Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

NOWE KSIĄŻKI

—Jeżdżąc w ostatnich parunastu latach przez Małopolskę Wschodnią, zauważamy niezwykle liczne, wznoszone lub świeżo wzniesione cerkwie, sytuowane zazwyczaj blisko ważnych dróg, na pobliskich wzgórzach i w centrach miast, miasteczek i wsi, gdzie – gwałcąc odwieczną harmonię ich urbanistycznych sylwet, nierzadko średniowiecznych – zaczynają dominować swoją wielkością i całkiem obcą formą, niewpasowaną w miejscowy krajobraz kulturowy.

Potrzeba budowania nowych świątyń jest zrozumiała – tak jest też w naszym dzisiejszym kraju – jednak narzuca się nieodparte podejrzenie, że tam chodzi o coś więcej. Nie ulega wątpliwości, że wprowadzając nowe budowle cerkiewne, ogromne ponad miarę (a więc kosztowne – w państwie, gdzie się nie przelewa), z wyraźnym nawiązaniem do rosyjskiego klasycyzmu (?), dąży się do „zgaszenia” tradycyjnych dominant o formach zachodnich na rzecz silnych akcentów związanych z nietutejszą tradycją prawosławia. Słowem: zamieniając smukłe wieże kościołów i charakterystyczne potrójne kopułki drewnianych cerkiewek na obłe, lecz potężne kopuły, zmienić krajobraz zachodni na wschodni. Trzeba bowiem zauważyć, że stare cerkwie, drewniane czy murowane – zwłaszcza na wsi i w małych miasteczkach, poza pewnymi wyjątkami – były raczej budowlami niewielkimi i w krajobrazie nie dominowały.

Jednak kopuła to nie wszystko – jest ona tylko zewnętrznym wyrazem różnic w pojmowaniu przestrzeni modlitwy na wschodzie i zachodzie. Obrządki zachodnie preferowały rozwiązania podłużne, do perfekcji doprowadzone w gotyku. Klasyczna świątynia bizantyńska (a za nią prawosławna ruska cerkiew) to budowla centralna1, zwieńczona – co wynika z konstrukcji budowli – kopułą. Takie rozwiązania odpowiadały też Kościołowi zachodniemu w czasach kontrreformacji – stąd liczne kopuły w epoce baroku. Po baroku jednak powrócono na ogół do tradycyjnych układów podłużnych.

Z ciekawością sięgamy więc do niedawno wydanego, monumentalnego dzieła dra Piotra Krasnego z Uniwersytetu Jagiellońskiego pt. Architektura cerkiewna na ziemiach ruskich Rzeczypospolitej, 1596–1914 (wyd. Universitas, Kraków 2003). Praca obejmuje obszary, gdzie żyła ludność obrządków wschodnich (stąd nazwa ziemie ruskie, używana zdaje się, zbyt uogólniająco przez polskich historyków), a więc autochtoniczna na ziemiach ukrainnych i Białej Rusi, oraz ta, która stanowiła wielowiekowy co prawda, lecz napływowy element etniczny.

Ten ostatni to zarówno Rusini uchodzący od średniowiecza przed mongolskim uciskiem, zasiedlający słabo zaludnione rubieże prapolskich Lędzian (Zbrucz, Smotrycz już wtedy znaczyły rozgraniczenie zachodu i wschodu, które – paradoksalnie – powróciło po upadku I Rzeczypospolitej), jak i Wołosi, którzy migrowali wzdłuż łańcucha karpackiego w poszukiwaniu pastwisk, dochodząc nb. aż do zachodniej Małopolski. Wspólnota religijna z Rusinami (obsługa przez ruskich popów) doprowadziła z czasem do rutenizacji Hucułów, Bojków i Łemków.

Chodzi więc przede wszystkim o obszar Małopolski Wschodniej2 (nazywanej w książce Galicją) w mniejszym zakresie Wołynia, Podlasia i Ukrainy, z odniesieniami do ziem Przemyskiej, Chełmskiej, Lubelszczyzny, Wileńszczyzny i Białej Rusi, a nawet Rosji. Pod względem czasowym – rok 1596 oznacza powstanie Cerkwi greckokatolickiej (Unia Brzeska), a więc zbliżenie jej do łacińskiego Zachodu, na niekorzyść powiązań z rosyjską Cerkwią prawosławną i – choć niepełne – zerwanie z prawosławiem (pozostała wspólna liturgia). Warto pamiętać, że w naszej części Europy grekokatolicyzm istniał tam, gdzie była Polska. Nową sytuację stworzyły dopiero czasy najnowsze, gdy przed kilkunastu laty powstało państwo ukraińskie.

Kiedy więc na wstępie przegląda się zdjęcia w książce P. Krasnego, na pierwszy rzut oka zauważa się – z grubsza rzecz biorąc – historycznie dwa typy budowli cerkiewnych: starsze, XVII- i XVIII-wieczne i mniej więcej do połowy XIX w., oraz nowsze, szczególnie z przełomu wieków XIX/XX. Te pierwsze to obiekty w większości o architekturze nam bliskiej, niewiele różniącej się od kościołów renesansowych, barokowych, aż po rokoko. Czasami nawet podejrzewa się, że chodzi o kościoły zaadaptowane na cerkwie3 – podobnie jak dawny kościół trynitarski przy ul. Krakowskiej we Lwowie, przerobiony w ostatnich latach XIX w. na cerkiew Przemienienia, któremu przydano cały system niepięknych kopuł; i jak głośny przed paru laty barokowy kościół Karmelitów w Przemyślu – przez kilkadziesiąt lat katedra greckokatolicka – z którego wreszcie zdjęto nasadzoną w podobnym czasie drewnianą, zrębową atrapę kopuły.

I jeszcze inne zróżnicowanie: cerkwie murowane i drewniane. Autor omawia głównie te pierwsze – jako bardziej reprezentatywne dla podjętego tematu. O cerkwiach drewnianych wspomina w książce drugoplanowo, pokazuje też nieliczne ich zdjęcia, mimo że, jak pisze, cerkwie murowane w Polsce stanowiły w XVIII wieku zaledwie 1,5–2% cerkwi prawosławnych i unickich, a dopiero w XIX w. (tzn. w okresie zaborów) proporcja zwiększyła się do 1/3 na korzyść murowanych4.

Po Wprowadzeniu – dzieli autor swą książkę na cztery części: I. Architektura cerkiewna na ziemiach ruskich Rzeczypospolitej w XVII w.; II. jw. – w XVIII w.; III. Architektura cerkiewna w Galicji; IV. Architektura cerkiewna w zaborze rosyjskim, przy czym dwie ostatnie części dotyczą chronologicznie XIX w. i początku XX w., czyli po pierwszą wojnę światową. W okresie tym przyjęto dość istotny podział czasowy, zwłaszcza dla Galicji: do i od połowy XIX w., kiedy to następuje szczególna zmiana orientacji i wzorców w budownictwie cerkiewnym.

Trudno tu streszczać niezwykle wielostronną i bogatą problemartykę zawartą w pracy P. Krasnego, warto jednak zwrócić uwagę na koleje dziejów architektury cerkwi, specjalnie na najbardziej interesującym nas obszarze polskich południowo-wschodnich ziem koronnych, czyli wschodniej Małopolski/Galicji.

Ten właśnie obszar był miejscem napływu Rusinów i Wołochów, którzy z czasem stali się tu większością wiejską – rolniczą i pasterską. Miasta i miasteczka, zakładane w dużej części w średniowieczu i wczesnym okresie ery nowożytnej, skupiały mieszczaństwo zrazu polskie i żydowskie, a także – w dużych miastach niemieckie, które w epoce zaboru austriackiego przybierało na sile, zresztą dość szybko się polonizując. Ludność ruska stanowiła najmniejszy procent w dużych miejsowościach, nieco większy – w mniejszych, a w najmniejszych – była porównywalna z żywiołem polskim i żydowskim.

Nie sposób tu mówić o jakiejś generalnej konsekwencji rozwojowej w XVII–XVIII w. – z omawianej książki wynika to dość jasno. Nie było bowiem jednoznacznego powtarzania ani zachodnioeuropejskiej linii rozwoju architektury od romańszczyzny po klasycyzm, ani bizantyńsko-ruskiej. Architektura cerkiewna na tym terenie wydaje się być miotana faktami i tendencjami polityczno-ideologicznymi, choć elementy wszystkich zachodnich i wschodnich stylów w niej się w jakimś stopniu uzewnętrzniają, choćby z racji nie tylko założeń ideowych, ale i różnego stopnia wyczucia tematu ze strony najrozmaitszych twórców.

Niniejsze omówienie książki dra Krasnego, z racji określonego zainteresowania terytorialnego naszego pisma, nie odnosi się do całego zakresu problematyki w niej zawartej – na to brak nam wystarczającej wiedzy w zakresie historii sztuki i historii w ogóle – chcemy jednak podkreślić to, co nas zainteresowało szczególnie. Jest to więc obraz cerkwi greckokatolickich – jak powiedziano wyżej na terenie wschodniej Małopolski w okresie staropolskim (przed rozbiorami), kiedy nie dały jeszcze o sobie znać na dobre w społeczności ruskiej i jej Cerkwi ani tendencje moskalofilskie, ani nacjonalistyczne.

Otóż zwraca uwagę fakt, że duża część cerkwi wschodniomałopolskich XVII i XVIII w. nawiązywała wyraźnie – o czym wspomniano wyżej – do form architektonicznych kościołów zachodnich. Wchodziły w grę zapewne dwa podstawowe motywy: obecność na terenie ziem polskich oraz celowego wówczas odcinania się unitów od rosyjskiej tradycji prawosławnej. Z pierwszym motywem wiążą się oczywiście wzorce architektury rzymskokatolickiej oraz działalność twórców-architektów polskich lub do Polski przybyłych z Zachodu (głównie Włochów), a w końcu niewątpliwie prozachodnia orientacja hierarchów Cerkwi. Efektem działania tych czynników były projekty i realizacje obiektów opartych w dużej mierze na rzucie krzyża łacińskiego, trójnawowe. Warto zwrócić uwagę na parę najważniejszych cerkwi z omawianego obszaru: cerkiew Wołoska we Lwowie (przełom XVI/XVII w., pod wpływem kościołów renesansowych w wydaniu weneckim) oraz katedra św. Jura we Lwowie4 i cerkiew Zaśnięcia MB w Ławrze Poczajowskiej (obie z 2. połowy. XVIII w.) – niewiele różnią się od kościołów barokowych czy rokokowych. Dopiero zbyt bogaty (jak na zachodnie gusty – zwłaszcza w Poczajowie) wystrój wewnętrzny zdradza wschodnią kulturę. Do innych ważniejszych obiektów opartych na zachodnich formach świątyń można zaliczyć cerkiew (i cały monaster) bazylianów w Buczaczu, cerkiew w Zbarażu i dziesiątki mniejszych, które na pierwszy rzut oka wydają się być kościołami obrządku łacińskiego.

Obok wymienionego typu cerkwi budowano również w tym okresie i takie, które nawiązywały do innych

wzorców. Są to rozwiązania centralne, być może oparte na tradycji prawosławnej (bizantyńsko-ruskiej sprzed XVII w.) – przede wszystkim z czasów parowiekowej przynależności Ziemi Czerwieńskiej do Rusi5, jak również z czasów późniejszych – proweniencji greckiej czy wołosko-mołdawskiej.

Obraz zmienia się w wieku XIX, zwłaszcza w jego drugiej połowie, gdy pod wpływem zmiany orientacji polityczno-ideologicznej coraz częściej pojawiają się budowle rodem z carsko-imperialnego prawosławia. Szczytem była implantacja rosyjskich neoklasycznych monumentów (przykład: Komarno), która stała się wzorcem dla licznych realizacji naszej doby za jałtańską granicą, o czym była mowa na początku tego omówienia.

Znakomita książka dra Piotra Krasnego daje ogromnie dużo materiału do poszerzenia i uporządkowania naszej wiedzy oraz zrozumienia historii i teraźniejszości.

1 Tzn. oparta w rzucie na tzw. krzyżu greckim – równoramiennym, w przeciwieństwie do świątyń zachodnich, opartych na krzyżu łacińskim – podłużnym.

2 Ta nazwa została przyjęta przy Unii Lubelskiej w 1569 r.

3 Przeważnie zabrane rzymskim katolikom w ramach tzw. kasaty józefińskiej z końcem XVIII w.

4 W tej kwestii trudno zgodzić się z autorem, że konieczność korzystania niemal wyłącznie z cerkwi drewnianych była symbolem głębokiego poniżenia Kościoła Wschodniego w Rzeczypospolitej, ponieważ większość parafii była po prostu słabo uposażona i tak mizernie wspomagana przez kolatorów, że musiała sięgać po ów budulec jako znacznie tańszy od cegły i kamienia (s. 25). Wypada więc zwrócić uwagę, że również większość wiejskich kościołów rzymskokatolickich była drewniana. Podobnie było nie tylko w Polsce, także w Niemczech, Szwecji... A co do kolatorów, to warto powołać się na omawianą w tym numerze książkę (niżej) Ł. Kapralskiej Pluralizm kulturowy i etniczny... Sam autor parokrotnie pisze o hojnych kolatorach spośród spolonizowanej szlachty i magnaterii o korzeniach ruskich.

4 Cerkiew św. Jura posiada bardzo oryginalnie rozwiązany rzut poziomy: jego centrum stanowi układ oparty na krzyżu greckim z kopułą, jednak przez dodanie wydłużonej kruchty i prezbiterium odnosi się wrażenie rozwiązania podłużnego, typowego dla kościołów łacińskich. Na zewnątrz nie wyeksponowano czterech kopułek narożnych, co świadczy o okcydentalizacji tej kompozycji architektonicznej.

5 Autor wymienia trzy typy takich budowli: krzyżowo-kopułowe, trójdzielne i trójkonchowe.

— Podkamień to znane sanktuarium maryjne we Wschodniej Małopolsce, podobnie jak Kochawina czy Łysiec. To także miejscowość, która miała w Polsce swoje wielowiekowe, chwalebne dzieje i nie mniej ważną historię obrony przed upowskimi rezunami.

Zbigniew i Stanisław Iłowscy napisali książeczkę Podkamień. Apokaliptyczne wzgórze (cz. I, drugiej nie mamy; Opole 1994). Opowieść składa się z 11 rozdziałów (i autorskiego wstępu). Z tych sześć omawia historię miasteczka oraz słynnego kościoła i klasztoru dominikanów. Kolejne trzy opisują dwie okupacje i apokalipsę ukraińskiego ludobójstwa. Rozdział XI poświęcony jest postaci dowódcy Samoobrony AK w Podkamieniu, brodzianina Kazimierza Sołtysika (jego sylwetkę zamieścimy w następnym numerze); zawiera też listę osób pomordowanych przez banderowców (oczywiście niepełną). Ostatni rozdział omawia koniec wojny i exodus.

napisali książeczkę (cz. I, drugiej nie mamy; Opole 1994). Opowieść składa się z 11 rozdziałów (i autorskiego wstępu). Z tych sześć omawia historię miasteczka oraz słynnego kościoła i klasztoru dominikanów. Kolejne trzy opisują dwie okupacje i apokalipsę ukraińskiego ludobójstwa. Rozdział XI poświęcony jest postaci dowódcy Samoobrony AK w Podkamieniu, brodzianina Kazimierza Sołtysika (jego zamieścimy w następnym numerze); zawiera też listę osób pomordowanych przez banderowców (oczywiście niepełną). Ostatni rozdział omawia koniec wojny i exodus.

Bardzo ciekawy i ważny dokument.

— Książką ważną dla naszej – i nie tylko naszej – prywatnej i zbiorowej świadomości jest praca socjologiczna Łucji Kapralskiej: Pluralizm kulturowy i etniczny a odrębność regionalna Kresów południowo-wschodnich w latach 1918–1939 (Zakład Wydawniczy „Nomos”, Kraków 2000). Książka dotyczy Małopolski Wschodniej (Galicji wchodniej, jak pisze autorka – po co?), nie dotyczy natomiast Wołynia, też zaliczanego wszak do Kresów południowo-wschodnich (co wynika z geografii), ponieważ całkiem różnie ułożyły się w tych regionach warunki historyczno-kulturowe (do ważniejszych przyczyn zróżnicowania przyczyniło się niewątpliwie „wychowanie” społeczeństwa w ciągu prawie półtora wieku – między rozbiorami a I wojną światową – pod wpływem Zachodu w Małopolsce i Wschodu na Wołyniu. Ale nie tylko).

Oczywiście najwięcej pisze autorka o wzajemnych relacjach polsko-ukraińskich – trzecią siłą byli dość liczni Żydzi (w niektórych miastach stanowili 1/3, 2/5, a nawet połowę mieszkańców). Stosunkowo mało pisze o Niemcach, którzy po I wojnie stracili swoje znaczenie. Inne mniejszości narodowe – Ormianie i Karaimi byli na tyle nieliczni (lub jak Ormianie, całkowicie spolonizowani), że nie mogli wywierać większego wpływu na społeczno-polityczne życie regionu.

Ważne wydaje się wyodrębnienie przez autorkę od Rusinów-Ukraińców karpackich górali: Hucułów, Bojków i Łemków, których etniczne pochodzenie nie było ruskie, jednak wspólnota religii (najpierw prawosławie, później grekokatolicyzm) związała ich z żywiołem ruskim, z przejęciem jego języka łącznie. Niemniej nie udało się całkowicie identyfikować tych górali z Rusinami-Ukraińcami (co zauważamy i dzisiaj na przykładzie Łemków w RP).

Autorka napisała we wstępie, że jej praca opiera się w głównej mierze na literaturze polskiej i pracach polskojęzycznych autorów, w niewielkim stopniu uwzględniając dorobek autorów ukraińskich i żydowskich, co z pewnością jest jej istotnym brakiem. Ależ nie! Całe szczęście, bo co sądzić o pracach tamtych uczonych podszytych nacjonalizmem – wiemy aż nadto dobrze.

Autorka omawia sprawę, którą w naszym kwartalniku często poruszamy: rutenizacji polskich chłopów, przeciwnie niż w warstwie szlacheckiej, gdzie szlachta o rodowodzie ruskim polonizowała się (dziś Ukraińcy nam to wytykają!). Przyczyny w obu warstwach są oczywiste: dla szlachty przyjęcie polskości stanowiło awans kulturowy, a w konsekwencji dostęp do udziału w życiu państwowym na jego wyżynach. Odwrotnie na wsi: polscy chłopi wobec błędnej postawy szlachty i braku kościołów oraz analfabetyzmu siłą rzeczy wtapiali się w społeczeństwo ruskie. Bywało i tak, że polska szlachta – aby tym wyraźniej odgraniczyć się od chłopstwa, fundowała mu cerkwie, zmuszając Polaków-rzymskich katolików do przyjmowania obrządku wschodniego (przez chrzty, śluby itd.), co prowadziło do rutenizacji. O budowę kościołów nie dbali również łacińscy biskupi, a na katastrofalną sytuację religijno-narodową – z punktu widzenia katolicyzmu rzymskiego – zwrócili dopiero uwagę na przełomie XIX/XX w. sufragan lwowski bp Puzyna (późniejszy kardynał krakowski) oraz abp Bilczewski, wszczynając na szeroką skalę budowę kościołów.

Opisuje też autorka próby repolonizacji szlachty zagrodowej (zrutenizowanej w dużym stopniu), podjęte w latach trzydziestych XX wieku. W 1935 r. do utworzonego Związku Szlachty Zagrodowej należało 500 członków, a w 1939 – już 41 tysięcy. Akcja ta nie przebiegała bezkonfliktowo, budząc protesty i kontrakcje ze strony inteligencji ukraińskiej, nastrojonej nacjonalistycznie. Tej było na prowincji więcej niż polskiej, ponieważ młodzi Polacy, którzy zdobyli wykształcenie, przechodzili do miast, awansowali, wiązali się z Wojskiem Polskim. Inteligencja ruska pozostawała i w swoich okolicach podejmowała akcję pracy organicznej (zakładanie spółdzielni itp.). Pomagali w tym wydatnie księża uniccy, a także organizacje typu OUN.

Takie i podobne problemy opisuje szeroko Ł. Kapralska, jej książka więc otwiera nam oczy na sytuację ogromnych zaniedbań ze strony polskiej od XIX w., którym władze polskie próbowały się przeciwstawić dopiero w okresie międzywojennego 20-lecia. Nie wiemy, jak by się to skończyło, bo wszystko przekreśliły dwie tragiczne daty: 1 i 17 września 1939 roku.

— Dotarł do nas via Lwów dość obszerny I tom wydawnictwa naukowego o tytule Ucrainica–Polonica. Jest to zbiór kilkudziesięciu artykułów, napisanych przez naukowców polskich i ukraińskich z terenu Ukrainy oraz z RP, wydany w Żytomierzu (2004). Omawiany tom jest poświęcony prawie w całości Wołyniowi. Artykuły dotyczą historii politycznej starej i nowej, historii kultury, Kościoła, wybitnych postaci.

— Trzeba podziwiać aktywność naukową i wydawniczą pań Barbary Maresz i Marioli Szydłowskiej. W poprzednim numerze omawialiśmy świeżo wydany tom o Bibliotece Teatru Lwowskiego B. Maresz, a tu nadeszły z Katowic dwa kolejne tomy z serii Repertuar teatru polskiego we Lwowie, z dwóch okresów na samym przełomie wieków XIX/XX: 1894–1900 i 1900–1906.

Pierwszy okres to 7-lecie kończące wiek XIX, a zarazem wiodącą we Lwowie rolę zasłużonegoTeatru Skarbkowskiego* (działającego od 1842 r.) pod dyrekcjami Z. Przybylskiego, L. Hellera i J. Bandrowskiego. Drugi, rozpoczynający wiek XX i równocześnie działalność świeżo otwartego Teatru Wielkiego** (wtedy nazywano go Miejskim), to czasy bardzo ważnej w dziejach lwowskiego teatru dyrekcji T. Pawlikowskiego.

Repertuar przedstawiony w obu tomach uwzględnia wszystkie rodzaje przedstawień: dramatyczne, muzyczne (opery, operetki i koncerty) oraz inne rodzaje widowisk, odbywające się w pierwszym okresie nie tylko w Teatrze Skarbkowskim, lecz również w Teatrze Letnim oraz w teatrze na Wystawie Krajowej***, zaś w drugim okresie wyłącznie w Teatrze Wielkim. Odnotowano także występy gościnne obcych zespołów.

Wszystko to przedstawia niezwykle barwną mozaikę życia teatralnego. Przy każdym z przedstawień podano oczywiście obsadę: ile wspaniałych nazwisk! Np. Makbet (grudzień 1902): Modrzejewska, Feldman (tak, ojciec Krystyny Feldman – Pani Nikifor), Solski, Węgrzyn itd. Albo całkiem nam nieznana sztuka Wesele Sobeidy (grudzień 1904), a w niej: Adwentowicz, Solska, Solski, Węgrzyn... Dowiadujemy się też, ile razy zagrano każdą ze sztuk: niestety, Makbeta trzy razy, tę drugą dwa razy. A grano przecież codziennie. W efekcie np. w grudniu 1904 r. było aż sześć premier. Trzeba się było napracować!

* Pożegnalne przedstawienie odbyło się 19 września 1900 r.

** Inauguracyjne przedstawienie 4 października 1900 r.

*** Pamiętamy: rok 1894 – w stulecie Racławic (stąd Panorama Racławicka wykonana dla Wystawy).

— Nasza biblioteka przewodników po Małopolsce Wschodniej wzbogaciła się wreszcie o opracowanie obejmujące – poza Lwowem i kilkoma ważniejszymi miastami – szeroki zakres miejscowości, czego dotąd, w latach powojennych nie mieliśmy poza reprintami Orłowicza sprzed wojny! Nową i satysfakcjonującą pozycją (jak na dzisiejszą sytuację) jest Ilustrowany przewodnik po zabytkach Galicji Wschodniej Zbigniewa Hausera (wyd. Burchard Edition, Warszawa 2004). Jak z samego tytułu wynika, przewodnik nie obejmuje obiektów związanych z geografią, przyrodą czy zbiorami. Nie omawia ponadto całego obszaru Małopolski Wschodniej, a jedynie dwa województwa – lwowskie i stanisławowskie. Może dla Tarnopolszczyzny będzie osobne opracowanie?

Przewodnik obejmuje – poza Lwowem i Stanisławowem – ponad 300 miejscowości, co w takim zakresie, po kilkudziesięciu latach upadku, zdarza się po wojnie po raz pierwszy. W każdym haśle znajdujemy opis zabytkowych obiektów i ich krótką historię (dla rezydencji także nazwiska kolejnych właścicieli). Ważne – czego dotąd nie praktykowano: opisano każdorazowo miejscowy cmentarz.

Dostaliśmy więc niezwykle wartościową informację o zabranej nam Ziemi, pożyteczną nie tylko dla turystów.

Mamy zastrzeżenia do wstępu od Wydawcy. Po pierwsze – dziś już wiemy, że najpierw nie była to Ruś Czerwona, lecz ziemia prapolskich Lędzian (uzasadniają to m.in. profesorowie G. Labuda, J. Nalepa i inni). Lędzian-Lachów najechał w 981 r. książę kijowski Włodzimierz zwany Wielkim i wtedy nastała tam na ponad 350 lat Ruś Czerwona. Po drugie: ani słowem nie wspomniano nazwy Małopolska Wschodnia, która istniała od XVI w., a stosowana była szczególnie w okresie 20-lecia międzywojennego – gdy austriacka nazwa Galicja zdezaktualizowała się po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Używana jest także dziś (wyjąwszy niektórych politycznie poprawnych historyków i publicystów). Przecież to kwestia naszej godności...

— W Bibliotece „Wołania z Wołynia” ukazał się już 36. tom: Krzemieniec – reprint przedwojennego przewodnika (autor nie podany, Biały Dunajec–Ostróg 2005). Opisano miasto i ciekawsze miejscowości w okolicy. Sporo zdjęć, wykonanych w tamtych czasach przez znakomitego fotografika Henryka Hermanowicza, pedagoga w Liceum Krzemienieckim.

— W CL 2/02 omawialiśmy wspomnieniowe książki Stanisława KlimplaW Dolinie Wyrwy i W dolinie Pełtwi. Trzecią, W dolinie Strwiąża, pominęliśmy, ponieważ dotyczy ona miejsc, które nie należą do ścisłego obszaru geograficznego naszego zainteresowania (pozostały po zachodniej stronie jałtańskiej granicy).

Tymczasem do naszych rąk dotarła II część tej ostatniej: W dolinie Strwiąża. Chyrów (Gliwice 2001) – to już coś dla nas! Przypomnijmy dla wyjaśnienia, że rzeczka Strwiąż, płynąc spod Ustrzyk Dolnych przekracza kordon i uchodzi do Dniestru*. Po tamtej stronie leży właśnie Chyrów**.

Chyrów to przede wszystkim znany Zakład Naukowo-Wychowawczy oo. Jezuitów (potocznie zwany konwiktem jezuickim). Tam właśnie autor pobierał naukę gimnazjalną w latach 1924–27, a kontynuował
w IV Gimnazjum we Lwowie (tamże zdał maturę w 1934 r.).

Owe trzy lata spędzone w Chyrowie wspomina Klimpel z sentymentem. Opisuje tryb nauki, profesorów i kolegów. Do tekstu wspomnień dołączył biogramy 36 księży jezuitów, z którym zetknął się w konwikcie. Książkę kończy zestaw ok. 20 starych zdjęć z Chyrowa i Zakładu.

Ze wszystkich czterech tomów wspomnień S. Klimpla ten podoba nam się najbardziej.

* Strwiąż – patrz Słownik w CL 2/2000.

** Chyrów – patrz Słownik w CL 1/98 oraz omówienie innych książek o nim w CL 4/2000, 1/01

— Skromność szaty wydawniczej tej niewielkiej książeczki jest odwrotnie proporcjonalna do jej uroczej zawartości. Uroczej podwójnie: bo jest zbiorkiem lwowskiej poetki przełomu wieków (tamtych wieków: XIX i XX!), ale także i z tego powodu, że wstęp, komentarze i przypisy są nie tylko kompetentne, lecz zarazem pełne ciepła wobec Poetki i jej Lwowa. Książeczka ta – to Maryli WolskiejO tamtym Lwowie (Wydawnictwo T.P. Warszawa 1999 – nadal dostępna w warszawskich księgarniach).

Tomik nosi podtytuł: Pamiętnik liryczny, a wiersze w nim zawarte pochodzą z III części zbiorku M. Wolskiej – Dzbanek malin z r. 1929 i dotyczą wybitnych postaci lwowskich, które poetka znała osobiście lub z rodzinnych wspomnień: A. Grottgera, S. Goszczyńskiego, malarza F. Tepę, Brata Alberta Chmielowskiego, aktorkę A. Aszpergerową, rodzinę Żulińskich. Między tymi przewija się „cały Lwów” tamtej epoki: ludzie, miejsca, wydarzenia. Do tego wszystkiego Jan Zbigniew Plebanek dopisał doskonałe wyjaśnienia i zilustrował zdjęciami z owych czasów.

Tu przychodzi nam na myśl, by zorganizować kiedyś wycieczkę tematyczną (albo serię takich wycieczek), poświęconą takiej czy innej epoce dziejów Lwowa, jego nieżyjącym ludziom i istniejącym po nich pamiątkom. Byłaby to niby taka sama wycieczka, jak wszystkie inne, ale ze szczególnym wykorzystaniem wybranych dla tej opowieści miejsc, obiektów, grobów, innych miejscowości. Na przykład dla rodziny i otoczenia Maryli Wolskiej: Grottger, Wanda Monnee i Wolscy, willa „Zaświecie”, cmentarze Łyczakowski i Orląt, Storożka k. Skolego, Bubniszcze... Sądzimy, że chętni by się znaleźli.

— Ostatnio parokrotnie pojawiało się na naszych łamach nazwisko Bogdana S. Kasprowicza – w poprzednim numerze wydrukowaliśmy jego wiersz na śmierć Ojca św. Jana Pawła II. Teraz dotarł do naszych rąk tomik wierszy o zgoła innym charakterze: Wypijmy za Lwów. Wiersze dla i od przyjaciół (wyd. Instytut Lwowski, Warszawa 2005). Są to poetyckie zabawy, wymyślane ad hoc dla rozbawienia towarzystwa, które – jak pisze autor we wstępie – nawiązują do słownych improwizacji, uprawianych przez poetów i artystów, którzy spotykali się we Lwowie w knajpie „Atlas” przy Rynku 45 (jak niegdyś w Krakowie w Jamie Michalika). U pana Edzia Tarlerskiego bywali luminarze polskiej literatury od Leopolda Staffa i Jana Kasprowicza po Henryka Zbierzchowskiego i Jana Parandowskiego, a ich okolicznościowe utwory szybko stawały się w mieście ogólnie znane.

Tu cytujemy wierszyk-toast zadedykowany przez autora Januszowi Wasylkowskiemu: 10 tomów „Rocznika Lwowskiego”. Z Panem Januszem rozmawialiśmy także w poprzednim numerze. Tak się wszystko zbiega...

Łatwo się pisze

wiersze o miłości

szczególnie jeśli

to miłość jest do Lwowa

właściwie samo

to co w sercu

ubiera się

w najszczersze słowa

Trudniej prowadzić

HOCH INSTYTUT

szczególnie jeśli

człowiek sam jest

jak ten palec w...

bez biur bez ludzi bez budżetu

bez sekretarki i bez klozetu

ech cicho

lwowskie serce głupie...

Łatwo się wznosi toast

za Instytut Lwowski

sto lat niech żyje

Janusz Wasylkowski

— Red. Tadeusz Olszański w swoim artykule (Węgrzy w Stanisławowie), zamieszczonym w porzednim numerze, wspomniał o książce Stanisława Fudalego (i zarazem wydawcy): 80 miesięcy w kleszczach sierpa i młota (Szczecin 2004). S. Fudali, urodzony w Stanisławowie w 1929 r., został 12 kwietnia 1940 r. wraz z matką i bratem deportowany do północnego Kazachstanu. Do Polski udało mu się wrócić w maju 1946 r.

Książka (o 550 stronach) ma charakter wspomnieniowo-pamiętnikarski, pisana w oparciu o kopie autentycznych dokumentów, listów, druków, gazet, ale także dokonywanych niemal na gorąco notatek od momentu wywózki. Są to więc przeżycia i doznania paronastoletniego chłopca, pisane z perspektywy 70-letniego człowieka, z zachowaniem w większości chronologii wydarzeń. Autor wyznaje jednak, że z takiej perspektywy czasu nie da się w pełni przekazać autentyzmu odczuć 10–16-letniego chłopca, bowiem towarzyszy im nabyte w ciągu lat doświadczenie życiowe, refleksja i ogólniejsze spojrzenie na ówczesne wydarzenia. Dodaje też, że jako świadek tamtych czasów i miejsc spełnił swoją powinność, składając relację z tamtych dni i przeżyć.

Książka została wyróżniona I nagrodą
w dziale pamiętnikarskim 34. edycji konkursu Dzieje szczecińskich rodzin.  (KS)

Do nabycia u autora: Stanisław Fudali, ul. Seledynowa 3/6, 70-781 Szczecin. Tel. (91) 463-10-71, e-mail: fudalist@avanti.net.pl

— Pan Emil Hlib nadesłał nam z Wrocławia tomik swego autorstwa, pt. Piosenki lwowskie i kresowe (rok wydania?), za co bardzo dziękujemy. Jest to śpiewnik, który zostanie zapewne z aplauzem powitany przez nasze ekspatrianckie środowiska, a także w licznych szkołach, z tymi pod wezwaniem „Orląt Lwowskich” na czele.

Mieliśmy już kilka książek o lwowskich piosenkach – zjawisku w polskiej kulturze nieporównywalnym (może z Warszawą, ale to i tak nie to!), poczynając od 7 zeszytów opracowanych przez dra Stefana Uhmę i wydanych w Londynie, poprzez Wasylkowskiego, aż po Kurzową i Habelę. Te jednak albo dawno się wyczerpały, albo nie bardzo nadają się jako śpiewniki, nowe więc opracowanie jest bardzo na czasie.

To oczywiście nie jedyny powód do satysfakcji. Także i to, że zbiorek E. Hliba został skompletowany i opracowany w sposób kompetentny. Autor zna te piosenki od dzieciństwa – w jego domu zawsze je śpiewano, sam zaś ma wykształcenie muzyczne i – wielkie zamiłowanie. Do śpiewnika podchodzi z potrzeby serca, a nie profesji. Jednak, jak donosi, wiele tekstów zostało poprawionych i uzupełnionych, co świadczy o dobrej znajomości tematu. Do zbioru weszło kilka piosenek powstałych w londyńskim środowisku lwowian, przede wszystkim Hemara.

Zbiorek został poszerzony o różne piosenki, których nie da się podciągnąć ani pod lwowskie, ani kresowe (z tych ostatnich znalazły się także wileńskie). Nie mamy nic przeciwko sybirackim, które dobrze wpisują się w etos kresowy, powstają jednak wątpliwości, czy tu akurat potrzebne były znane skądinąd przeboje jak Lili Marlen i polskie co prawda, lecz nie lwowskie – nawet jeśli były kiedyś we Lwowie śpiewane (jak w całej Polsce). Podobnie warszawskie, harcerskie, a już całkiem naszym zdaniem niepotrzebne – niepolskojęzyczne. O to byśmy się z autorem uroczego śpiewnika spierali.

W tym numerze przedstawimy mało u nas znaną piosenkę Mariana Hemara (słowa i muzyka!) Rozmowa z księżycem, dedykowaną Pani Władzie Majewskiej.

— Nie wszyscy wygnańcy z wschodniomałopolskich i wołyńskich wsi, których bezpośrednio dotknęły tragiczne wydarzenia z rąk ukraińskich zbrodniarzy, byli w stanie opisać to, co przeżyli w swych rodzinnych miejscowościach, gdzie współżyli i wiązali się rodzinnie z sąsiadami Rusinami-Ukraińcami. Spisywanie takich relacji leżało przeważnie poza ich możliwościami; wszak przeważnie byli to ludzie prości. Ale nie tylko dlatego – na przeszkodzie stanęły głębokie urazy psychiczne doznane w tamtych dniach bezprzykładnej grozy. Można się więc tylko domyślać, że wiele straszliwych przeżyć pozostało tylko w pamięci ich ofiar.

Było jednak wielu, którzy opowiadali, a w jakiejś liczbie przypadków znaleźli się wykształceni młodzi ludzie – dzieci, wnuki – urodzeni już po tamtej hekatombie, którzy uważnie słuchali i notowali.

Do takich właśnie należy Stanisława Stadher, urodzona w 1945 r. na terenie Czech, gdzie znaleźli się jej rodzice, wygnani z rodzinnego domu i ziemi. Potem osiedli na Opolszczyźnie. Stanisława ukończyła polonistykę we Wrocławiu, mieszka w Słupsku, gdzie pracowała jako nauczycielka. Podjęła pracę literacką, a jej debiutem stał się zbiorek opowiadań pt. Kresy nadziei (Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne, Radom 2004).

Swoje opowiadania oparła na wspomnieniach rodziców i innych dawnych mieszkańców wsi Polikrowy k. Podkamienia w powiecie złoczowskim. Trudno te relacje czytać spokojnie, bo każda z czternastu przedstawia wydarzenia przerażające. Z lektury – zresztą nie tylko tej książeczki – potwierdza się istotna informacja: mordercami i wyjątkowo okrutnymi oprawcami bezbronnych Polaków byli nie tylko dzielni żołnierze OUN--UPA. Byli nimi ukraińscy sąsiedzi, nierzadko krewni – szwagrowie, siostrzeńcy... Nawet mężowie.

— Książka ukazała się przed kilkunastu laty, mamy ją nawet z dedykacją autora. Niestety tytuł tych wspomnień: Lwów nie każdemu zdrów nie zachęcił do czytania. Po co się denerwować?

Dopiero teraz, paręnaście dni po śmierci Leszka Dzięgla, krakowskiego etnografa, wzięliśmy do rąk jego lwowskie wspomnienia (wyd. Polskie Towarzystwo Ludoznawcze, Wrocław 1991). Podejrzenia okazały się bezpodstawne, wypadałoby więc przeprosić Autora, który – może bez szczególnego rozmiłowania, ale rzeczowo, nawet z sympatią, opowiada o mieście swego dzieciństwa, nie będącym jednak jego miastem rodzinnym.

Rodzina Dzięglów znalazła się we Lwowie przed samym wybuchem II wojny, ojciec bowiem, profesor gimnazjalny w Katowicach, bał się coraz bardziej agresywnego niemieckiego nacjonalizmu. Zamieszkali na kolonii profesorskiej na górnym Łyczakowie przy ul. Ptaśnika 35. We Lwowie pozostali aż do „repatriacji” w 1945 r.

Autor opowiada o lwowskim życiu swojej rodziny, o szkole i kolegach, opisuje obie wojenne okupacje. Był bystrym obserwatorem, potem inteligentnym człowiekiem, więc narrację wzbogacił wieloma odniesieniami, dygresjami, cytatami. Po wyjeździe ze Lwowa znalazł się z rodzicami na powrót w Katowicach, ale studiował i ostatecznie osiadł w Krakowie i związał się z UJ. Jako etnograf wiele podróżował, aż we wrześniu 1990 r. przedsięwziął podróż sentymentalną do Lwowa. Spisał relację niby na zimno, ale wzruszenia nie dały się ukryć...

— Od p. Joanny Sibigi – wnuczki p. Jadwigi Sibigi, b. prezeski TMLiKPW w Jarosławiu – otrzymaliśmy (za pośrednictwem Babci) ciekawą pracę magisterską pt. Lwów w piśmiennictwie lat 1989–1997. Praca została wykonana w r. 2001 w Instytucie Historii UJ w Krakowie pod kierunkiem prof. Juliana Dybca. W obszernej pracy (ponad 100 stron A4) autorka omówiła cztery typy wydawnictw książkowych, które ukazały się w ciągu ośmiu ważnych, bo pionierskich lat po upadku komunizmu. Są to: I. Dzieje Lwowa, II. Lwów we wspomnieniach, III. Architektura i sztuka Lwowa – przewodniki po mieście, IV. Lwowski humor i satyra.

Autorka oczywiście nie omawia poszczególnych pozycji wydawniczych – uwzględniła ich ok. 140 – lecz charakteryzuje poruszaną w nich tematykę. W części pierwszej (ok. 1/3 opracowania) skupia się raczej na problematyce historiograficznej i kulturowej (nauka, literatura, publicystyka, wydawnictwa), nie poruszając na ogół spraw konfliktowych, polsko-ukraińskich. Nie wchodzi też w tematykę społeczną i gospodarczą z prostej przyczyny: wydawnictw na te tematy nie ma. Warto przy okazji zwrócić uwagę, że przed kilku laty zespoły kierowane przez prof. H. Madurowicz-Urbańską i doc. K. Zamorskiego opracowały serię kilkunastu tematów z zakresu demograficzych, urbanizacyjnych i cywilizacyjnych dziejów Lwowa, dotąd nie wydanych (patrz CL 2/99).

Jest takie zdanie w pracy J. Sibigi, z któ­rym zgodzić się nie możemy, jest bowiem krzywdzącą nieprawdą wobec lwowskich Polaków, w szczególności naszej inteligencji. Brzmi ono następująco:

Specyficzna polityka sprawiała, iż Sowieci zyskali we Lwowie sojuszników wśród polskiej napływowej i miejscowej inteligencji. Sprzyjały temu silne przedwojenne sympatie lewicowe oraz reakcja społeczeństwa na klęskę wrześniową, przeżywaną w atmosferze pretensji wysuwanych pod adresem sanacyjnego rządu. Jednocześnie twórcy, zdecydowani gloryfikować nową rzeczywistość, stanowili warstwę uprzywilejowaną...

...

Otóż rzeczywiście przybyła do Lwowa – uciekając przed Niemcami – pewna liczba dość kontrowersyjnych politycznie postaci, głównie z Warszawy i Krakowa, by wymienić przykładowo Wandę Wasilewską, Polewkę, Wata, niestety Boya-Żeleńskiego itd., ze strony lwowskiej natomiast były to nieliczne osoby (trudno nam je tu bliżej określać – pozostawiamy to domyślności Czytelników), które można by policzyć na palcach jednej ręki.

Natomiast ustęp kończący część pierwszą, wydaje się godny zapamiętania:

Podsumowując dokonaną tutaj próbę omówienia piśmiennictwa dotyczącego zagadnień związanych z historią miasta Lwowa, zasadne wydaje się przypomnienie, iż jeszcze wiele tematów czeka na rzetelne naukowe opracowanie. [...] Dopiero poparte wszechstronnymi badaniami i opatrzone naukowym komentarzem pomogą nakreślić obraz dawnego Lwowa; niemożliwe jest to jednak bez spożytkowania innych dostępnych źródeł i archiwaliów. Najważniejszy wydaje się jednak fakt, iż zapoczątkowano intensywne studia nad historią Lwowa; dotychczasowe badania bowiem, przeprowadzone kilkadziesiąt lat temu, nie dorównują dzisiejszej historiografii innych polskich miast (podkr. red.).

(podkr. red.).

Otóż to – mimo z pozoru licznych wydawnictw na temat Lwowa (i w ogóle Ziem Wschodnich), ich ilość jest ułamkiem w stosunku do tego, co napisano o miastach i regionach, wydarzeniach i problemach oraz ludziach dawnej Polski. Są to rzeczy nieporównywalne. Stąd idea Instytutu Kresów Wschodnich*.

W drugiej części autorka omawia wspomnienia, które dotyczą głównie środowiska inteligencji lwowskiej oraz ludzi kultury z czasów przedwojennych, z czasu wojny, ekspatriacji, emigracji.

Trzecia część opisuje najpierw przestrzenny rozwój Lwowa – od czasów ruskich aż po wiek XX. Tutaj musimy zwrócić uwagę na fakt, że przed paroma laty, gdy powstawała omawiana praca, nie były jeszcze brane pod uwagę najnowsze badania – zawinili tu zapewne nasi historycy przełomu XIX/XX wieku, którzy w sposób bezkrytyczny przyjmowali praruskość tej ziemi. Dziś już wiemy, że jest to nieprawda; ziemię tę przed napływem Rusinów w X wieku zamieszkiwali Lędzianie – plemię prapolskie, jak Polanie, Wiślanie, Ślęzanie i jeszcze parę innych (piszemy o tym dużo w ostatnich numerach). Tak więc książę Daniel, uchodząc przed Tatarami z Halicza, nie wybrał miejsca w dzikiej okolicy, lecz musiał tu zastać osadę wcześniejszą, zlokalizowaną blisko skrzyżowania odwiecznych dróg z zachodu na wschód** i z południa na północ – od Dniestru do Bugu, przez naturalne obniżenie między Roztoczem a Gołogórami.

Część czwarta mówi o tym, co lwowiakom było najbliższe: o batiarach, Wesołej Fali, piosenkach...

Jesteśmy przekonani, że praca magisterska Joanny Sibigi mogłaby być – po pewnych zmianach i rozbudowie – wydana w formie książki. Gorąco do tego zachęcamy.

* W CL 1/05 omawialiśmy ideę utworzenia Instytutu Polskiego Dziedzictwa Historii i Kultury Kresów Wschodnich. Starania są prowadzone kilkoma torami.

** Dr Piotr Krasny obiecał nam opis historyczny Wysokiej Drogi z zachodu na wschód.

— Bardzo pochwalamy pracę Władysława Szklarza (i Oddział Buczacz TMLiKPW we Wrocławiu, który jej wydanie sponsorował): Ostatni spoczynek Buczaczan (Wrocław 2004). Książka ta doskonale wpisuje się w propagowaną przez nas akcję, którą nazwaliśmy Archiwum Wschodnich Małopolan.

Autor (wraz z gronem współpracowników) zestawił miejsca pochówku dawnych mieszkańców Buczacza i powiatu buczackiego zarówno na ich ziemi ojczystej (od przełomu XVIII/XIX w.), jak i tam, gdzie znaleźli się po wygnaniu – oczywiście tych, których udało się zidentyfikować wedle napisów na istniejących nagrobkach. Biorąc pod uwagę, że ogromna część grobów uległa zniszczeniu już to przez upływ czasu, już to na skutek celowego niszczenia w czasie i po II wojnie – jest oczywiste, że tylko jakaś część zmarłych została odczytana. Ważne jest jednak to, że występuje tu wiele nazwisk rodzin z tamtego terenu, a także miejsca ich osiedlenia po ekspatriacji.

Przy ogromnej wartości merytorycznej książki W. Szklarza trzeba z żalem stwierdzić jej niedostateczną czytelność. Pomógłby w tym jakiś klucz podany na początku książki – np. wedle nazw miejscowości, a także prostszy układ graficzny (np. nazwiska niepotrzebnie wytłuszczone i jeszcze podkreślane, a tytuły nie). Spis treści nie ułatwia takiej orientacji.