Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Michał Pawlikowski, NA ŚWIĘTA DO DOMU

Ani [...] cały kolor i zapach Kleparza, choć czasem oszałamiające, ani nawet rosnąca świadomość tej nauki nie potrafiły mi przesłonić domu. Dom był jeden: tam gdzie była Matka i Ojciec, we Lwowie. Czas liczyłem od chwili pożegnania się z Rodzicami do nowego ich zobaczenia: od świąt do świąt i do wakacji, wypisując w kalendarzyku przy każdej dacie liczby dni pozostałe mi jeszcze do wyjazdu. I nie mogłem się już doczekać tej radosnej jedynki. Tak zawsze przez osiem lat. To mi też przeszkadzało w nauce: żyłem przyszłością.
Z początku na święta odwoził mnie ktoś jadący właśnie do Lwowa. A potem już jeździłem sam.
Rozkład mieszkania na Trzeci Maja1 był taki: z frontu po lewej był pokój mojej Matki, duży z nyżą, w której stały szafy i umywalnia marmurowa, oddzielona dużym mahoniowym parawanem – potem mniejszy salonik o dwóch oknach i ostatni duży pokój Ojca, także z nyżą. Za nią łazienka. Przylegała do tego pokoju także biblioteka, gdzie stało 6 wielkich szaf z podręcznymi książkami Ojca, a na tych szafach nadbudówki. Między szafami była składana żelazna drabinka. Jeszcze dwie takie szafy i półka na książki stały w pokoju Ojca. Za biblioteką, już w skrzydle domu, były jeszcze dwa niewielkie pokoje z oknami na ganek i podwórze, które były później pokojami moim i Jasia. Za nyżą Matki w drugim skrzydle pokój Nusi i jej bony, a za tym kuchnia itp. Pośrodku tej podkowy było wejście ze schodów, przedpokój i kredens, gdzie mieszkał służący, oraz pokój jadalny z oknami na podwórze. Z tamtej strony popod wszystkie okna biegł ganek. Przy jadalnym była spiżarnia Mamusi, prawdziwa komora piastowska, gdzie zawsze było wszystko, do czego byś aspirował. Stała tam też drewniana drabinka, po której Mamusia sięgała do górnych półek, jak zielona żabka w słoiku na pogodę. Nie będę już [...] opisywał urządzenia. Powiem tylko, że wszystkie meble w salonie i w saloniku były antyczne, empirowe, czasem przetkane jakimś szczegółem wschodnim czy innym nie rażącym. Urządzenie jadalni było wykonane w Zakopiańskiej Szkole Przemysłu Drzewnego wedle projektu dyrektora Stanisława Barabasza. Pokój Ojca był poważny, złożony z mebli solidnych, starych, ale nie antyków, z wyjątkiem wielkiego jasnego biurka-kantorka stojącego skośnie w kącie przy oknie. Był między oknami wprawdzie duży dębowy stół do pracy, brzegami założony fascykułami, przyciskami, popielniczkami, przy którym – pamiętam – jak Ojciec stale dawniej pracował do pierwszej i drugiej w nocy, przy świetle tylko dwóch świec. Później, gdy zaczął chorować na oczy, otwierał wielką klapę tego biurka i stawiał na niej lampę naftową, później elektryczną z zielonym abażurem. Widzę go do dziś: od pleców... siedzi na małym fotelu, który miał od tylnego oparcia czerwone frędzle, pochylony całkiem nad papierem... okulary odłożone... na jednym, słabszym oku czarny plaster... i zawsze lewa noga wyciągnięta prosto przed siebie – a przy tej sposobności powiem, że stopy miał niezwykle małe na swój wzrost, niewąskie, z wysokim podbiciem. Widzę, że coś pisze, bo tak pisał energicznie i z naciskiem, że nawet nisko pochylona głowa brała w tym udział, wtórując ruchowi ręki...
Michał PawlikowskiW salonie przy oknie stało pianino. Przyszła chwila, kiedy to pianino stało się dla mnie, i nie przestało już być, ciężką zmorą, która mi do dziś spać nie daje. Czemu? – Tym, że było to tylko pianino... Mamusia grała nie tylko najtrudniejsze rzeczy a vista, transponując od razu na każdą tonację, co mi się potem przydało jako akompaniament do śpiewu, ale grała przede wszystkim jak urodzony pieśniarz, z takim wyakcentowaniem melodii wszystkich wątków, że po prostu słychać było nie tylko różne głosy, ale słowa. Przytoczę zdanie listu jej niedawnego do dra Ekkerta w Londynie, który pracuje nad Gallem:
„... Co do mnie, to i ja we właściwym tego słowa znaczeniu uczennicą Galla nie byłam. Zainteresował się moją grą i sam ofiarował się grywać ze mną na cztery ręce klasyków, zwłaszcza Beethovena. Miałam mu do zawdzięczenia pogłębienie moje w tych dziełach, a także prędką orientację w czytaniu nut i zrozumieniu tempa etc. Dawał mi też swoje kompozycje do przegrywania”.
Mamusia nigdy nie chciała niczego dla siebie, abnegat niepospolity – pragnęła tylko zawsze mieć fortepian. Ale Ojciec sam tę potrzebę nie dosyć doceniał, a Matka nigdy się o to dość wyraźnie nie upomniała. I całe życie nie miała fortepianu. Łatwo mogła z domowego budżetu zaoszczędzić, ale gdzieby kiedy oszczędzała na siebie. – To jest jedno z tych dla mnie najcięższych zmartwień, bo nieodżałowanych, nie do naprawienia... a ja nigdy nie uznawałem, że coś przepadło, nie mogłem się z tym pogodzić, że się coś odstać nie może. Więc przez to dziś czasem spać nie mogę, nie tylko za siebie, ale i za Tatka. I raz jeszcze... ale o tym potem...
Na wilii, na Trzeci Maja, oprócz nas pięciorga zawsze jeszcze ktoś bywał. Prawie zawsze Karol Przetocki, który początkowo uczył Jasia, ale potem dostał posadę na poczcie, gdzie dobił się rangi radcy, potem i nadradcy, a poza tym był oficjalnym tłumaczem pocztowym do języka francuskiego. Bywał też prawie zawsze „wujcio” Paszkowski. Pod obrusem siano, pod stołem wiązka siana z powtykanymi jabłkami i orzechami. Po kątach snopki, w każdym inny: z pszenicy, z żyta, z owsa, z jęczmienia. Wszystko to, a także ryby i drzewko, przyjeżdżało wozem z Medyki. Pośrodku stołu leżała wielka strucla pleciona, a na na niej opłatki. Po końcach salaterki z kutią, z bakaliami, z suszem, z krajanymi struclami: makową, orzechową i powidlaną. Potrawy zaś były takie: 1) barszcz z uszkami z grzybkami, 2) zupa migdałowa z rodzynkami, 3) esiki z ryby, 4) szczupak lub sandacz z wody, z jajami, 5) gołąbki z kwaśnej kapusty z kaszą jaglaną czystą, duszone w śmietanie, 6) karp w polskim sosie, 7) pierogi z serem i kartoflami2, a na drugiej połowie półmiska z powidłami, 8) ryba smażona, do niej surowa kapusta, 9) kompot z suszu, 10) szczupak w szafranie, 11) kutia, 12) bakalie i strucle. – Wina różne. Wódki nie było, czasem miód. Wszystkie te potrawy umiem robić i potem chyłkiem u siebie w Medyce urzędowałem w kuchni, aby nauczyć kucharza, tak aby wszystko było podług tradycji. Nie wiem, czy kto jeszcze wie, jak się przyrządza (clou tego wszystkiego) szczupaka w szafranie, o którym Niemcewicz w pamiętnikach wspomina z rozmarzeniem, a Kochanowski nie darmo mówi: „szafran, serce rozweselający!” Dzwona szczupacze, figi, daktyle i rodzynki, zaklęte w złotą galaretę z wina, szafranu, smaku z jarzyn i bakalii... Łatwiej powiedzieć, niż utrafić. Kto nie próbował, niech sobie oszczędzi uwag, aż spróbuje!
Jan Gwalbert Pawlikowski z synem Michałem i córką Wandą (później 10 Woźniakowską, 20 Tarnowską)Na stole stały kandelabry... Mamusia wzięła opłatki przekładane miodem... Potem, po życzeniach, siedliśmy do wilii. Pod koniec było trochę ruchu koło stołu, przy herbacie... Tatko wstał i wyszedł, w salonie się nie świeciło, ale szparą z saloniku pchała się smuga światła... Ojciec chodził tam za zamkniętymi drzwiami, krzątał się, coś szuściło i szeleściło długo... szpara pod drzwiami stawała się potem coraz jaśniejsza... aż się odezwał dzwonek – i albo drzwi same się otwierały, albo się je powoli odmykało – boć tam przecie od dwu dni nie wolno było wchodzić – i potem... potem... zawsze olśnienie i zawsze było jakieś bardzo wielkie szczęście. Drzewko było od ziemi do samego sufitu, jarzyło się, cały pokój wypełniejąc złotym, woskowym światłem. I w salonie nie trzeba było świecić lamp, bo i tam wlewał się złotawy półmrok. A wszystko, co było na drzewku, miało swoje własne „dusze”, wszystko było w sobie inną formą, kolorem, blaskiem, zapachem... Figi i złocone orzechy, i jabłka w głębszym gąszczu, i łańcuchy z kolorowych papierów dookoła i nici srebrne i złote, i te flaszeczki z jakąś pachnącą anyżówką, i kufelki z marmoladą i z pianką, i te figurki, i te wymysły najdziwaczniejsze, i te szklane kule kolorowe wysoko, i te kręcidełka dzwoniące nad świeczkami... i na samym szczycie nad iskrzącą się srebrną gwiazdą aniołek, ginący w tych blaskach pod samym sufitem, który to wszystko przyniósł, nie wiadomo kiedy i nie wiadomo którędy.
Ja naturalnie nie miałem już dawno wątpliwości, ale jeszcze starałem się o tym nie myśleć, a już zgorszony byłem, kiedy które z młodszych wyraziło jakiś sceptycyzm. Jaś nie tyle... nawet udawał, że nic nie wie, nie widział i nie domyśla się, kiedy mu się przypadkiem trafiło coś zobaczyć i zmiarkować przedwcześnie. Szczególnie nie zdradzaliśmy się z tym przed Rodzicami. Najcyniczniej i stosunkowo najwcześniej sceptyczną była kobieta... Nusia.
Mamusia zaczęła grać kolędy... Wtedy się zapominało o tym na chwilę, co się pod progiem świadomości przyczaiło najgwałtowniejszą ciekawością. Pod drzewkiem i po całym pokoju leżały pozawijane albo netto, niepokojące jakieś i niespodziewane cudowności, hojne, rozmaite. Nie wiem, czy człowiek więcej się cieszył swoim obdarowaniem, czy drugich. Aniołek nie zapominał o nikim, ani o panu Przetockim, ani o „wujciu”, nie zapominał i o służbie. A co się musiał nachodzić, naoglądać za tym wszystkim, narozmyślać! Mnie samego później Ojciec brał w konfidencję i pytał mi się tajemniczo: „No wiesz ty... co by tu...?”
Bo ja już naturalnie po roku czy dwóch w tej decepcji współdziałałem, ubierając drzewko, co wprawdzie dużo mnie kosztowało utraty marzeń, ale nabierało nowego smaku, że tak przyjemnie można ocyganiać młodszych. – Jedno z tych cygaństw godziwych i potrzebnych, a cygaństw dużo mniejszych niż jakiekolwiek przedstawienie w teatrze, upragnionych przez cyganów i cyganionych. I wtedy się też naprawdę wszystko w człowieku odmienia i czasem jakby zaczyna na nowo. Tak, to „cygaństwo” budzi w człowieku jego własną duszę, a cóż ma on bardziej prawdziwego? Ja sam, dziś jeszcze, kiedy ubieram choinkę i kiedy sam przyrządzam wilię, bo tak mi wypadło, nie „wierzę”, ale „wiem”, że drzewko przynosi „Aniołek”, a tylko się posługuje ludźmi, i wiem, że coś dzieje się więcej podczas wilii, nawracając co roku. Tylko że wiem to tak, iż tego słowami powiedzieć nie sposób. Zupełnie tak samo, jak nie sposób powiedzieć obcemu muzykowi, że w kolędach jest co innego i dużo więcej, niż jemu się zdaje. Dlatego też przestańmy o tym mówić. Kto rozumie, z tym jest Bóg, a kto nie... to „Bóg z nim”.
A na Wielkanoc wszystko było w jasny dzień, a nie wieczór. Za oknem młoda zieleń, a nie śnieg. Stół białym obrusem nakryty, wielkim obrusem na dwadzieścia cztery osoby, albo Mamusi wyprawnym, albo też takim, który bocznymi spadkami przypadł nam po kardynale Lipskim, tkanym jego herbami. Cały gęsto zastawiony półmiskami, plackami, wędlinami, mięsiwem. Na środku był olbrzymi przekładaniec, sławny przekładaniec mojej Matki. Istotnie był przedziwny. Kiedyś potem był u mnie Paul Cazin3 i nazwał go „przekonańcem”. Był oblany lukrem i posypany kolorowym maczkiem, a na nim stał cukrowy baranek. Obok niego baby wysokie i niskie, jak Manhattan... Dalej serniki, jeden żółtawy z szafranem, drugi biały, śmietankowy – dalej cygany czekoladowe z migdałami, na opłatkach, dalej „placek w kratkę”, czyli kruchy cynamonowy, wielowarstwowy, z wiśniami, dalej mazurek bakaliowy: warstwa masy na kruchym cieście, dalej tort migdałowy, makowy, jabłeczny... Pomiędzy to przede wszystkim całe prosię pieczone z cytryną w pysku, z nadzianką słodką w środku, z zadartym kruchym ogonkiem i zielonym bukszpanem w uszach... Zresztą bukszpanu po trochę wszędzie. Szynka z odwiniętą do połowy skórą, przyozdobiona punktami goździków. Kiełbasy najrozmaitsze, indyk z farszem, już słonym, koprowym... Pomiędzy to butelki z rozmaitym winem, sosjerki z sosem tatarskim, salaterki z sałatką francuską... Przed samym przekładańcem pisanki kolorowe. Na brzegu chleb wiejski i sól na talerzyku, na serwetce jaja na twardo pokrajane wzdłuż, którymi, wziąwszy widelce, dzieliliśmy się przed obiadem.
Kiedy ksiądz, z organistą czy kościelnym w komeżkach, obchodzący domy po parafii w mieście, już poświęcił i pokropił to wszystko, usuwano święcone do spiżarni, a zostawały tylko półmiski z nakrajanymi plackami, z zimnym mięsem, z sałatą francuską i prosię – do obiadu. Zaczynało się od czystego barszczu w filiżankach...
„Co to za zbytki, co za orgie obżarstwa wyprawiało się po domach polskich, szlacheckich czy nieszlacheckich!” – może kto powiedzieć. Ale taki niczego nie rozumie. Największym zbytkiem – jeśli o to idzie – był trud gospodyni. Bo trzeba o tym pamiętać, że święcone starczało po części na tydzień, a po części i na miesiąc. Może nie każden uwierzy, ale przekładaniec przysłany mi przez Matkę na wygnanie do Włoch, jeszcze po czterech latach w Anglii w reszteczce dochowany, był taki sam dobry i świeży jak pierwszego dnia! (a bez żadnych „preserves” angielskich). Tak samo z wilii, np. gołąbki wybierało się z garnka i odgrzewało do herbaty jeszcze przez cały styczeń. Nic się nie zmarnowało, a jadło się za to mniej czego innego. Tak samo przecie nie wypijało się obowiązkowo wina w dnie świąt, a u nas w ogóle wszyscy pijali niewiele. No, a trzeba przy tym pamiętać, że na święcone zawsze przychodzili goście – i to często tacy, którzy po kawalersku żyjąc, nie mieli możności zaznać go u siebie. I wreszcie trzeba pamiętać, że te święta były tylko dwa razy do roku i że żadnej potrawy wigilijnej ani wielkanocnej nie robiło się i byłoby czymś nieobyczajnym robić ją kiedy indziej. Co najmniej przekładańca, cyganów i mazurków, prosięcia, kutii, szczupaka w szafranie, zupy migdałowej i kwaśnych gołąbków nie wolno było po prostu mieć kiedy indziej niż w święta, którym przynależały. Tak samo jak nikt nie ważyłby się kolęd śpiewać w nie swoim czasie.
Ja sam jadam skromnie i nie grymaszę. Niedziwny mi dziś głód i niestraszny. Kucharza nie mam. Pieniędzy ledwo ledwo... Zajmuję się, jak wiecie, pisaniem i podobnymi sprawami bardzo pilnie. Ale święta muszą być: i gołąbki, i karp w polskim sosie, i szczupak w szafranie, i kutia na Boże Narodzenie, a przekładaniec, serownik, placek w kratkę na Wielkanoc. Przynajmniej tyle. Wyganiam wszystkich z kuchni, zakasuję rękawy i robię sam. I wcale mnie to dużo więcej nie kosztuje niż dzień powszedni. Może półtora funta na wszystkich razem i gości. Na to dwa razy w roku można sobie pozwolić. A dzieci muszą wiedzieć, że są święta, i po naszemu. A osobno robię przekładaniec dla Matki i Jasia, którzy dziś nie mogą się na to zdobyć, i posyłam do Polski. Tak samo, jak mi on w czas mojej młodości Mamusia dawała na drogę do Krakowa. Oni zaś tak samo go oszczędzają, by jak najdłużej starczył, jak ja go przechowywałem u Hołubowicza4 aż do wakacji, aby mi pachniał domem5...


1 Chodzi o ulicę 3 [Trzeciego] Maja. Autor stosuje dziwaczną formę, ale cóż – jego prawo.
2 Zwróćmy uwagę, że autor stosuje określenie pierogów takie, jakiego używano we Lwowie: z serem i kartoflami, a nie „ruskie”, do którego przyzwyczailiśmy się (niestety!) w Krakowie (i nie tylko). Walczmy z tymi ruskimi!
3 Paul Cazin (1881–1963) – Francuz, profesor romanista i tłumacz literatury polskiej na j. francuski. Podkreślano jego znakomite opanowanie języka polskiego. Boy-Żeleński nazywał go żartobliwie Pawłem Kazińskim.
4 Autor mieszkał na stancji w Krakowie u Hołubowicza przy ul. Basztowej.
5 O autorze i jego rodzinie – patrz w tym numerze, w rubryce Wertując wydawnictwa.