierzy Wielkiej sejmikowym i rzeźnianym lekarzem weterynarii. Był również moim przełożonym w czasie zwalczania pryszczycy w 1938 r. w po­wiecie pińczowskim. Jesteśmy wszyscy bardzo speszeni i po kilku zdaniach rozstajemy się. Wy­mieniony, podający się w okresie okupacji hitle­rowskiej za Ukraińca, później zdezerterował z armii niemieckiej, pozostawiając swój mundur w toalecie dworca kolejowego w Krakowie. Uciekł potem wraz z wycofującą się armią niemiecką i po zakończeniu działań wojennych w Europie wylądował w USA, gdzie w Detroit urzędował jako rzeźniany weterynarz. Prześladuje mnie cią­gle myśl, czy jego przyjazd do Lwowa w czasie masakry naszych profesorów był przypadkowy, czy też przybył on dla wzmocnienia lwowskiego gestapo. Z doniesienia podanego w „Medycynie Weterynaryjnej” wynika, że odwiedzającym go lekarzom weterynarii, uczestnikom wycieczki z Polski, podawał się jako narodowości polskiej.
Niezbyt jasna sytuacja Polaków na terenach zajętych przez Niemców wyjaśniona została z początkiem września 1941 r. Ukraińcy byli prze­konani, że ziemie te oficjalnie im zostaną przy­znane. Otrzymujemy zaproszenie na Uniwersy­tet Jana Kazimierza. Według programu zebra­nia, specjalny wysłannik Hitlera i gubernatora Franka przedstawić ma specjalny dekret dotyczący tych ziem. Mając na uwadze aresztowanie pracowników naukowych Uniwersytetu Jagiel­lońskiego, zastanawiamy się, co z tym fantem ro­bić. Czy nie jest to przypadkiem powtórka ła­panki krakowskiej? Zaproszenie to traktujemy chytrze. Ukraińcy idą chętnie, mając na uwadze swój interes oraz czując się względnie bezpiecz­niejsi. Ja z Cisowskim (Strońć) dołączamy do grupy Rusinów z Zajcem i Sawczukiem na czele. Dookoła Uniwersytetu oraz w pobliskim parku brak policyjnych i wojskowych aut. Także w uni­wersyteckich pomieszczeniach, holu, korytarzu, brak żołnierzy i policji mundurowej. Z biciem serca wchodzimy do Uniwersytetu, zajmując miejsca w głównej auli. W tym tłumie trudno odróżnić Ukraińców od Polaków. Jak wezmą, to wszystkich razem.
Referującym jest prof. Koch z Berlina. Witając bardzo uprzejmie zebranych, w swoim krótkim referacie nawiązuje do chlubnych staroniemieckich tradycji tych ziem. Mówi o Galicji i Lodomerii, w której do dzisiaj zamieszkują osadnicy pochodzenia niemieckiego. Ziemie te nigdy nie należały do Ukrainy i zostały bezprawnie do niej włączone. Ukraińcy muszą pomóc armii nie­mieckiej w zdobyciu znajdującej się jeszcze we władaniu Sowietów ich ziemi. Przypomina, że w okresie sowietyzacji ich ziem i tworzenia kołcho­zów zginęło około 8 milionów ich ukraińskich przodków. Obecnie czekają na wyzwolenie.
Ażeby zaś rozwiać jakiekolwiek wątpliwości, od­czytuje dekret podpisany przez Hitlera i guber­natora Franka o włączeniu tych ziem do Gene­ralnej Guberni, obejmującej dawne ziemie Pol­ski. Granicą rozdzielającą Niemcy od Ukrainy jest dawna granica Polski oparta o rze­kę Zbrucz. Z wyjątkiem Żydów, Polacy, Ukraiń­cy, Rusini, Niemcy i innej narodowości miesz­kańcy nabywają od tej chwili wszystkich praw zastrzeżonych równouprawnieniem. Nieprze­strzeganie tego dekretu będzie surowo i bez­względnie karane przez sąd wojskowy do czasu objęcia sądownictwa przez administrację nie­miecką. Sawczuk delikatnie ściska mi moją dłoń, gratulując sukcesu. Jest mi wprawdzie lżej na sercu, ale zdaję sobie dokładnie sprawę z prze­wrotności tego dekretu, który bynajmniej nie chroni Polaków od dalszych represji. Ukraińcy wracają wściekli osobną grupą, udając się wszy­scy natychmiast do komisarycznego przedstawi­ciela uczelni – prof. Grzyckiego. Od tej chwili ich wrogi do nas stosunek jeszcze bardziej się nasila. Z wyjątkiem prof. Grzyckiego rozmawiają wyłącznie po ukraińsku.
Wprawdzie dotąd nie ma najmniejszych oznak rozpoczęcia studiów, ale otrzymywane w zło­tówkach zaliczki oraz chwilowy przyjazd kilku niemieckich profesorów urzędujących w rektoracie stwarza nadzieję na ich rozpoczęcie. Czyn­ne są tylko kliniki. Asystenci zakładów teoretycz­nych po cichu handlują, a oficjalnie karmią wła­sną krwią wszy w specjalnych klatkach przycze­pianych na nogi lub ręce. Służą one do wyrobu szczepionki przeciwko tyfusowi brzusznemu we­dług metody lwowskiego profesora Weigla. Jest nawet i taki cwaniak, który mimo że jest studen­tem, nawiązuje kontakt z firmą Bayer i korzysta­jąc z bezpłatnych lekarstw, szeroko uprawia praktykę na małych zwierzętach. Ten chory me­galoman posługiwał się nawet później tytułem profesora, mimo że go jeszcze nie posiadał. Przez większość był podejrzewany o kolaborację z Niemcami.
W kwietniu 1942 r. przylatuje wreszcie pierw­sza jaskółka, informująca o możliwości otwarcia studiów. Przyjeżdża prof. Mies­ner z Hanoweru i dostajemy pierwsze wynagrodzenia. Są one gło­dowej wysokości, ale ­liczą się ciągle przede wszystkim kartki żywnościowe. Rzecz zastana­wiająca, że prof. Miesner rozmawia osobno z każdym Polakiem, unikając wyraźnie prowadze­nia rozmowy z Ukraińcami. Z tych ostatnich utrzymuje tylko żywy kontakt z prof. Grzyckim. W rozmowie natomiast z Polakami wyraża dość często uszczypliwe i krytyczne uwagi pod ich adresem. Jesteśmy ostrożni i uprzedzamy kaźdego z Polaków, który jest proszony na rozmo­wę z nim. Jest krótko, podobnie jak i prof. Schaaf, przeniesiony na dyrektora Veterinaramtu do Krakowa. Dekret o kreowaniu studiów przywozi kolejny dyrektor prof. Habersang. ­Otrzymujemy ­także nową nazwę uczelni: Tierarztliche Fachkurse, która degraduje AMWet. jedną z najstarszych uczelni w Europie, ze zmienionym programem nauczania. Duże różnice – oparte na systemie obowiązującym w Niemczech – dotyczą przede wszystkim przedmiotów klinicznych. Duża Inter­na obejmuje tylko choroby koni. Klinika Bydła (Rinderklinik) reprezentuje propedeutykę cho­rób bydła, wszystkie choroby bydła łącznie z ra­cicami, chirurgią, okulistyką, położnictwem oraz po raz pierwszy w tym przedmiocie ujętym sztucznym unasienianiem. Jest to więc najsilniej rozbudowana katedra w tym czasie. Jej kierow­nikiem mianowany zostaje doc. Moraw z asy­stentami (Senze, Kłymkiw, Uhryn i Sawczuk). Na Internie Koni kierownikiem zostaje Łopatyński (Ukrainiec) z Wydziału Weterynaryjnego Uniwer­sytetu Warszawskiego, znakomity znawca koni. Również z Warszawy przyjeżdża prof. Andrijewski (Ukrainiec) i prowadzi Katedrę Chorób Zakaźnych. Jedynym niemieckim wykładowcą w tym okresie jest prof. Sedel­mayer, specjalista w zakresie higieny i chorób wymienia, kierujący Katedrą Środków Spożywczych.
Prof. Trawiński ukrywa się. Prof. Szczudłowski prowadzi tylko Chirurgię Koni wraz z Okulistyką oraz Ortope­dię. Pewną nowością była tzw. klinika wyjazdo­wa (Ausenklinik), w której asystenci zabierali stu­dentów do ciekawszych przypadków w terenie. Program pozostałych katedr na uczelni był bez zmian. W sumie studia były nieco krótsze. Rok studiów trwał 12 miesięcy i był podzielony na dwa semestry. Lipiec przeznaczo­ny był na wakacje. W sumie w dziewięciu seme­strach skomasowano egzaminy i kolokwia z I, II i III roku oraz egzaminy i kolokwia z trzech egzami­nów dyplomowych IV i semestr V roku. Do do­datkowych, ale i obowiązkowych przedmiotów należały: lektorat z języka niemieckiego, prowa­dzony przez dr. Konstantego Dębrowskiego, Weterynaria Sądowa (prof. Zakrzewski i doc. Żuliński) oraz Ustawodawstwo Weterynaryjne prowadzone przez wojewódzkiego lekarza weterynarii, którego nazwiska nie pamiętam.
Tak więc mimo nazwy Tierarztliche Fachkurse poziom nauczania był wysoki, a ciekawsze przypadki demonstrowano także niemieckiej służbie weterynaryjnej. Dotyczyło to szczególnie jednego z nich w okresie prowadzonych już przeze mnie wszystkich zajęć na Rinder Klinik. Wobec śmier­telnej choroby docenta Morawa mnie powierzono wykłady i ćwiczenia z położnictwa, sztucznego unasieniania oraz propedeutyki chorób we­wnętrznych bydła. Dużą Internę Bydła prowadził od tego czasu prof. Łopatyński. U jednej z krów, doprowadzonej do naszej kliniki z wywia­dem nimfomanii, podanym przez właściciela w trakcie przeprowadzanego przeze mnie badania narządu rodnego, krowa zerwała się z uwięzi i gwałtownym galopem uciekła w kierunku Ana­tomii Opisowej Zwierząt. Tam zaczęła atakować rosnące przed budynkiem wysokie topole. Po­twierdziło się natychmiast stwierdzone podej­rzenie o wściekliznę i ponad tydzień była ona odwiedzana i filmowana przez niemieckich weterynarzy.
Studentów na studiach mamy obu płci. Zgła­szają się także z Wydziału Weterynarii w Warszawie: Brykalski, Jabłoński, Kamińska (później docent, kier. Zakładu WZHW w Opolu). Przy przyjęciu na studia obowiązywało posiadanie świadectwa dojrzałości. Są tu jednak wyjątki. W ramach działania AK istnieje konieczność wydania kilku zaświadczeń studenckich osobom nie będącym studentami z fałszywymi dowodami osobistymi. Przeważnie chodziło o zdekonspirowanych żoł­nierzy AK w centralnej Polsce i tam już poszuki­wanych przez gestapo. Tutaj byli nowymi, po­trzebnymi ludźmi, wykorzystywanymi do dal­szych swoich powinności. Ponieważ sam włą­czony byłem do tych manipulacji, w których uczestni­czyli także – z rektoratu – „Siwy” i „Kró­lik”, mogę kategorycznie stwierdzić, że po skończonych działaniach wojennych żaden z nich nie nadużywał tego zaświadczenia. Na siedmiu posia­dających takie zaświadczenie czterech zginęło w różnych wojskowych akcjach. Dzięki takirn kon­taktom także jeden z naszych profesorów otrzy­mał fałszywe dowody osobiste dla żony i dzieci niearyjskiego pochodzenia. Pozwoliło to im przetrwać wojnę w innym miejscu zamieszkania.

Ciąg dalszy w następnym numerze