Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Romana Link-Machowska, Ewa Brodzisz-Śliwicka, WSPOMINAMY MARTE

Już wkrótce minie półtora roku, gdy nagle odeszła od nas Marta Woźniak, artystka scen polskich, lwowianka aktywnie oddana sprawom polskiego Lwowa, autorka wielu artykułów w naszym kwartalniku i jego wierna czytelniczka.
Urodziła się we Lwowie na Łyczakowie w 1937 roku. Babką jej była Helena, z domu Sowińska, herbu Nałęcz, a dziadkiem Karol Skofleg, absolwent Politechniki Lwowskiej na wydziale kolejowym. Po wybudowaniu kilku obiektów kolejowych w Galicji kupił w Zadwórzu niewielki majątek i zamieszkał tam wraz z rodziną. Nadal pracował w kolejnictwie. Zmarł w 1927 roku, pozostawiając pod opieką babkę i trójkę małoletnich dzieci zaprzyjaźnionemu z rodziną Rusinowi Stefanowi Fiodowowi. Po latach, już w czasie okupacji niemieckiej, został on mężem babki, aby uchronić ją przed narastającą agresją ukraińską. Ojciec Marty, Karol Woźniak, po ukończeniu Wyższej Szkoły Handlu Zagranicznego, gdzie był znanym działaczem Bratniej Pomocy, pracował w Spółce Naftowej „Małopolska” . Po wybuchu wojny w 1939 roku jako oficer rezerwy przeszedł całą kampanię wrześniową. Po zakończeniu działań wojennych, gdy usiłował przedostać się na Węgry, został ujęty przez NKWD i wywieziony na wschód. Wiele lat po wojnie trwały bezowocne poszukiwania i dopiero 1994 r. okazało się, że został zamordowany w 1940 r. w Bykowni na Ukrainie. Matka w czasie wojny była czynną działaczką w Armii Krajowej, a mała wówczas Marta często stawała się kurierem przenoszącym pod ubraniem podziemne gazetki.
Naukę w szkole powszechnej rozpoczęła jeszcze we Lwowie w 1943 roku. W Wielkim Tygodniu 1944 roku Ukraińcy zamordowali w Zadwórzu babkę Marty, pochowaną później na Cmentarzu Łyczakowskim. Niedługo potem (czerwiec 1944) Fiodow, a także matka z Martą i wujkiem Kaziem, obawiając się zemsty Ukraińców, wyjechali pociągiem do Bochni, gdzie Stefan miał rodzinę.
Przed Bochnią w czasie postoju na stacji Babica Fiodow został wywołany z pociągu i skrytobójczo zamordowany. Matka z Martą zatrzymały się w tej wsi do czasu wejścia wojsk sowieckich (sierpień 1944). Do Lwowa wracały przez Przemyśl w dramatycznych warunkach, korzystając z okazyjnych samochodów ciężarowych i nocując w rozmaitych domach, a często po prostu z konieczności w rowie przydrożnym. Był to sierpień 1944 roku.
W 1945 r. późną jesienią, gdy Marta chodziła już do drugiej klasy, trzeba było podjąć decyzję, czy zostać we Lwowie i być obywatelem ZSRR, czy wyjechać do „nowej” Polski. Po przeszło dwutygodniowej podróży w wagonie towarowym znalazły się ostatecznie w Zielonej Górze i tu mała dziewczynka ze Lwowa rozpoczęła nowe życie.
Kuzyn Marty Woźniak – Jan Matauszek (z gołą głową) w swoim majątku k. Lwowa, obok rządca i chłopi z majątku
Szkoła i pierwsze w życiu przedstawienie teatralne. Były to Grube ryby Michała Bałuckiego z Ludwikiem Solskim w głównej roli. Marta w imieniu szkoły witała Mistrza na Rynku miasta i ta mała dziewczynka nawet nie przeczuwała wtedy, że ów pierwszy kontakt z teatrem przerodzi się w jej całe życie, że drzemie w niej utalentowana aktorka. Być może, że spotkanie po jakimś czasie z lwowianką Barbarą Bittnerówną – tancerką, i Feliksem Parnellem – choreografem, spowodowało, że zaczęła myśleć o tańcu i teatrze jako swojej przyszłości. Zaczęła się uczyć muzyki w szkole muzycznej, ale wkrótce – w 1947 roku – wyjechała do Chełma, następnie do Przemyśla, by wreszcie w 1952 roku osiąść na stałe w Warszawie, gdzie w Liceum Ogólnokształcącym im. Sowińskiego otrzymała świadectwo maturalne.
Warszawa to było już dorosłe życie Marty. Zdecydowana na aktorstwo, rozpoczęła studia w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej, którą ukończyła w 1959 roku. Już podczas studiów dostrzeżono jej talent, czego dowodem są bardzo pochlebne recenzje z przedstawień granych przez studentów. Po ukończeniu studiów rozpoczęła występy. Grała aż w jedenastu teatrach. Olsztyn, Bydgoszcz, Koszalin, Kraków, Toruń, Zielona Góra, Płock – to tylko niektóre z miast, w których występowała. Była wolnym ptakiem, dusiła się w jednym miejscu, stąd te zmiany, ale wszędzie doceniano jej talent i zawsze była bardzo chętnie angażowana. Powierzano jej ciekawe i ważne role, a ona wcielała się w te sceniczne postacie, stwarzając niezapomniane kreacje.
W wywiadach, których udzielała, mówiła, że najbardziej odpowiadają jej role dramatyczne, chociaż bardzo lubi muzykę i śpiew i ma zamiar, gdy jej czas pozwoli, kontynuować studia muzyczne.
Jednym z jej aktorskich osiągnięć był monodram O co my tak walczymy, oparty na utworach poetyckich Słowackiego, Norwida, Wyspiańskiego i Słonimskiego, który wykonała na scenie Teatru Lubuskiego w Zielonej Górze, według własnego wyboru i układu tekstu. Data wystawienia monodramu – rok 1981 – była, w zamierzeniach Marty, nawiązaniem do roku 1918, kiedy to Polska odzyskała niepodległość. Monodram został bardzo wysoko oceniony przez recenzentów.
Marta Woźniak (za stołem) w sztuce A. Kertesza „Wdowy”
Do Lwowa, po raz pierwszy po wojnie, pojechała w 1990 roku. Szok, jakiego doznała, ona, Polka, urodzona w tym mieście, na widok miasta, z którego Ukraińcy za wszelką cenę chcą wymazać z pamięci świata wielowiekową polskość, spowodował, że zajęła się przywracaniem tej pamięci. Zaczęła pisać. Pisała artykuły o swoich pobytach we Lwowie, zawsze opatrzone znakomitym komentarzem. W artykułach tych, które ukazywały się w polskich gazetach, podkreślała polskość Lwowa i w jaki sposób Ukraińcy starają się zawłaszczyć to, co Polacy byli zmuszeni tam pozostawić. Pisała wzruszająco, z wielkim sercem o mieście, w którym przecież tak krótko mieszkała. Taki między innymi był artykuł pod tytułem Wierzę w Lwów, zamieszczony w „Naszym Dzienniku” (1998). Pisała też do kwartalnika „Cracovia–Leopolis” gdzie między innymi ukazał się w 2003 r. artykuł pod tytułem Jawi się jako wzorzec, a w 2004 roku Odnalazłam Skiza.
Przez ostatni rok swego życia kończyła i przygotowywała do wydania zbiór reportaży z podróży do Lwowa w latach 1990–2000 pt. Prawie reportaże. W 2005 r. w lecie złożyła je do druku. Niestety nie zdążyła już doprowadzić do ich wydania.
Marta, jako osoba bardzo religijna, była silnie związana z pielgrzymkami Jana Pawła II. Uczestniczyła w pielgrzymkach papieża Polaka w Polsce, na Słowacji, we Lwowie oraz na Ukrainie w Kijowie. W 1997 r. w Krośnie, podczas kanonizacji Jana z Dukli, obecność licznej grupy wiernych ze Lwowa obrządku łacińskiego i unickiego nasunęła Marcie myśl, aby zbliżającą się 350. rocznicę Ślubów króla Jana Kazimierza w Katedrze lwowskiej połączyć z przypomnieniem i przybliżeniem postaci św. Jana z Dukli, patrona Lwowa i Europy. Wszak życie i duszpasterska działalność tego Świętego we Lwowie przywołuje wartość tego miasta i jego religijno-cywilizacyjną misję w dziejach Drugiej Rzeczpospolitej.
Marzeniem Marty Woźniak, które tylko w czę­ści zostało zrealizowane, było organizowanie wystaw o Lwowie. Wystaw, które można by było pokazywać w różnych miastach Polski, a także w samym Lwowie. Udało się jej zorganizować jedną pod tytułem Teatr we Lwowie przez dwa wieki z okazji upływających dwustu lat od daty założenia w 1794 roku przez Wojciecha Bogusławskiego, „ojca teatru polskiego”, pierwszego, stałego teatru polskiego we Lwowie. Pierwszy wystawę zobaczył Płock, gdzie wówczas występowała. Po Płocku Przemyśl, a właściwa premiera odbyła się w Krakowie w maju 1994 w Śródmiejskim Ośrodku Kultury. Można śmiało użyć słowa „premiera” – wszak twórczyni tej wystawy była aktorką. W czasie trwania wystawy Zakład Teatru UJ, kierowany przez prof. Jana Michalika, zorganizował tam małą „sesję teatralną”. Swoją pracę nad tą wystawą i o kontaktach podczas pracy z aktorami pochodzącymi ze Lwowa bardzo ciekawie opisała właśnie w kwartalniku „Cracovia–Leopolis”.
Jeszcze jedną jej aktywnością, której bez reszty się oddała, było opracowanie programu uroczystości w setną rocznicę (kwiecień 2001) urodzin Mariana Hemara. Program uroczystości miał obejmować: międzynarodową sesję popularno-naukową, wystawę książek i publikacji – z bogatego i różnorodnego dorobku Mariana Hemara, spektakle teatralne Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie i ewentualnie Teatru „Ateneum” z Warszawy, wmurowanie tablicy pamiątkowej. Niestety, brak funduszy nie pozwolił na realizację tej pracy. Program został zrealizowany we wrześniu 2001 r. w znacznie skromniejszej wersji, tylko siłami aktorskimi we Lwowie, bez wystawy. Również wykonanej już tablicy nie udało się wmurować w ścianę domu, w którym Hemar się urodził. A jej się marzyło, że ta uroczystość będzie realizowana we Lwowie nie tylko siłami aktorskimi lwowskiego teatru, ale również przez aktorów z teatru „Ateneum” z Warszawy. Opracowała też scenariusz spektaklu z piosenkami i wierszami Hemara.
Gdy trzeba było, Marta stawała się też korespondentką. W 2004 r., w czwartym numerze kwartalnika „Cracovia–Leopolis” napisała wspaniałą recenzję z występu wrocławskiego Kabaretu „Kalambur”, który odbył się w Leśnej Podkowie w domu Iwaszkiewiczów na Stawiskach. Młodzi aktorzy wykonywali skecze i fragmenty z „Lwowskiej Fali”, utrzymując wdzięk, rytm i klimat Lwowskiego Radia, który tak ujął słuchaczy w całej międzywojennej Polsce.
W swojej recenzji Marta podkreśliła, że w występie wrocławian było to, o co walczyła. A walczyła o to, by polskość Lwowa nie była przez młodych zapominana i aby pamiętano, że ukraińskie zespoły muzyczne, śpiewające lwowskie piosenki po ukraińsku, bezprawnie je sobie przywłaszczają.
Recenzja o wystawie „Piękny Lwów” w pałacu Lubomirskich w Rozwadowie z 2005 roku była krótka, zwięzła, a równocześnie pełna treści i uzasadnionej krytyki. Podczas oglądania tej wystawy uderzyło ją, że pokazano i opisywano grupie młodzieży, która aktualnie ją zwiedzała, cytuję słowa z tej recenzji – „miasto może interesujące, ale udziału Polaków w jego budowaniu oczywiście nie eksponowano, ani ich życia tam i kultury. A więc to miasto wielonarodościowe, jakby z przewagą akcentów niepolskich”. W 2006 roku w pierwszym numerze „Cracovia–Leopolis” redakcja kwartalnika zamieściła jej uwagi, którymi uzupełniała swoją recenzję dotyczącą wyżej wspomnianej wystawy. Niestety, gdy ukazały się, autorka już nie żyła.
Marta Wożniak zmarła nagle w jesieni 2005 roku. Śmierć zabrała ją w pełni sił twórczych. Wprawdzie na scenie już nie występowała – przeszła na emeryturę – ale miała wspaniałe plany. Dla niej Lwów nie przestał być polski i chciała, by o tym wiedzieli nie tylko ci, co się we Lwowie urodzili, a którzy już koleją rzeczy odchodzą, ale młodzi Polacy. By nie powtarzały się takie sytuacje jak ta, że ona, studiując w Szkole Teatralnej, nie wiedziała, że we Lwowie był przed wojną teatr na miarę europejską, że występowali tam najwięksi polscy aktorzy z Solskim i Osterwą na czele, a dyrektorami byli tacy ludzie jak Horzyca. Ona dowiedziała się o tym dopiero, gdy pojechała do Lwowa i zobaczyła przepiękny gmach tego teatru. Dlatego uważała, że nie wolno o polskim Lwowie przestać mówić. W swoich wspomnieniach pod tytułem Jawi się jako wzorzec, zamieszczonych w „Cracovia–Leopolis” krytykuje żyjących w Polsce lwowiaków za ich brak dbałości o pamięć o Lwowie.
Cytuję: Boleśnie jednak mi brak u wielu lwowiaków tego charakterystycznego dla Lwowa promieniowania na sprawy polskie, tu i teraz. Dzisiejsze starsze pokolenie nie potrafiło „przekazać pałeczki” swym potomnym.
Ona chciała przekazywać tę pałeczkę, chciała nadrobić zaniedbania, ale śmierć okazała się bezlitosna
Dla Marty Woźniak słowo „Lwów” nie było tylko nazwą miasta. w którym się urodziła, suchą informacją w dokumencie. Ona cała była Lwowem przepełniona. Odeszła i zabrała tę ogromną miłość do swego rodzinnego miasta ze sobą.
Może wróciła do Lwowa?