Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

NOWE KSIĄŻKI

• Pani Włada Majewska opisała swoje życie, dodajmy: swoje piękne, błyskotliwe i owocne życie. Bogactwem tego żywota obdzieliła kilka pokoleń w wielu miejscach Europy, w których lwowianie byli zawsze w pierwszym rzędzie.
Najpierw były więc lata lwowskie – to było piękno wesołe. Potem lata wojny – to było piękno waleczne. W końcu najdłuższe lata emigracyjne – to było piękno pamięci. Wszystkie owe trzy rozdziały życia zamykają się w książce, która nosi tytuł: Z Lwowskiej Fali do Radia Wolna Europa (Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2006). Tom ma ponad 200 stron i ogromną ilość zdjęć ze wszystkich trzech epok.
Książka Pani Włady to nie tylko historia jej życia. Jej niezwykła aktywność oraz talenty artystyczne i towarzyskie sprawiały, że była zawsze w centrum wydarzeń i spraw każdej po kolei epoki i miejsca swego życia. Pierwsza i trzecia – w miarę stabilne – dały tytuł wspomnieniom. Ale między nimi była jeszcze jedna, najbardziej niezwykła: przenoszenie się po wojennych frontach i miejscach stacjonowania polskich oddziałów, życie w namiotach i środkach transportu – i nieustanne występy. To były przeżycia niesłychane: po jednej stronie „Lwowska Fala” z Władą Majewską, Szczepkiem i Tońkiem, z naszym niezapomnianym – tu w Krakowie – panem Stanisławem Wasiuczyńskim i paronastoma innymi sławnymi osobami, z drugiej żołnierze wyzwoleni z „nieludzkiej ziemi”, korpus oficerski z generałami Maczkiem, Borutą-Spiechowiczem, Rayskim, Andersem, Rudnickim, nawet Sikorskim...
Kolejne kilkadziesiąt lat w Londynie, współpraca z „Wolną Europą”, której słuchała po kryjomu cała zniewolona Polska. Za pośrednictwem WE – kabaret Hemara, setki imprez, piosenek, wierszy. To był wspaniały wkład w psychiczne przetrwanie narodu w kraju i na emigracji. Włada Majewska zawsze należała do czołowych postaci tej szczególnej walki.
Dodajmy na koniec najwcześniejsze lata – lwowskie. Wczesna młodość, nauka, pierwsze występy w „Wesołej Lwowskiej Fali” u boku wspaniałych artystów, autorów. I coraz większa samodzielność, popularność. To był początek wszystkiego...
Ta książka jest więc historią Polski widzianą poprzez jedno życie. Życie, które toczy się wśród ważnych wydarzeń, w miejscach naznaczonych przez historię i obok niecodziennych ludzi.

• Do najważniejszych prac, dokumentujących naukę i kulturę polskiego Lwowa, należy w ostatnim czasie książka napisana przez prof. Jana Drausa z Uniwersytetu Rzeszowskiego – Uniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie 1918–1946. Portret kresowej uczelni (wyd. Księgarnia Akademicka, Kraków 2007).
Choć prof. Draus nie należy do naukowców najmłodszych (ur. 1952 w Kolbuszowej), to i tak reprezentuje pokolenie urodzone i wykształcone sporo po odebraniu nam Lwowa. Jednak pamięć o jednej z najważniejszych stolic naszej nauki i kultury jest zawsze na tyle silna, że przyciąga coraz to więcej uczonych i zespołów naukowych młodszych pokoleń. Świadczy o tym wzrastająca podaż wydawnicza nie tylko w największych miastach, jak Warszawa, Kraków, Wrocław, ale także tych średnich: Rzeszów, Kielce, Lublin, Częstochowa czy Opole.
Profesor Draus rozpoznał i opisał UJK lat międzywojennych wielostronnie. Omówił krótko jego tradycje od XVII wieku (uniwersytet lwowski stał się trzecim w Polsce, po krakowskim i wileńskim, a potem długo, długo nic...), jego strukturę (5 wydziałów*) i sławne szkoły naukowe: filozoficzną K. Twardowskiego, prawniczą O. Balzera, kartograficzną E. Romera, antropologiczną J. Czekanowskiego, biochemiczną J. Parnasa i R. Weigla, matematyczną z całym zespołem sław światowych, muzykologiczną A. Chybińskiego, historyczno-społeczną i gospodarczą F. Bujaka.
We wstępie autor pisze: [...] Wszechnica Lwowska, która w dwudziestoleciu międzywojennym przeżywała apogeum pod względem naukowym, posiadała pełną świadomość swojej historycznej misji na Południowo-Wschodnich Kresach. Lwowski i emigracyjny historyk Stefan Mękarski określił tę uczelnię jako Academia Militans. [...] A dalej:
Propaństwowa postawa ­Uniwersytetu Jana Kazimierza nie oznaczała negatywnego stosunku do mniejszości narodowych. Jakkolwiek relacje polsko-ukraińskie czy polsko-żydowskie nie zawsze układały się dobrze, to jednak władze Uniwersytetu konsekwentnie podkreślały pozytywny stosunek wobec postulatów naukowych i kulturowych Ukraińców i Żydów, lecz na gruncie państwowości polskiej. Senat uniwersytecki, odnosząc się w 1924 r. do rządowych decyzji powołania uczelni ukraińskiej, stwierdził m.in.: „Rzeczpospolita czynem tym pragnie – w myśl dawnej tradycji polskiej – dać swym obywatelom, żyjącym z nami od wieków na wspólnej kresowej ziemi, dowód sprawiedliwości i gotowości spełnienia ich upragnionych żądań w dziedzinie swojskiej kultury, która może swobodnie rozwijać się na ścisłym gruncie państwowości polskiej”. [...]
W dwudziestoleciu międzywojennym Uniwersytet Jana Kazimierza, obok dorocznych lwowskich Targów Wschodnich, był także ambasadorem międzynarodowej pozycji Lwowa. Właśnie na tych instytucjach spoczął główny ciężar promowania miasta podczas planowanych na rok 1940 międzynarodowych obchodów jego 600-lecia. Niestety, wybuch II wojny światowej przeszkodził w tej wielkiej lwowskiej inicjatywie. Zamiast dyskusji o przyszłości i wykuwania nowej cywilizacyjnej roli tego miasta, Uniwersytet ponownie wezwany został do egzaminu z patriotyzmu, dzielnie broniąc Lwowa i walcząc z upokorzeniami i terrorem dwukrotnej okupacji sowieckiej oraz okupacji niemieckiej. [...]
W rozdziale I szczegółowo zostały omówione poszczególne wydziały i podane skrócone życiorysy profesorów (a także rektorów całego XX-lecia). Autor omówił udział kadry naukowej w życiu publicznym i politycznym państwa, a dalej działające na uczelni organizacje studentów polskich i niepolskich (ukraińskich, żydowskich, niemieckich), nie pomijając problemu sporów i konfliktów tamtego czasu.
Dwa kolejne rozdziały (II i III) dotyczą uniwersytetu w okresach pierwszej okupacji sowieckiej (1939–41) i niemieckiej (1941–44). Przedstawiono wszystkie zmiany ideowe, organizacyjne (z nazewniczymi włącznie) i personalne. W tych ostatnich wymieniono zmarłych i zamordowanych (w tym kaźń profesorów w 1941 r. – uwzględniono wszystkie uczelnie lwowskie), deportowanych, usuniętych z uczelni i tych, którzy znaleźli się za granicą w różnych krajach świata.
Następny rozdział (IV) omawia działalność UJK w konspiracji. Ostatni rozdział (V) odnosi się do drugiej okupacji sowieckiej, która przyniosła dramatyczny kres naszego Uniwersytetu. Autor pisze o represjach i ekspatriacji, a w końcu opisuje diasporę Uniwersytetu, którego kadra naukowa rozeszła się po wszystkich niemal uniwersytetach powojennej Polski (nie mówiąc o emigracji), wnosząc wybitny wkład w ich reanimację lub wręcz tworzenie od nowa. Jednak nawet w takiej sytuacji nie uniknęli lwowianie licznych przykrości, a nawet prześladowań ze strony władz komunistycznych, które obawiały się większych zorganizowanych skupisk inteligencji lwowskiej i wileńskiej. We Lwowie pozostali nieliczni pracownicy naukowi UJK i innych uczelni.
Na końcu książki zamieścił autor słownik biograficzny tajnego UJK, obejmujący ok. 120 nazwisk.
Pracę prof. Jana Drausa trzeba ocenić jako wybitne źródło informacji o najlepszych i o tragicznych losach naszego lwowskiego Uniwersytetu. Nie dziw, że możliwość jej zakupienia w księgarniach graniczyła z cudem.

* Humanistyczny, Prawa, Matematyczno-Przyrodniczy, Lekarski i Teologiczny. W roku akademickim 1938/39 UJK liczył 104 katedry, miał 86 profesorów oraz 110 docentów.

• W ciągu minionych prawie 20 lat doczekaliśmy się niemałej liczby nowych przewodników po Lwowie, poczynając od Terleckiego z 1990 r., potem był szereg dalszych, które zawsze witaliśmy i polecaliśmy z satysfakcją naszym Czytelnikom. Był jeden wyjątek – bardziej z powodów ideowych niż merytorycznych – nie mieliśmy jednak powodów, by rekomendować coś, co obrażało nasze uczucia (nb. ów autor określił nasze uwagi jako infantylne – tyle potrafił odpowiedzieć). To tytułem wstępu.
A teraz ukazał się nowy przewodnik Lwów (Oficyna Wydawnicza „Rewasz”, Pruszków 2006), który nie tylko jest świetny merytorycznie, ale ma też w sobie coś, co wykracza poza klasyczne informacje przewodnikowe i zbliża nas do ducha tamtego Miasta – jego polskiej historii i kultury, ludzi i całej niepowtarzalnej społeczności oraz codziennego życia, jego prozy i poezji. Zadziwiające to, że główny autor przewodnika, Przemysław Włodek, zamieszkały w Krakowie, po pierwsze nie ma żadnych korzeni lwowskich czy wschodniomałopolskich, po drugie jest bardzo młody, po trzecie jest lekarzem i ciężko pracuje zawodowo. Współautorem jest Adam Kulewski, profesjonalista, który tekst Włodka – jak się dowiadujemy – sprowadził bardzo sensownie na ziemię, ponieważ pierwotny (którego fragment drukowaliśmy w CL 3/04) zawierał ogromną ilość wiadomości, znakomitych, lecz trudnych do pomieszczenia w formie przewodnika. Mamy jednak nadzieję, że się nie zmarnują!
Ale właśnie te liczne, drobne informacje stanowią magnes dla tych czytelników, którzy znają główne zabytki i obiekty Lwowa i jego okolic. Dla ludzi dopiero poznających Lwów wiadomości podstawowe – o obiektach, instytucjach, wydarzeniach i ludziach są opracowane wyczerpująco, z licznymi wyjaśnieniami dodatkowymi (nie tylko w ramkach), planikami i fotografiami starymi i współczesnymi, cytatami, a nawet nutkami. Zadziwiające bogactwo i różnorodność informacji.
Oczywiście, jak wszędzie, znajdzie się tu jakaś ilość braków, błędów, nieścisłości, jednak absolutnie nie obniża to wartości omawianego przewodnika. Drugie wydanie być musi, więc autorzy mają okazję do dalszego ulepszenia swego dzieła..

• Tę książkę opublikował Witold Szolginia dawno, 13 lat temu, ale jakimś trafem dopiero teraz do nas dotarła. Nosi tytuł Pudełko lwowskich wspomnień pełne, wydały „Sudety”, Wrocław 1994.
I rzeczywiście, jest to zbiór opowiadań o lwowskich latach jego życia, dzieciństwie, dorastaniu, latach szkolnych, a także o rodzinie, nauczycielach, kolegach i przyjaciołach. Ale na tym tle o różnych ciekawych przedmiotach, które Szolginia starannie opisuje, analizuje, kojarzy wydarzenia, sięgając do własnej, głębokiej erudycji i znajomości wszystkiego co lwowskie. Dlatego czyta się to z zaciekawieniem, ale i rozrzewnieniem, bo przed oczami staje miniony świat starego (tak, starego, bo ubiegłowiecznego!) Lwowa. Ktoś powie: te lata wszędzie rozrzewniają, w Krakowie, Warszawie czy Suwałkach, lecz na to odpowiemy: tak, ale tam pozostała ciągłość (może najgorzej z tym w zniszczonej Warszawie), we Lwowie zaś tej ciągłości tyle, co na lekarstwo. Dlatego szanujmy i doceniajmy każdy uratowany drobiazg, tak jak to robił Szolginia...

• W Krakowie czynna jest przez cały rok 2007 wystawa malarstwa Fryderyka Pau­tscha, zatytułowana Sceny huculskie. Poprzedziła ją wystawa tegoż artysty Portrety, a ma ich być podobno jeszcze trzy: Sceny rodzajowe, Sceny wojenne i Pejzaże. Skąd ów urodzaj na tego właśnie malarza?
Kim był F. Pautsch, dobrze pamiętamy (1877–1950, patrz CL 3/97). Urodził się w Delatynie nad Prutem jako syn leśnika, do szkół chodził we Lwowie. Potem były studia w Krakowie i za granicą, paroletnia działalność artystyczna we Wrocławiu, a po odzyskaniu niepodległości przez kilka lat w Poznaniu, skąd w 1925 r. przeniósł się do Krakowa i tu mieszkał i działał do śmierci po II wojnie.
Dla nas ważne to, że pozostał Pautsch wierny swoim (i naszym) stronom. Wraz z Kazimierzem Sichulskim i Władysławem Jarockim tworzyli „trójkę huculską”, oddając się malowaniu piękna tamtych gór i huculskiego folkloru.
Dzieła Pautscha znalazły się w wielu muzeach polskich, jednak niemała ich ilość pozostała w krakowskim domu artysty. Po pięćdziesięciu latach córka ofiarowała je Muzeum Archidiecezjalnemu w Krakowie.
Jak wieść gminna niesie w Krakowie, rodzina proponowała pierwotnie inne rozwiązanie: objęcie przez tutejsze Muzeum Narodowe całej schedy po F. Pautschu, wraz z jego stylową willą, jej odnowienie oraz stworzenie tam oddziału MN, poświęconego temu artyście. Swoje muzea we własnych niegdyś domach mają wszak w Krakowie Jan Matejko i Józef Mehoffer. Tej atrakcyjnej idei nie przyjęło Muzeum Narodowe, zapewne ze względów finansowych i techniczno-organizacyjnych.
Po tej długiej dygresji biograficznej wracamy do nowych książek: z okazji wystaw wydano dwa piękne albumy: Fryderyk Pautsch. Portrety oraz Fryderyk Pautsch. Sceny huculskie. Autorem jest dyrektor Muzeum, ks. Andrzej Nowobilski (wyd. Muzeum Archidiecezjalne, Kraków 2006?).
Trzeba wyrazić ogromne uznanie autorowi i zarazem wydawcy obu albumów. W części tekstowej dowiadujemy się bardzo wiele o artyście, jego życiorysie i twórczości, w których wątki wschodniomałopolskie i lwowskie odgrywają niemałą – a w pewnej części – zasadniczą rolę. Zdjęcia obrazów (w pierwszym tomie 78, w drugim 56) wykonał ks. Marek Wasil, ponadto sporo innych fotografii.

• Wśród wielu albumów malarstwa, jakie się ukazują, ten zwraca szczególną uwagę: Portrety, które prezentuje, są z pozoru dla odbiorcy całkowicie zrozumiałe (tym bardziej że ich większość przedstawia samą autorkę o oryginalnej urodzie albo osoby do niej bardzo podobne), a jednak nie jest to malarstwo w pełni realistyczne.
Mówimy o albumie pokazującym twórczość Wandy Macedońskiej – Malarstwo i rysunek (Wydawnictwo Konserwatorów Dzieł Sztuki, Łódź 2004), wzbogaconym o wstęp napisany przez autorkę w sposób – jak wszystko – oryginalny co do treści i formy. Część jest przedstawiona pismem drukowanym, część zaś – odręcznym: to zwierzenia artystyczne i całkiem prywatne, rodzinne. Na końcu znalazły się wypowiedzi wielu ciekawych ludzi o Wandzie Macedońskiej.
Warto tu przybliżyć osobę artystki. Urodzona przed wojną we Lwowie (jej ojciec rodem ze Złoczowa). Bratem jest Adam Macedoński, znany grafik (jego sztuka jest też czymś ogromnie oryginalnym) przez wiele lat związany z dawnym, krakowskim „Przekrojem”, zarazem wybitny działacz antykomunistyczny, niepodległościowy.
Pani Wanda jest żoną Władysława Zalewskiego – oczywiście! wnuka i syna właścicieli słynnej cukierni z ulicy Akademickiej. Pan Władysław jest profesorem krakowskiej ASP, wybitnym konserwatorem dzieł sztuki.
O Lwowie mówi się w tej rodzinie bardzo dużo, co można też znaleźć w omawianym tu albumie.
Wracając do twórczości W. Macedońskiej: twarze przez nią malowane są z zasady piękne, aż do bólu. Głowy lub popiersia oglądamy zawsze na nierealnym, bajecznym tle – krajobrazie lub wnętrzu. Portretowane osoby mają oryginalne stroje (lub wcale ich nie mają), a wokół nich roi się od przedmiotów (najwięcej zegarów i ptaszków), które osobę ozdabiają bądź otaczają. I jeszcze wkomponowane napisy – przeważnie sentencje, z zasady łacińskie.
A więc surrealizm, który posługuje się realistycznymi formami, jednak skojarzonymi w sposób zaskakujący. W budowie malowanych przez siebie twarzy i postaci Macedońska korzysta z nauki mistrzów renesansu i baroku, ale w kompozycji obrazów jej mistrzem jest największy surrealista naszych czasów, Sal­vador Dali.
Jest więc Wanda Macedońska ważną postacią naszej sztuki współczesnej. I kiedy się o tym myśli, wraca żal, że i ona, i cała jej rodzina nie mogą tworzyć dalszego ciągu kultury Lwowa, przerwanej przed niemal siedmioma dziesiątkami lat. Iluż podobnych artystów rozbiegło się po całym świecie...

• O Bogdanie S. Kasprowiczu piszemy ostatnio dużo i coraz więcej, o jego twórczości poetyckiej i nie-poetyckiej. Mniej znana jest nam poezja innych Hanysów (jak sami o sobie piszą): Marcina Hałasia i Lesława Nowary, urodzonych na Górnym Śląsku, ale ze wschodniomałopolskimi korzeniami i duchem, bo tam los zagnał ich rodziny z naszych stron. Nie jest jednak ta twórczość całkiem nam nieznana, bo już kiedyś pisaliśmy o ich pięknych wierszach zamieszczonych w „Roczniku Lwowskim” (CL 2/05). Do tego właśnie faktu nawiązał sympatycznie Bogdan Kasprowicz we wstępie do tomiku Daleko od Lwowa, na który złożyły się wiersze wszystkich trzech. Wydał je oczywiście J. Wasylkowski w swym Instytucie Lwowskim (Warszawa 2006).
Czytając wiersze owych trzech twórców, pozostajemy pod ich wrażeniem z paru powodów. Po pierwsze: choć żaden z nich nie jest zawodowym poetą, ich wiersze wykazują absolutne opanowanie sztuki poetyckiej, w sensie artystycznym, duchowym, intelektualnym. Profesjonalizm osiągany jest przez przeżycie i – po prostu – talent. Po drugie: wszyscy trzej urodzili się na Śląsku – w Bytomiu, Katowicach, Gliwicach, więc wzrośli i dojrzeli wśród ekspatriantów. Udzielił im się lwowski (i samborski) duch i znajomość miasta, sprawdzona osobiście po latach. Umieli znaleźć w tym mieście – mimo jego parodziesięcioletniej degrengolady – to, co wiedzieli z przekazów rodziców, środowiska, lektur. Nie zawiedli się. Znajdujemy to w ich wierszach.
Czytelnikom, którym nie udało się dotąd nabyć tomiku Daleko od Lwowa, przedstawiamy kilka utworów – na stronie Wiersze.

• Nie po raz pierwszy Wydawnictwo WSP w Kielcach zaskakuje nas znakomitą książką o Lwowie. Nie jest to rzecz najnowsza, bo ukazała się w r. 1996, temat jednak historyczny, więc ciągle aktualny: Polskie społeczne placówki wydawnicze we Lwowie w dobie autonomii galicyjskiej, autorstwa Danuty Adamczyk. Książka wykazuje nie tylko doskonałe rozeznanie tematu, ale i jego widzenie oczami polskimi, informując o sprawach niepolskich tyle, ile to niezbędne dla pełności obrazu.
Autorka pisze: dokonując przeglądu nieprofesjonalnych placówek nakładowych, zauważamy rozmach i ogromne zaangażowanie przedstawicieli lwowskiej inteligencji w tę działalność. [...] Świadome potrzeb konkretnego odbiorcy, starały się je zaspokoić, ale przede wszystkim realizowały starannie przemyślany i zaprojektowany, szeroko rozumiany program kształcąco-wychowawczy.
Co ważne, lwowskie placówki nakładowe wypracowały wzorce podręczników dla szkoły w niepodległej Polsce. Przygotowały też, wydając literaturę metodyczną i pozycje z nowoczesnej pedagogiki i psychologii, nauczycieli dla polskiego szkolnictwa.
Przeciętny, nieprofesjonalny czytelnik nie będzie się zapewne zagłębiał w omówienia poszczególnych wydawnictw (zresztą b. ciekawe), powinien jednak uważnie przeczytać rozdział 1. Lwowska inteligencja i jej aktywność społeczna – w szczególności trzy pierwsze podrozdziały. Z jednego z nich wyjęliśmy krótkie cytaty, które wykorzystaliśmy w poprzednim numerze (CL 2/07), na s. 1, w ramce Przeczytane.

• Książkę Stanisława Jastrzębskiego pt. Oko w oko z banderowcami (Wydawnictwo „Para”, Katowice 2006) omówił w swoim artykule Czy UPA walczyła o niepodległość Adam J. Chowaniec w niniejszym numerze CL.

• Nie mieliśmy w rękach książki Władysława Filara: Wołyń 1939–1944. Eksterminacja czy walki polsko-ukraińskie (Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2003).