Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Barbara Czałczyńska, MÓJ DZIADEK

Rodzina Fischerów przybyła do Polski, a ściśle mówiąc do Krakowa, w XVIII wieku i bardzo szybko spolonizowała się całkowicie. Legenda rodzinna głosiła, że protoplasta osiadłego w Krakowie rodu swój majątek zawdzięczał kuciu kos dla Naczelnika Kościuszki. Czy to prawda, nie wiem. Faktem jest, że Fischerowie dosyć szybko przenieśli się z kramów w Sukiennicach na linię AB i tam założyli sklep z przyborami „piśmienniczymi”. Jakim sposobem do tej solidnej mieszczańskiej rodziny zawitał duch przygody, nigdy się już chyba nie dowiemy. Sam dziadek nigdy się na ten temat nie wypowiadał. W każdym razie kiedy zaprowadził mnie na Salwator i nauczył, jak przypinać do nóg narty, nie było mi nic wiadomo o jego pionierskiej roli w tej dziedzinie sportu. Sam dziadek, czyli Jan Fischer, był postacią niesłychanie barwną. Oczywiście prowadzenie sklepu było dla niego zajęciem nudnym i jałowym. Siedział tam, bo tak nakazywała rodzinna tradycja, ale dla zabicia czasu czytał książki, traktując klientów jak intruzów. Jego odpowiedź klientowi, że co prawda w sklepie nie ma papieru toaletowego, ale jest glasspapier, słyszałam jeszcze w wielu wersjach przez wiele lat. Nic więc dziwnego, że jego stan majątkowy był daleki od rozkwitu zapoczątkowanego przez przodków. Duch przygody jednak, który popychał dziadka do wypraw w góry i na morze, walczył w nim zawsze z przywiązaniem do Krakowa. Kraków bowiem był dla niego miejscem, do którego zawsze wracał, które przyciągało go tak, jak każdego wędrowca przyciąga dom rodzinny. I dlatego też zapewne żadna żądza przygody nie była dla niego na tyle silna, żeby go od tego miasta oderwać na zawsze.

Nauczył mnie, że kłamstwo to tchórzostwo, że zawsze trzeba mieć odwagę bronić swoich przekonań, umieć odpowiadać za swoje czyny i że nie wolno swoimi błędami obciążać kogokolwiek poza sobą samym. Nauczył mnie też miłości do rodzinnego miasta, kraju i żyjących w nim ludzi bez względu na ich pochodzenie. Szlachectwa – powiadał – nie potwierdza się herbami, a swoim własnym postępowaniem. Kiedy wybuchła w 1939 roku wojna, zgłosił się do wojska, ale nie został przyjęty ze względu na podeszły wiek. Prowadził więc on, potomek niemieckich przybyszów, swoją małą wojnę z okupantem, przebijając opony w niemieckich pojazdach, roznosząc konspiracyjne gazetki i na każdym kroku podkreślając swoją polskość. Kiedy w czasie wojny Niemcy wyparli ze Lwowa Rosjan, pojechał odwiedzić mieszkającą we Lwowie rodzinę. Przez wiele lat po wojnie wspominano, jak to wuj Janek zjawił się w wygłodzonym mieście z plecakiem pełnym mąki i kaszy. Za swoją postawę zapłacił cenę najwyższą: cenę życia. Jak długo będę żyła, będę pamiętać tę noc, kiedy do domu wpadli z krzykiem, krzycząc: raus! raus! gestapowcy. Wyprowadzony przez nich dziadek szedł spokojnie. Przechodząc koło mnie i widząc moją zapłakaną twarz pochylił się na ułamek sekundy ku mnie i powiedział niezbyt głośno, ale bardzo wyraźnie: „nie becz”. Potem przyszedł ten straszny telegram z Oświęcimia i dziadek rozwiał się z dymem krematoryjnych pieców.