Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Alicja Michłowska, SIOSTRY Z SIENIAWSKIEJ ULICY

Przypadki się zdarzają. Ale bywa, że to, co uważamy za przypadki, wcale nimi nie są, bo obracamy się w jakichś logicznych układach przyczyn i skutków, w których wydarzenia i ludzie biorący w nich udział są wzajemnie spleceni w przestrzeni i czasie. Tu oczywiście chodzi o Lwów, ale Lwów jakże szeroko pojęty: od Polski – przez Kazachstan, Bliski Wschód, Londyn – po wszystkie części świata, licząc zaś w czasie – od tamtego września po dzień dzisiejszy. Pasuje tu motto, zacytowane na początku jednego z zeszłorocznych numerów CL: Leopolis ubique praesens – Lwów wszędzie obecny!
W CL 3/06 zamieściliśmy krótkie wspomnienie o Wandzie Bober-Majchrzyckiej, zmarłej w czerwcu ubiegłego roku. W kolejnym numerze (4/06) znalazło się omówienie książki jej siostry, Alicji Bober-Michałowskiej oraz – całkiem przypadkowo – dwa inne teksty, które w przedziwny sposób okazały się z tamtymi związane. Były to: list z Kazachstanu Anny Obfidowicz oraz wspomnienie o Janinie Winowskiej. Niedługo potem nadszedł list z Gdańska od Pani Alicji, która te ciekawe sploty wykryła i podzieliła się z nami swymi komentarzami i refleksjami. Oto list p. Michałowskiej z sierpnia ’06:

[Numer 3/06] ucieszył mnie artykułami o moich nauczycielkach w szkole SS. Nazaretanek we Lwowie w roku szkolnym 1933/34 – uczęszczałam do szóstej klasy szkoły powszechnej. Moją siostrę panie uczyły dłużej w tamtejszym gimnazjum.
Panią Hankę Obfidowicz Wandzia pamiętała jeszcze jako pannę Dolińską. Nie wiedziałyśmy, że była wywieziona i miłą niespodzianką dla nas była wiadomość, że znalazła się w Palestynie.
Po zdaniu matury w Szkole Młodszych Ochotniczek w Nazarecie została jako jedna z dwudziestu absolwentek Liceum wraz z liczną większością absolwentek Gimnazjum SMO przeznaczona do Pomocniczej Służby Lotniczej Kobiet w Anglii. Dołączono też te dziewczęta, które przekroczyły osiemnaście lat, bez względu na to, ile klas gimnazjalnych tam zdążyły ukończyć. Razem było nas dwieście.
Z Nazaretu przeniesiono nas do Ośrodka Zapasowego PSWK w miejscowości Al Mugar w Palestynie, na trasie między miastem Rehovoth a Goarą. Wanda pracowała wówczas w V Szpitalu Inwalidów w Gazie jako „siła biurowa”, pisząc na maszynie.
Odwiedziła mnie w Al Mugar i tam razem zgłosiłyśmy się do komendantki Obozu – pani Hanki Obfidowiczowej. Poznała nas, pamiętała. Cieszyła się, że przeżyłyśmy, współczuła, że rodzice dopiero czekają na ewakuację. Prosiłyśmy o to, by pozwolono nam być razem, ale pani Hanka przyznała, że to przekracza jej kompetencje i poradziła nam „stanąć do raportu z prośbą” do komendanta Placu, generała Wiatra. Sama była oficerem, o ile pamiętam, w stopniu porucznika.
To było w pierwszej połowie marca 1944 r. Nie widziałam się już później z panią Hanką i nie wiem nic o dalszych jej losach. To tylko jest pewne, że nie pozostała na zesłaniu na tej nieludzkiej ziemi.
 
*  *  *
Pani Janina Winowska, czyli druhna Inka, uczyła mnie historii. Cała nasza szósta klasa liczyła dziewięć uczennic, więc nie sprawiałyśmy problemów. Lwowskie SS. Nazaretanki zaczynały dopiero organizować u siebie szkołę powszechną przy ul. Unii Lubelskiej 5–9 w roku szkolnym 1933/34, w miejsce likwidowanego Seminarium Nauczycielskiego, zgodnie z reformą jędrzejewiczowską.
Wakacje 1934 r. spędzałam, jako zuch, z obiema siostrami na obozie harcerskim w Bystrej za Baligrodem. Młodsze dziewczęta zakwaterowano w budynku (szkoła?), kurs dla zastępowych ulokowano w jakiejś dużej szopie, a najstarsze rozbiły namioty na pięknej łące po drugiej stronie rzeki.
W czasie nagłej powodzi rzeka ogromnie wylała, zerwała kładkę, podmywała namioty. Do najbliższego mostu w Baligrodzie – 4 km – trudno było się dostać podczas nieustannej ulewy.
Właśnie wtedy słyszałam, że druhna Inka stara się wnieść jak najwięcej optymizmu, potrzebnego w przetrwaniu trudnej sytuacji. To mi utkwiło w pamięci. Potem nie spotkałam już pani Winowskiej, ale od siostry wiedziałam, co się z nią dzieje.
Na ten obóz przyjechała z wizytacją druhna Luna Stipalówna*. Pamiętam, że wygłosiła długi odczyt o Marii Curie-Skłodowskiej, której zgon uczciłyśmy opuszczeniem chorągwi do połowy masztu oraz chwilą milczenia. Czułam się niemal dorośle uczestnicząc w tych wydarzeniach.
A potem w 1938 r. zdałam do Liceum Pedagogicznego, jeszcze za kadencji pani Jadwigi Sanojcowej (w czerwcu), zaś we wrześniu przełożoną liceum była już pani Stipalówna.
Z końcem lat siedemdziesiątych wraz z dwiema koleżankami odwiedziłam w Sopocie naszą byłą Przełożoną. Trzymała się wspaniale i opowiedziała nam, że napisała całą historię Harcerskiej Chorągwi Lwowskiej i złożyła ją w Dziale Rękopisów Biblioteki Jagiellońskiej.

*  *  *
Chciałam już ostatecznie zakończyć, ale właśnie na otwartej ósmej stronie numeru** zobaczyłam to nieodcyfrowane słowo z ­listu pani Hanki. Domyślam się, że: „nie ma pracy, nawet ubo...” – „uborszczycy”, czyli sprzątaczki.
To już wszystko.


*    Patrz CL 4/06
**    Chodzi o CL 2/04

Bardzo dziękujemy Pani Alicji za te wspomnienia, które uzupełniają naszą wiedzę o paniach Obfidowiczowej i Winowskiej, a także za wyjaśnienie nieodczytanego, całkiem nam (oczywiście) nieznanego słowa.
Pani Michałowska przysłała też życiorys swej siostry Wandy, w którym obok jej dramatycznych losów zawarte są ciekawe informacje o lwowskiej rodzinie – przedstawiamy go przeto jako Sylwetkę.
Co do pani Obfidowicz, byłoby ciekawe poznać jej dalsze losy – co się z nią stało, gdzie spędziła kolejne lata swojego życia? W tym numerze wspomina ją także p. prof. Węgrzynowicz.

Z bólem przyjęliśmy wiadomość o śmierci Pani Alicji w sierpniu ’07. Została pochowana w Kraśniku, gdzie przez wiele lat mieszkała.