Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

WERTUJĄC WYDAWNICTWA

• Pojawił się po dłuższej przerwie kolejny, 16 numer „Czasopisma Zakładu Narodowego imienia Ossolińskich” (Wrocław 2005, ale dopiero teraz dostarczony prenumeratorom).
Kiedyś w większości był poświęcony tematom lwowskim i wschodniomałopolskim – w tym numerze zajmują one jedną piątą jego objętości, co może nie jest dziwne w nowej epoce, jednak prawie połowę z tego zabiera artykuł autora ukraińskiego (Tarasa Zajaca), dotyczący pisarza ukraińskiego (z Ukrainy właściwej) Hnata Chotkewycza, który m.in. pisał o Huculszczyźnie, jednak w innym duchu niż Stanisław Vincenz, z którym autor artykułu (dość ryzykownie) usiłuje go zestawić. Taka właśnie postawa owego pisarza – wynikająca z narodowości – spowodowała prześladowanie go przez sowietów, gdy po sześciu latach zamieszkania na Pokuciu powrócił na Ukrainę, i spowodowała rozstrzelanie go w 1938 roku. Temat więc ciekawy, ale jako niezwiązany w istocie z polską historią i kulturą – czy stosowny akurat do opisywanego tu czasopisma ZNiO? Artykuły publikowane w tym czasopiśmie rozumieliśmy zawsze jako opracowania naukowców zatrudnionych w ZNiO, oparte na zasobach bibliotecznych i archiwalnych tego Zakładu.
Ziem południowo-wschodnich dotyczy ponadto korespondencja Romana Aftanazego z prof. M. Gębarowiczem i dr. T. Kukizem, a także życiorys R. Aftanazego oraz J. Szczepańca, pracownika ZNiO, rodem z Trzcieńca k. Mościsk. Tyle.
Szczęśliwie numer 16. zawiera niezwykle interesujące (jak zwykle) omówienie Nabytków Działu Rękopisów ZNiO z lat 1999–2004, w którym wymieniono – obok materiałów po różnych wybitnych ludziach – dość obfity zbiór pamiątek, wspomnień, opracowań, utworów, dokumentów itd. osób i rodzin ekspatrianckich. Czytanie tego zestawienia napawa wielką satysfakcją, ponieważ upewnia nas, że dwie przede wszystkim poważne instytucje w RP są predestynowane i przygotowane do przejmowania resztek spuścizny po rozbitych i rozproszonych społecznościach z utraconych Ziem Wschodnich. Poza Ossolineum jest to niewątpliwie Muzeum Niepodległości w Warszawie, ze swą Kolekcją „Leopolis”. W innych istytucjach typu biblioteczno-archiwalno-muzealnego na terenie kraju również przyjmowane są materiały ze Wschodu, jednak całkiem inne pola ich zainteresowań nie pozwalają im na zapewnienie odpowiedniej uwagi i troski dla interesującego nas obszaru geograficzno-historycznego.

• W krakowskim „Dzienniku Polskim” z 23 kwietnia ukazał się bardzo potrzebny dla nowej generacji społeczeństwa polskiego (jak wszystkie tej autorki) artykuł dr Lucyny Kulińskiej pt. Jak ginęły elity Rzeczypospolitej. Kulińska zwraca uwagę na dwa tragiczne dramaty, jakie wydarzyły się na Wschodzie: we Lwowie i w Stanisławowie.
Warto przypomnieć, że w ostatnich dniach sierpnia 1941 r. wycofujący się ze Lwowa sowieci dokonali straszliwej zbrodni na przetrzymywanych w więzieniach mieszkańcach Lwowa (na Łąckiego, na Zamarstynowie i in.). Zanim rodziny zdołały zidentyfikować zwłoki swoich bliskich, 30 czerwca o godz. 3.15 rano – wyprzedzając o siedem godzin pozostałe oddziały hitlerowskie – do Lwowa wkroczyły jednostki Abwehry, w skład której wchodził – odziany w niemieckie mundury – ukraiński legion „Nachtigall”, dowodzony przez Romana Szuchewycza. Razem z nimi do Lwowa przybyli dowódcy OUN (frakcji Bandery). Z pomocą metropolity Szeptyckiego rozpoczęli przygotowania do ogłoszenia „Ukrainskoj Samostijnoj Derżawy”. Rozplakatowano odezwy z apelem: Lachów, Żydów i komunistów niszcz bez litości... Zaraz po zajęciu Lwowa zaczęły się masowe pogromy Żydów i Polaków. Przy biernej postawie wojsk niemieckich Ukraińcy prowadzili masowe aresztowania i rozstrzeliwania, gwałcili, rabowali... Wedle relacji świadków zginęło wówczas kilka tysięcy osób.
Osobnym i szczególnym dramatem we Lwowie była egzekucja uczonych lwowskich, a okoliczności tej zbrodni kryją jeszcze wiele tajemnic. Jednak wywiad AK nie miał wątpliwości, że to UWO i OUN miały od dawna przygotowane czarne listy, co potwierdził Sąd Najwyższy RFN w toku procesu T. Oberlandera w 1960 r. Listy zostały sporządzone w otoczeniu Bandery i Szuchewycza w Krakowie jeszcze w 1939 r., a inspiracją było aresztowanie przez Niemców profesorów UJ. Dyrektywy wymagały aresztowania wszystkich zastanych w mieszkaniach mężczyzn powyżej 18 lat. W przypadku profesorów Ostrowskiego i Greka zabrano też ich żony i służbę – a motywem był rabunek dzieł sztuki, z których mieszkania tych profesorów były we Lwowie znane.
L. Kulińska podaje wiele nieznanych nam szczegółów zbrodni. Na końcu zestawia dane liczbowe: z Uniwersytetu zamordowano 49 pofesorów (46,5% ogółu) i 31 docentów; z Politechniki 24 profesorów (34,4%) i 9 docentów (11%). Z innych uczelni zginęło 8 profesorów. Największe straty poniosły nauki medyczne – wymordowano 91% profesorów i 20% docentów; z teologii 62% profesorów, z innych 24–36 procent.

• Z opóźnieniem dotarły do nas numery 1–2 i 5–6 „Lwowskich Spotkań” (nru 3–4 nie mamy dotąd)), oba niezwykle ciekawe. W pierwszym do najciekawszych artykułów zaliczamy Janusza Wasylkowskiego opowiadanie o grupie literackiej „Żagiew”, która działała we Lwowie w czasie II wojny. Drugi ważny materiał to relacja z wystawy złotnictwa, jaką urządzono w ub. roku w odnowionej kamienicy Bandinellich przy lwowskim Rynku.
Ostatni zeszłoroczny numer LS poświęcono w całości 310. rocznicy śmierci króla Jana III Sobieskiego. W obu numerach mnóstwo świetnych zdjęć oraz grafiki.
„Lwowskie Spotkania” znalazły już dawno własne, nie gazetowe oblicze, dlaczegóż więc – na miłość Boską – dalej kontynuuje gazetową formę? Pisaliśmy już o tym parę razy. Numery LS (prawidłowiej: byłoby odwrotnie: „Spotkań Lwowskich”) nie powinny być traktowane jak zwykła gazeta, a jako pismo literacko-artystyczne, któremu przystoi inny kształt wydawniczy.
Nie bądźcie głusi na dobre rady!

• Profesor Henryk Markiewicz wydał w serii A to Polska właśnie (Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2001) biografię postaci ważnej w polskiej kulturze i literaturze, ale – zwłaszcza dla wygnańców ze Lwowa i Małopolski Wschodniej – kontrowersyjnej: Boy-Żeleński. Nie będziemy jej omawiać w całości (książkę jednak warto przeczytać całą), zwracamy jednak uwagę na rozdział przedostatni: W sowieckim Lwowie.
Boy znalazł się we Lwowie w pierwszych dniach września ‘39 po ucieczce z Warszawy, gdzie mieszkał do wojny, i zatrzymał się w domu szwagrostwa, prof. Jana i Marii Greków przy ul. Romanowicza 7 (pani Grekowa była siostrą Zofii Żeleńskiej, z domu Pareńskie z Krakowa).
Tadeusz Żeleński podjął chwilowo pracę w szpitalu dziecięcym pod dyrekcją prof. F. Groëra* (na oddziale prof. S. Progulskiego) przy ul. Głowińskiego 1, ale rychło z niej zrezygnował, bo 22 IX otrzymał nominację na profesora literatury francuskiej na polskim jeszcze Uniwersytecie. Równocześnie włączył się w środowisko literackie, do którego wchodzili wtedy zarówno miejscowi literaci, jak i liczni uciekinierzy z zachodniej Polski. Z chwilą wkroczenia do Lwowa sowietów nie miał oporów przeciwko wejścia do komitetu organizacyjnego Związku Pisarzy Radzieckich. Kiedy niedługo potem rozpoczęły się masowe wywózki ludności polskiej, Boy, prawdopodobnie za wstawiennictwem Wandy Wasilewskiej, otrzymał „normalny” paszport (dowód osobisty), tzn. „bez paragrafu”, ograniczającego swobodę pobytu w dużych miastach.
Przez cały okres tzw. pierwszej okupacji sowieckiej Boy uczestniczył w życiu literackim radzieckiego Lwowa. Wygłaszał odczyty w Klubie Pisarzy i w radiu, pisał artykuły i recenzje teatralne w „Czerwonym Sztandarze”, jednak w sprawach politycznych był – jak pisze prof. Markiewicz – dość wstrzemięźliwy (oprzytomniał?). Parokrotnie próbował interweniować w obronie osób deportowanych (jedną z nich była wdowa po Włodzimierzu Tetmajerze), jednak bezskutecznie. Mimo że był przez sowieckich działaczy polityczno-kulturalnych wyróżniany, to nie udało mu się przeforsować rozpowszechnienia antologii Młoda Polska, wydrukowanej tuż przed wojną i zmagazynowanej w Ossolineum.
Boy-Żeleński nie skorzystał z możliwości ewakuacji ze Lwowa na wschód, gdy zbli­żali się Niemcy. W parę dni po ich wejściu w nocy 3/4 lipca ‘41 zostali aresztowani i rozstrzelani profesorowie lwowscy i ich rodziny (łącznie 42 osoby), wśród nich pp. Grekowie. Razem z nimi zabrano i zabito Boya, mimo że nie było go na liście proskrypcyjnej, wcześniej – zapewne przez nacjonalistów ukraińskich – przygotowanej. Zginął więc poniekąd przypadkiem.

• Książka, o której tu wspominamy, nie dotyczy ani Lwowa, ani żadnego innego miasta w Małopolsce Wschodniej, dotyczy natomiast lwowianina, który tę książkę napisał. Jej bohaterem jest muzyk – kompozytor i dyrygent, ks. Bernardino Rizzi (1891–1968), Włoch, który spędził w Polsce, ściślej w Krakowie, szereg lat i w 1925 r. utworzył działający do dziś Chór Cecyliański przy kościele oo. Franciszkanów.
Autorem biografii o. Rizzi jest Stanisław Skarbiński (1923–1997), nieżyjący już potomek znanych lwowskich rodzin. O tym jednak – z okazji 10. rocznicy jego śmierci – napiszemy osobno.
Dodajmy na koniec, że Chór Cecyliański nadal corocznie 22 listopada uświetnia śpiewem mszę św. w krakowskiej Bazylice Mariackiej, poświęconą Lwowskim Orlętom. Była to wspaniała inicjatywa Pana Stanisława.
• W „Gazecie Polskiej” 20/07 znalazł się obszerny artykuł Bogdana S. Kasprowicza pt. Polska piłka wywodzi się ze Lwowa. Jest to historia najstarszego klubu piłkarskiego na ziemiach polskich „Pogoni”, która wywiodła się z kilku lwowskich drużyn gimnazjalnych.
B.S. Kasprowicz, zamieszkały w Bytomiu, jest nam dobrze znany jako poeta i autor omawianego w poprzednim numerze CL Przewodnika sentymentalnego. Mamy wiadomości, że jego artykuły o Lwowie będą się pojawiały w kolejnych numerach „Gazety Polskiej”. Warto więc kupować – wychodzi we środy.

• W krakowskim „Dzienniku Polskim” z 30 III ‘07 rozmowa E. Łosińskiej z prof. Wojciechem Kowalskim, pełnomocnikiem ministra spraw zagranicznych ds. restytucji dóbr kultury: Zagrabione trzeba zwrócić.
W Polsce oszacowano po wojnie, że zostało utraconych ok. pół miliona dóbr kultury, okazało się jednak, że nie więcej niż 60 tys. pozycji można udokumentować, tak by możliwe było żądanie ich zwrotu. Straty ocenia się na ok. 20 miliardów dolarów.
Na pytanie, gdzie jest najwięcej cennych obiektów zagrabionych z Polski, prof. Kowalski odpowiada: Na pewno w prywatnych rękach. No i oczywiście w Rosji. Co do tego nie ma wątpliwości.
Co do Rosjan: nie tylko sami rabo­wali, ale jeszcze zabrali z Niemiec wiele dóbr, które ci wcześniej planowo wywozili do Niemiec i Austrii. Nb. niemało przedmiotów dostało się w podobny sposób do USA, Anglii. Odzyskiwanie dzieł sztuki jest trudne, a co ciekawe, do krajów wyjątkowo opornych należy... Austria.

• „Czas” z czerwca ubiegłego roku (22/06) zamieścił smutny artykuł Marka A. Koprowskiego pt. Nie ma już Zaleszczyk, są Zaliszczyky. Żałujemy, że brak miejsca nie pozwala nam na przedrukowanie tego tekstu w całości. Autor przedstawia upadek tej niegdyś pięknej i uczęszczanej miejscowości nad Dniestrem, „polskiej Riviery”. Dotyczy to także polskiej wspólnoty, która ­liczy nie więcej niż 20 starych osób, choć i to nasuwa pewne wątpliwości. Autor przytacza słowa dojeżdżającego księdza: Jak kościół był zamknięty, chodzili do cerkwi, większość z nich w niej została ochrzczona. Niektóre panie, wchodząc do kościoła, żegnają się w sposób prawosławny. Gdy zwracam im uwagę na te niuanse, odpowiadają – tu nie Polska, a Ukraina, ojcze Józefie, prywykajcie...
Na koniec autor podsumowuje: Miasteczko tkwi w głębokim marazmie. Z 12 tys. jego obywateli dwa tysiące w wieku produkcyjnym wyjechało za granicę i do Zaleszczyk raczej już nigdy nie wróci. Nie ma w nich pracy. Padły wszystkie zakłady, a także kołchoz uprawiający buraki cukrowe, pomidory i ogórki. Władze radzieckie uznały bowiem, że tutejsze winorośle, brzoskwinie i morele są im niepotrzebne i wykarczowały ich plantacje. Kropkę nad „i” postawił Czarnobyl. Tu już nikt nie przyjedzie po zdrowie...

• W poprzednim numerze (CL 2/07) opisaliśmy trzy wersje przyszłości Europy, przewidywane przez trzech różnych ekonomistów: Francuza, Włocha i Amerykanina. I oto w naszych zbiorach odkryliśmy wycinek z francuskiego „Le Monde”, nie najnowszy, bo z 1994 r. (29 I), przedstawiający koncepcję geopolityczną osławionego polityka rosyjskiego, Włodzimierza Żyrynowskiego. Krótki komentarz nosi tytuł: Le continent vu par Vladimir Jirinovski, a mapka doń dołączona obejmuje wschodnią część Europy, z naniesionymi przez Żyrinowskiego „poprawkami”.
Swoją koncepcję Europy wschodniej przedstawił Żyrynowski w rozmowie z Rolfem Gauffinem, dawnym ambasadorem szwedzkim. W tekście czytamy: Polska (1) zostaje na nowo podzielona między Rosję i Niemcy, a jako rekompensatę otrzymuje rejon Lwowa (2); Królewiec (3) wraca do Niemiec, a kraje bałtyckie do Rosji, z wyjątkiem Tallinna (4), który pozostanie jako miasto‑państwo (podobnie jak Luksemburg albo Liechtenstein), oraz strefy wokół Kowna (5), stolicy Litwy między dwiema wojnami. Niemcy powiększą się o Austrię oraz Czechy i Morawy (a Słowacja wróci [!] do Rosji) i Słowenię. Ex-Jugosławia zostanie podzielona między Chorwację i Serbię, a równocześnie zostanie odtworzona „Wielka Bułgaria” (6), obejmując Macedonię, Trację, Bukareszt [!].
Wypociny nawiedzonego? W części – niewątpliwie. Ale ten nawiedzony zdobył w ostatnich wyborach (uwaga: pisane przed 1994 r.) jedną czwartą głosów, zaś jego mapa Europy nie jest tylko owocem chorej wyobraźni, ponieważ zawiera elementy, które przed pięćdziesięciu laty tworzyły rzeczywistą mapę kontynentu.
No cóż, bzdury a la Żyrynowski. Pamiętajmy jednak, że podobne rysunki wykonywali jeszcze inni, groźniejsi, bo trzymający władzę. Być może dowcipem jest anegdota o carze, który na prośbę posłusznych urzędników wytyczał od linijki trasę kolei z Petersburga do Moskwy, ale wystający palec spowodował zakole w przypadkowym miejscu, co do dziś widać na mapach. Nie jest zaś niestety dowcipem to, co rysował Stalin w obecności równie posłusznych Roosevelta i Churchilla. To też widać na mapach, aż za dobrze. I nie tylko.
Czy nie mogą się pojawić następni rysownicy?
A na koniec od siebie dodajmy, że – przy całym szaleństwie – Żyrynowski wyczuwa czym jest Lwów, skoro widzi go razem z Warszawą i Krakowem.