Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

WERTUJĄC WYDAWNICTWA

W krakowskim „Dzienniku Polskim” 130/05 ukazał się artykuł red. Włodzimierza Knapa (jak zawsze znakomity) pt. Mentalność okupanta. Pozwalamy sobie zacytować kilka najciekawszych zdań.

Eksperci wyliczają, że wartość utraconych przez Polskę dóbr kultury, które Sowieci wywieźli na początku II wojny światowej z samego Lwowa (podkr. red. CL) wynosi – według obecnych cen – około 11 mld dolarów. Moskwa do dzisiaj nie przyznała, że konfiskaty zabytków i dzieł sztuki wywiezionych z terytorium Rzeczypospolitej między 17 września 1939 r. a 21 czerwca 1941 r. oraz w latach 1944–1947 były bezprawne.

Z kolei straty kulturalne Polski spowodowane przez Niemców w okresie II wojny światowej wyniosły – jak szacują fachowcy – około 15 mld dolarów. [...] Autor monumentalnej pracy „Dziedzictwo kultury polskiej. Jego straty i ochrona prawna” [prof. Jan Pruszyński z Instytutu Nauk Prawnych PAN] podkreśla jednak, że rząd niemiecki nie neguje faktów grabieży i niszczenia naszego dorobku kulturalnego przez swoją poprzedniczkę prawną, czyli III Rzeszę. [...]

[prof. Jan Pruszyński z Instytutu Nauk Prawnych PAN]

Dr Dariusz Matelski z Uniwersytetu w Poznaniu, autor pracy „Problemy restytucji polskich dóbr kultury”, przyznaje, że polskie roszczenia wobec Rosji traktowane są w Moskwie jako przejawy antyrosyjskości, a nie jako naturalne prawo do odzyskania utraconej własności państwowej i prywatnej. [...]

Rosjanie uznali [w dokumencie z r. 2000], że nie może być mowy o zwrocie jakichkolwiek dóbr kultury, które trafiły do ZSRR po 17 września 1939 r., i wszelkie roszczenia w tej sprawie są bezpodstawne.

[w dokumencie z r. 2000],

Rząd Mazowieckiego interesował się m.in. znaczącą częścią zbiorów Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, 2142 obrazami i rzeźbami z galerii Lwowa, prawie 800 dziełami sztuki, które znajdowały się w Muzeum Lubomirskich, oraz 216 obrazami i rzeźbami ze zbiorów Dzieduszyckich. [...]

I tak dalej. Oczywiście grabież sowiecka nie ograniczyła się do samego Lwowa. W sumie nasze straty po stronie sowieckiej w sposób istotny górują nad stratami po stronie niemieckiej.

— Zmarły Ojciec Święty miał – obok abpa S. Dziwisza – jeszcze drugiego sekretarza. Był nim ks. Mieczysław Mokrzycki, pochodzący ze Lwowa (obecnego). Prasa doniosła („Dziennik Polski” 84/05), że ks. Mokrzycki opuścił Pałac Apostolski i – wedle nieoficjalnych wiadomości – rozważa, czy powrócić do rodzinnego miasta, czy pozostać w Rzymie, np. w Kolegium Ukraińskim(?).

— Niezwykłe zainteresowanie papiestwem, które objawiło się w związku z wydarzeniami kwietniowymi w Watykanie, spowodowało – jak sądzimy – opublikowanie w „Gazecie Wyborczej” z 18 IV ‘05 ciekawego artykułu Krzysztofa Ćwiklińskiego Wolne weto Polaka. Autor przypomniał tam wydarzenie na konklawe sprzed wieku, gdy
w 1903 r. zmarł Leon XIII, a jednym z głównych kandydatów do tiary papieskiej stał się kard. Rampolla, związany z Francją i jej politycznymi interesami, a niechętny Polsce, podzielonej wtedy między trzech zaborców; rozbiory Polski uważał za akt pozytywny
i nieodwracalny. Natomiast Francja dążyła do bliskiego związania się z Rosją, a to wpłynęłoby negatywnie na dążenia Polaków do odzyskania niepodległości. Przeciwni Rampolli, z innych powodów oczywiście, byli też Austriacy.

Wybitni politycy polscy postanowili zapobiec wyborowi Rampolli i skłonili do zadziałania – przy okazji konklawe – kardynała krakowskiego Jana Puzynę, wcześniejszego sufragana lwowskiego (urodzonego w Gwoźdźcu k. Kołomyi). Na pomoc przyszło stare prawo weta, jakie mieli wobec Watykanu cesarze habsburscy, a także inni europejscy królowie katoliccy. Upoważniony przez Franciszka Józefa, Puzyna do wyboru Rampolli nie dopuścił. Nieznający prawdziwego tła postępku Puzyny, uważali, że dał się wykorzystać dla interesów Austrii. Było jednak odwrotnie: weto wynikło z inicjatywy Puzyny, a cesarz je oczywiście poparł.

Co do kardynała Puzyny – trzeba dodać, że cieszył się we Lwowie wielką sympatią. To on pierwszy zauważył katastrofalny brak kościołów we wschodniej Galicji, co doprowadzało do rutenizacji Polaków, zmuszonych do uczęszczania do cerkwi. Zapoczątkowane przezeń wielkie dzieło naprawy tego stanu kontynuował abp Józef Bilczewski, dziś już święty. W 1894 r. Puzyna został biskupem krakowskim, a w 1901 r. kardynałem. W Krakowie nie zyskał sympatii takiej, jak we Lwowie.

Zwróćmy uwagę na pewną analogię między tamtymi i dzisiejszymi czasy: ciągoty Francji (i Niemiec) do Rosji – dla nas i dziś równie niekorzystne. Tyle że nie mamy dziś takich polityków i działaczy jak ówcześni, którzy niebezpieczeństwo widzieli i umieli rozwiązać. A byli to: Ludwik Zyberk-Plater ze stron kurlandzko-wileńskich, Agenor Gołuchowski z Tarnopolskiego i kardynał Jan Puzyna z Pokucia. Byli po prostu z Kresów...

Jeszcze jedna uwaga: Redakcja GW zamieściła po artykule K. Ćwiklińskiego komentarz Jonasza (nie wiemy, kto to jest), który rozważa, czy słuszne było weto Puzyny; czy dzięki Rampolli Sobór Watykański II nie odbyłby się wcześniej? Bo przecież Puzyna od Rampolli różnił się tylko stosunkiem do niepodległości Polski. Bagatela! Zawsze można znaleźć coś, co mogłoby zdezawuować patriotyzm, działanie na rzecz interesów narodowych. Te p. Jonaszowi i jego gazecie są wszak obce... Podobne szpilki można znaleźć niemal codziennie (jeśli się tę gazetę w ogóle czyta).

— W krakowskich środowiskach niepodległościowych powstała koncepcja zorganizowania Ogrodów Pamięci – Parku II Rzeczypospolitej, którego przestrzenne zagospodarowanie ma się stać – poprzez elementy informacji, znaki i symbole – ilustracją historii naszego dwudziestolecia międzywojennego.

Inicjatorem projektu jest Andrzej Madej, przewodniczący Obywatelskiego Komitetu Założycielskiego Ogrodów Pamięci Polskiego Państwa Podziemnego. Jego matka była żołnierzem AK i nauczycielką tajnego nauczania w Czortkowie. Jej przekonaniem było, iż Polska jest po Zbrucz, bo tam obowiązywały wartości uznane w polskiej kulturze.

Obecnie idea PPP została rozszerzona na całokształt II Rzeczypospolitej oraz upamiętnienie najważniejszych a zapomnianych wydarzeń historii 20-lecia.

Odbył się konkurs dla studentów architektury na koncepcję programowo-przestrzenną Parku. Wpłynęły 23 prace, a I miejsce zdobyła Anna Michałek, studentka IV roku Politechniki Krakowskiej. Istotą jej koncepcji jest zielona polana z zakreślonymi granicami Polski przedwrześniowej oraz głównymi rzekami. Na tym tle mają powstać odpowiednie elementy informacji, znaki i symbole.

Niezawodna „Gazeta Wyborcza” (21 IV) wydrukowała list swego czytelnika, niezwykle dotkniętego krakowską wystawą o ukraińskim ludobójstwie (opisaną w CL 2/05, s. 47). Pan Kuglin (?) zapytuje w czyim interesie... itd. itp., skoro – jak uważa – nawet sprawa Cmentarza Orląt jest na finiszu (no, niewiele brakowało, żeby nie była na finiszu...).

Tak rozumując, warto by zapytać, dlaczego zajmujemy się ciągle Oświęcimiem, skoro mamy takie świetne stosunki z Niemcami, dlaczego Katyniem i innymi zbrodniami przeciw narodowi polskiemu, którym rzezie na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej wcale nie ustępują? A nacjonalizm ukraiński jest ciągle żywy, nawet pomimo całego (czy nie przesadnego?) zaangażowania się niektórych Polaków i niektórych polskich środowisk w poparcie pomarańczowej rewolucji. Dlaczego Polska oraz inne państwa i narody nieustannie obchodzą rocznice nawet dawno przebrzmiałych wydarzeń historycznych – tak zwycięstw, jak i klęsk? Już uczeń szkoły podstawowej ma wiedzieć, że wydarzenia przeszłości – dobre i złe – są nauką dla teraźniejszości i przyszłości. Czy postawi pan zarzut Żydom, panie Kuglinie, że nieustannie, indywidualnie i zbiorowo – szczególnie młodzież – przyjeżdżają na krakowski Kazimierz i do Oświęcimia, przeżywając przez 60 lat wspomnienie holocaustu? A przecież z Niemcami też mają dziś doskonałe stosunki. I Niemcy uznali, i przeprosili...

Pan Kuglin pyta, czy istnieją obiektywne podręczniki czy opracowania historyczne. Otóż nie ma (w tych sprawach), trzeba więc, panie Kuglinie, jak najprędzej opisać także ukraińskie ludobójstwo, bo dosyć już mamy wybiórczego ukrywania tej części zbrodni II wojny światowej.

Nie wiemy, kim jest p. Kuglin, zauważamy tylko, że ma problem z polszczyzną. Otóż w Modlitwie Pańskiej mówimy: ... i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom..., a nie przebacz, przebaczamy. Mała różnica, ale o czymś mówi.

— Któż jest w stanie przewidzieć, że nazwanie kogoś b r a t e m może przynieść paranoiczne skutki? W kilku gazetach z pierwszych dni kwietnia przeczytaliśmy, że wśród Ukraińców panuje przekonanie, iż matka Jana Pawła II była... Ukrainką (z domu nazywała się Kaczorowska – to typowo ukraińskie nazwisko, prawda?).Przytaczają na tę okoliczność słowa Ojca Św. z 1988 r. (1000-lecie Chrztu Rusi, obchodzone ekumenicznie w Rzymie): ...obejmuję was wszystkich jak wasz brat i pierwszy papież słowiańskiego pochodzenia w historii Kościoła... Przyznanie się więc do braterstwa i słowiańskości też może być niebezpieczne. Ale przecież i do mahometan zwracał się Papież w podobnie serdeczny sposób – czy i oni wyciągaliby z tego podobnie idiotyczne wnioski? Nie, bo są mądrzejsi (można by powiedzieć: nie są stuknięci).

— W marcu odbyło się w Krakowie spotkanie promocyjne książki historycznej Barbary Ziółkowskiej-Tarkowskiej pt. Katyńczyk AM 487 – wspomnienie o księdzu kapelanie Ziółkowskim (wyd. Barwa i Broń, Warszawa 2004) z udziałem autorki, bratanicy księdza. Autorka dziejami swego wuja zainteresowała się przed 30-kilku laty, gdy po raz pierwszy zobaczyła fotografie z Katynia i przeczytała relację o tajnej działalności duszpasterskiej ks. majora Jana Leona Ziółkowskiego w obozie w Kozielsku. Książka jest finałem 30-letnich poszukiwań wszelkich informacji, wspomnień, dokumentów, fotografii, z życia i służby księdza. Jest to książka o duszpasterzu, patriocie, który służył Bogu i ludziom w kościele i w koszarach – m.in. w Wilnie, Stanisławowie i Czortkowie, w czasie pokoju i wojny, w sowieckim obozie – gdy sytuacja jeńca wyzwoliła w nim silną potrzebę niesienia posługi kapłańskiej. Wywieziony z Kozielska w kwietniu 1940 r. został zamordowany w Katyniu. Ekshumowany w kwietniu 1943 r. Książka stylem przypomina reportaż, przetykany wątkiem rodzinnym i dramatem katyńskim. Autorka podkreśla, że prócz pobudek osobistych, książkę pisała z myślą o rodzinach innych katyńczyków, niejako przecierając szlak i wskazując drogę dotarcia do dokumentów osób zaginionych na Wschodzie.   (KS)

Książka została wydana nakładem autorki, u której też można ją nabyć: Barbara Tarkowska, ul. Łucka 16a/1, 00-845 Warszawa, tel. 0-22 / 845-56-88.

— W wywiadzie z reżyserem filmowym Andrzejem Żuławskim, przeprowadzonym przez E. Likowską w „Przeglądzie” 47/04:

[...] Mam w pamięci jego [Mirosława Żuławskiego, ojca*] rozmowę z Czesławem Miłoszem w Paryżu, kiedy Miłosz postanowił zostać. A byli na tym samym stanowisku, w tej samej ambasadzie, jeden przejmował pałeczkę od drugiego. Mój ojciec powiedział, że wraca do kraju, i Miłosz zapytał [...]: po co ma pan wracać, przecież może pan wspaniale żyć na Zachodzie. Ojciec odpowiedział: jeśli wszyscy się tak zachowamy, to Polska stanie się 17. republiką. [...]

* Mirosław Żuławski (1913–1995), pisarz, w późnych latach 50. (za czasów Gomółki) został, po Miłoszu, attache kulturalnym RP przy ambasadzie paryskiej. Po zakończeniu misji powrócił do kraju, zmarł w Warszawie. Rodzina Żuławskich pochodziła z Dobromila, Mirosław był synem Jerzego Żuławskiego (1874–1915), autora głośnych niegdyś powieści, m.in. Na srebrnym globie.
O Andrzeju Żuławskim pisaliśmy w CL 4/96.

— Co kilka lat powstaje nowa edycja broszury, prezentującej Polski Teatr Ludowy we Lwowie – zawsze z fotografią na okładce pałacu hr. Bielskich przy ul. Kopernika 42, który od lat jest jego siedzibą. Mamy już trzy kolejne wydania broszury – ta ostatnia prezentuje się najokazalej. W tekście cała seria ciekawych artykułów – otwiera ją krótki zarys historii teatru we Lwowie, który – jak pisze autorka A. Marszałek – był obok Warszawy i Krakowa najpoważnieszym polskim ośrodkiem teatralnym, sięgającym swymi scenicznymi korzeniami co najmniej XVI wieku (podobny tekst tej samej autorki znalazł się w CL 4/96). Dalej J. Tysson i Z. Chrzanowski przedstawiają powojenne, niemal półwiekowe, czasy teatru działającego w jakże odmiennych warunkach, zaś swoje relacje i odczucia z nim związane opisują J. Janicki i M. Olbromski. I wreszcie sylwetki ludzi tego teatru: Z. Chrzanowski przypomina niezapomnianego twórcę tego teatru, prof. Piotra Hausvatera, oraz ówczesnych aktorów, już niestety nie żyjących.

Na koniec główne postacie z ostatnich lat: sam dyrektor Chrzanowski; kompozytor Andrzej Nikodemowicz – z doskoku, bo od ćwierćwiecza w Lublinie; Walery Bortiakow; Jolanta Martynowicz – niestety odeszła
w tym roku, jej nekrolog był w CL 1/05; Lidia Chrzanowska-Iłku; Luba Lewak; Krystyna Grzegocka – też z doskoku, bo w Krakowie; Jerzy Głybin – we Wrocławiu. Ale nic to, nowe pokolenie już weszło do teatru i działa!

Na końcu podano repertuar teatru z 45-lecia 1958–2003, doliczyliśmy się prawie 80 tytułów. Czy wiele teatrów w RP (poza tymi największymi, gdzie wszak pracują setki profesjonalistów – aktorów, technicznych i urzędników, i kosztują miliony) potrafi zdziałać tyle, co ta grupka zapaleńców, którzy teatrowi mogą oddać tylko wieczory
i niedziele?

— Wpadł nam w ręce Biuletyn Okręgowej Rady Adwokackiej w Krakowie 2/04, w którym znalazła się relacja z polsko-ukraińskiej konferencji, poświęconej doświadczeniom w stosowaniu Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Odbyła się ona w listopadzie ‘04 we Lwowie, a uczestniczyli w niej sędziowie i adwokaci.

Bardzo dobrze, że prawnicy polscy przedstawiają Ukraińcom problematykę europejską w swojej dziedzinie, jednak parę tematów tam omawianych wzbudziło nasze wątpliwości. Czy należało akurat poruszać sprawy zabużańskie? Czy to właściwe miejsce dla prezentowania problemu* związanego wszak w sposób oczywisty z wygnaniem nas m.in. ze Lwowa, a także z ukraińskim ludobójstwem, które w dużej mierze wywołało sprawę zabużańską? Jest to po prostu sprawa naszej ogólnopolskiej godności narodowej, a mówiąc prościej – sprawa dobrego smaku. Czy jednak dziś ma to jakiekolwiek znaczenie dla współczesnych obywateli naszego kraju – także prawników, w których szeregi wchodzi np. Jan Widacki?

Przedstawiono także kilka innych zagadnień polsko-strasburskich**, nie zawsze dla Polski chlubnych. Ukraińcy podobnych spraw nie poruszali.

Uczestnicy ze strony polskiej mieli okazję być na uroczystości 11 Listopada w lwowskim Teatrze Wielkim, tak się bowiem złożyło, że omawiana konferencja wypadła właśnie w tym czasie (12–13 XI). Zwiedzali także stary Lwów, mamy więc nadzieję, że to i owo z historii Lwowa zauważyli...

Artykuł zilustrowano kilkoma zdjęciami z miasta, m.in. z Cmentarza Obrońców Lwowa.

* Tzw. sprawa Broniowskiego – wystąpienie ekspatrianta Jerzego Broniowskiego w 1994 r. do Trybunału Praw Człowieka o nierespektowaniu należnych rekompensat, zaopiniowane tam korzystnie dla powoda.

** Trybunał Praw Człowieka mieści się w Strasburgu (Francja).

O sprawach zabużańskich – raz w jedną, raz w drugą stronę. Swoje zdanie na ten temat napisaliśmy we wstępie do porzedniego numeru.

Aż tu naraz w krakowskim „Dzienniku Polskim” 120/05 rzucił się w oczy taki tytuł: Koszary dla Zabużan. Wspaniała wiadomość, bo oto XIX-wieczny jeszcze, a niemały, gmach koszar poaustriackich w Wadowicach, dziś nieczynny i na pół zdewastowany, miałby – po odnowieniu i adaptacji – posłużyć na mieszkania dla repatriantów z byłego ZSRR.

Niestety, nie wystarczy czytać tytułów. Okazuje się, że nieprzydatny miastu obiekt wystawiono na przetarg. Zgłosiło się czterech chętnych i piąty – pełnomocnik rodziny wysiedlonej zza Buga. Więcej informacji brak. Dowiadujemy się tylko, że cena wywoławcza w przetargu wyniosła 1 milion zł. Zabużanin miał tu fory, bo – jak czytamy: osoby, które po wojnie w wyniku zmiany granic utraciły nieruchomości, mają prawo do rekompensaty w formie mienia zastępczego, nie musiał więc płacić wadium. Czyżby i cały obiekt dostał jako rekompensatę? To mało prawdopodobne, ale notatka jest dość mętnie napisana. Pełnomocnik rodziny zabużan poinformował, że są plany, by w tym miejscu otworzyć hotel. Ostateczną decyzję ma podjąć wojewoda.

To wspaniałe, prawda? Przyjechał zabużanin (niestety nie wiemy kiedy i skąd, ani kto to jest), wziął sobie pełnomocnika – i już prawie ma hotel. A przedtem go odbuduje. To świetny przykład dla wszystkich braci zabużan! Wyciągajmy te miliony z kieszeni i kupujmy koszary.

Albo jeszcze chwilę poczekajmy...

— W najnowszym numerze (2/05) „Na placówce” (nieraz już wspominanego na naszych łamach, pisma obozu niepodległościowego na Podhalu) ukazało się kilka artykułów dla nas szczególnych. Najważniejszy to artykuł samego redaktora Wojciecha Orawca: Trzydniowa bitwa lotników polskich i amerykańskich z konnicą Budionnego o Lwów. Ponadto: Górale dla Kresowian – o kweście przed kościołami kilku parafii podhalańskich – na pomoc dla Polaków na Wołyniu. I wreszcie: przedruk artykułu prof. Kazimierza Wiecha z naszego kwartalnika (CL 3/04); Wędrówki po Czarnohorze.

Ponadto sprawy regionalne, dobre i złe: o zakopiańskim starostwie i szkolnictwie, o życiu emigracyjnym w USA, o Janie Pawle II i 3 maja w Zakopanem, a nawet o fizyce. Wszystko ciekawe.

— Ukazało się już 2. wydanie ciekawych wspomnień dra Kazimierza J. Nahlika: We Lwowie i na Pokuciu. Ścieżki mojej młodości (wyd. Arcana, Kraków 2005). Bardzo polecamy: środowisko inteligencji lwowskiej lat trzydziestych.

— W „Myśli Polskiej” 4/05 ukazały się równolegle (i obok siebie) dwa obszerne, a przeciwstawne artykuły o sytuacji na Ukrainie po grudniowych wyborach ‘04. Pierwszy z nich – to Wiktora Poliszczuka Pomarańczowa rewolucja, w którym autor dowodzi, że walka o prezydenturę nie toczyła się w istocie nigdy między Juszczenką a Janukowyczem, lecz była batalią Stanów Zjednoczonych o oderwanie Ukrainy od Rosji (na marginesie: autor zauważa, że żona Juszczenki jest obywatelką USA i zarazem zdecydowaną banderówką).

Poliszczuk zwraca uwagę, że Polska – tzn. Kwaśniewski i całe grono polskich polityków – popierając Juszczenkę, nie uwzględniła faktu, że ważnym czynnikiem wykonania pomarańczowej rewolucji były siły nacjonalizmu ukraińskiego z Ukrainy, Polski i Zachodu. Te siły dochodzą dziś do głosu i mogą kształtować politykę Ukrainy wobec Polski (na szczeblu centralnym, a przede wszystkim – co dla nas ważne – na szczeblu lokalnym w zachodniej prowincji tego państwa, czyli w Małopolsce Wschodniej i na Wołyniu).

Zważmy przy tym, że przewaga Juszczenki nad Janukowyczem nie była zasadnicza (różnica 2,2 miliona wobec 28 mln głosów łącznie) – a na taką perspektywę zwracało uwagę przed wyborami szereg publicystów w Polsce (relacjonowaliśmy to w poprzednich numerach). Efektem więc owego daleko idącego poparcia jest zepsucie stosunków Polski nie tylko z niemal połową Ukrainy – zwłaszcza jej bogatszej, uprzemysłowionej części – a może przede wszystkim z Rosją.

Drugi artykuł podnosi natomiast korzyści, jakie uzyskała Ukraina – sama dla siebie – wygrywając Juszczenkę: Ukraina jest dziś państwem wolnym i demokratycznym – pisze autor, Eugeniusz Tuzow-Lubański z Kijowa. Artykuł ten jednak nie daje żadnej odpowiedzi na problemy stawiane przez Poliszczuka, interesujące nas najbardziej.
I wcale nie możemy wyciągnąć wniosku, że „nowe” w juszczenkowskiej Ukrainie stwarza dla nas korzystne perspektywy na dalszą przyszłość.

— Niezwykle gorliwa w swym szczególnie rozumianym obiektywizmie „Gazeta Wybocza” 28/05 wydrukowała wypowiedź jakiegoś publicysty Askolda Jeromina pt. Czy Cmentarz Orląt jeszcze napsuje krwi (!?), a w niej znalazło się takie zdanie:

Napis „bohaterski” jest nie do przyjęcia, bo wojna Polaków w 1918 r. była niesprawiedliwa, a jej prawdziwymi bohaterami są Ukraińcy (!).

A potem jeszcze: Lwów na zawsze pozostanie ukraiński, więc nawet jeśli Cmentarz Orląt miałby się stać „panteonem polskiej sławy wojskowej”, ukraińskiemu Lwowowi to już w żaden sposób nie zagraża.

No więc po co ta histeria? Widać, że radni nie są całkiem tego pewni...

— Na półkach księgarń pojawiła się 3-tomowa (!) powieść niejakiej Marii Nurowskiej, której książki – jak czytamy w folderku – są dostępne w oprawie miękkiej, twardej oraz w wydaniu kieszonkowym. To niezwykła zachęta. Ale to jeszcze nic: autorka strzeliła tytułem: Powrót do Lwowa (wyd. WAB).

Cóż robi lwowianin, który na taki tytuł w księgarni natrafi: chce książkę zobaczyć, a może nawet kupić. Najpierw jednak, pełen najlepszych nadziei, przerzuca strony
i – tu włos się jeży.

Wróćmy do wspomnianego folderu – przepisujemy: „Imię twoje” i „Powrót do Lwowa” Marii Nurowskiej to powieści, w których zawikłane losy bohaterów splatają się z najnowszą historią Ameryki i Ukrainy, z jednej strony tragedią zamachu na WTC i zachwianiem zaufania do własnego państwa, z drugiej – walką o wolność i niezależność, przeciwko bezprawiu i obcej władzy. [...]

No właśnie. Imiona bohaterów polskiej autorki to Oksana, Mykoła, Jeff, Elisabeth, Alek. Mowa o Czarnobylu, Czeczenii, Nowym Jorku, a do tego wszystkiego – Lwów. Dlaczego akurat Lwów, a nie Charków czy Donieck? Ileż trzeba niedelikatności wobec własnych (?) rodaków-ekspatriantów, by w tym kontekście wybierać właśnie Lwów, i to jeszcze w tytule. A może na nas liczyła jako nieświadomych nabywców?

My mieliśmy i mamy swoje dramaty, tragedie. Przeżywaliśmy wojnę i ludobójstwo, nie widzimy więc racji, by akurat wymyślone przez Nurowską problemy ukraińsko-amerykańskie czytać, zachęcani całkiem sztucznym związkiem ze Lwowem.

Ostrzegamy!

Ucrainica

Ukraiński poeta zamieszkały w Stanisławowie, Jurij Andruchowycz, w artykule Kraj marzeń (gdzieżby – oczywiście w „Gazecie Wyborczej” z 23–24 X ’04) zestawia pojęcia „przeciętnej świadomości Ukraińca” (tylko jakiego Ukraińca?). Pisze tak:

...dzielę kartkę papieru pionową kreską na dwie połowy. Tym razem po jednej stronie mam Polaków, po drugiej – Rosjan.
I wychodzi mi, że:

Rosjanie są bezpośredni i szczerzy – Polacy chytrzy i obłudni;

Rosjanie są wielcy i wspaniali nawet
w zbrodniach – Polacy zapobiegliwi i małostkowi nawet w swoich wielkich czynach;

Rosjanie zdolni są do współczucia, oddadzą ostatnią koszulę – Polacy prędzej ją zedrą;

Rosjanie są „swoi”, prawosławni – Polacy to katolicy, „jezuici”;

Rosjanie to dobrotliwi pijacy – Polacy wyrachowane skąpiradła;

Rosjanie są ludzcy – Polacy „pańscy”;

Rosjanie klną, za to szczerze – Polacy udają, że przepraszają;

Rosjanie nie mają zakusów wobec Ukrainy, chcą z nią żyć w jednym państwie – Polacy mają zakusy wobec Ukrainy, bo chcą mieć Lwów;

Polska jest za granicą – Rosja tam, gdzie i my, w „Związku”.

Może to i dowcipne. Nieco dalej zauważa – niezmiennie chamskich i skorumpowanych celników [polskich oczywiście], niegodziwych pracodawców [którzy zatrudniają np. Ukrainki do opieki nad dziećmi lub starcami] i – Panie Boże przebacz! – niezbyt sympatycznych starych i hałaśliwych [!?] ludzi, którzy ostatnimi czasy tłumnie krążą po Lwowie z aparatami fotograficznymi, wyraźnie naśladując tłumy swych niemieckich rówieśników, powiedzmy, we Wrocławiu.

Dodam też nieszczęsne wizy wprowadzone przez Polskę, co przeciętnego Ukraińca utwierdza jedynie w mniemaniu, że Polacy w rzeczywistości nas nie lubią i że jesteśmy dla nich interesujący głównie jako tania siła robocza.

Dyskutować nad takim bełkotem nie warto, trzeba tylko zwrócić uwagę, że wizy – narzucone (chyba słusznie) przez Unię Europejską – udzielane są za darmo i możliwie szybko, aby umożliwić Ukraińcom normalny ruch transgraniczny (na handel i do pracy na czarno). Przypomnijmy, że do tego celu zaangażowano nauczycieli z obu szkół polskich, co stworzyło dla nauczania dzieci i młodzieży polskiej stan katastrofy.

A propos: warto przeczytać notatkę w tym numerze w dziale Z tamtej strony – Wydarzenia.

— „Nasz Dziennik” z 26 I 2005 w artykule Adama Kruczka pt. Ofiary pojednania pisze, że władze Lublina zamierzają zlikwidować najlepszą w mieście bursę – gdzie mieszka ponad 260 uczniów – i przekazać ją na siedzibę Europejskiego Kollegium Polskich i Ukraińskich Uniwersytetów. Nie pomagają sprzeciwy radnych, rodziców uczniów i pedagogów. Kollegium, powołane w 2000 r. przez UMCS, KUL i 3 uniwersytety ukraińskie oraz Instytut Europy Środkowowschodniej, ma być instytucją prowadzącą studia doktoranckie. Autorem tej inicjatywy jest Bohdan Osadczuk, Ukrainiec mieszkający w Niemczech. Kollegium skupia obecnie 167 słuchaczy, w tym 136 Ukraińców. Porozumienie między uczelniami nie określało jasno kwestii finansowych, ale
w 2001 r. prez. Kuczma zadeklarował współfinansowanie uczelni. Jednak do dziś koszta ponosi wyłącznie strona polska – Ministerstwo Edukacji i Sportu.

Doktoraty uzyskane w Polsce nie są honorowane na Ukrainie, nie opłaca się więc kończenie studiów. Część ukraińskich doktorantów pobiera stypendia, nie prowadząc żadnych badań, miesiącami przebywając poza Lublinem. Władze Kollegium zapowiedziały większą dyscyplinę, comiesięczne sprawozdania i zasięganie opinii opiekunów naukowych. We wrześniu ub. roku resort edukacji zapowiedział, że wobec braku jakiegokolwiek zainteresowania strony ukraińskiej sprawą finansowania ukraińskich doktorantów, nie będzie wypłacać stypendiów nowemu rocznikowi. Spowodowało to odwołanie naboru jesiennego, co może prowadzić do likwidacji Kollegium.

— Z powyższą informacją współgra zamieszczony w „Myśli Polskiej” z 3 X ‘04 artykuł Wiktora Poliszczuka, omawiający jego nową książkę pt. Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa. Książka jest podsumowaniem wiedzy autora o ludobójstwie na ludności polskiej i ukraińskiej, dokonanym przez struktury nacjonalizmu ukraińskiego. Autor podaje, iż w Polsce zauważane są działania w kierunku rehabilitacji OUN-UPA. Oto ukraińscy historycy tej formacji powołali w czerwcu 2004 r. Ukraińskie Towarzystwo Historyczne. Współorganizatorem jest dr Roman Wysocki, autor pracy doktorskiej Organizacja OUN 1929–1939, którą zrecenzowali pozytywnie Polacy – prof. Chojnowski i prof. Horak (?). Poliszczuk napisał krytyczną recenzję tej pracy, zatytułowaną Podręcznik nacjonalizmu ukraińskiego. Twierdzi, że jest to zaplanowane przygotowanie nacjonalistycznych kadr do nobilitacji zbrodniczej OUN. Takie prace powstają, pozytywne recenzje piszą polscy (?) historycy, są promotorami prac, nadają stopnie naukowe, natomiast brak u nas przeciwstawienia się tym działaniom. W 1994 r. odbyło się z inicjatywy Ośrodka „Karta” („Fundacja Batorego” pod auspicjami Sorosa) spotkanie polskich i ukraińskich historyków, gdzie ustalono, że UPA była formacją narodowo-wyzwoleńczą, i to ustalenie obowiązuje do dziś.

W. Poliszczuk uważa, że kresowianie przez swoje rozdrobnienie organizacyjne są słabi, nie są więc w stanie przeciwstawić się takim tendencjom. Pokrzywdzona ludność polska nie żąda ukarania, nie kieruje się nienawiścią, chce jedynie oficjalnego potępienia ludobójstwa. Jeśli więc zwycięży ukraińskie kłamstwo – wina spadnie również na brak aktywności ze strony kresowian. (MW)

— Przedstawiamy Czytelnikom pisemko dla dzieci, kupione w 2004 r. w cerkwi we Lwowie – tytuł Swit ditiny, nr 5/03 – a w nim artykuł podpisany inicjałami ŁŁ pt. Nieśmiertelni bohaterowie. Oto tłumaczenie:(...) Szanując matki, które wychowują swoje dzieci w miłości do Boga i Ukrainy, zawsze pamiętajmy, że przykład największej matczynej miłości dała Przeczysta Dziewica Maryja: ofiarowała swego jedynego Syna dla wykupienia ludzkiego rodu. Dzień Matki jest dla nas Ukraińców potrójnym świętem: Bożej Matki, Matki Ukrainy i matki kazdego z nas.

Maj dla naszego narodu jest ponadto miesiącem bohaterów. Nie zapomnijcie oddać szacunku tym, którzy żyli i pracowali dla Ukrainy i polegli za nią. Krwawe daty naszej historii powinien znać i pamiętać każdy człowiek – dorosły czy jeszcze całkiem młody.

25 kwietnia 1926 roku w Paryżu (Francja) zginęła głowa ukraińskiego państwa i główny wódz Ukraińskiej Armii, Semen Petlura. Zabił go moskiewski najmita. Samo imię Semena Petlury było nienawistne dla władzy bolszewickiej Rosji. Jednakże głównego wodza znała cała Ukraina i na jego rozkaz każdy Ukrainiec brał do ręki broń i szedł przeciw wrogowi. Dlatego bolszewicy za wszelką cenę postanowili zniszczyć Semena Petlurę.

23 maja 1938 roku druga wielka strata, która odcisnęła się piekącym bólem w sercu każdego świadomego Ukraińca. W mieście Rotterdamie (Holandia) moskiewscy kaci dokonali jeszcze jednej krwawej zbrodni – zabili wiernego syna Ukrainy, pułkownika Jewhena Konowalca, głowę, przywódcę Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów.

Szanując pamięć naszych bohaterów pamiętajcie, że musicie być tacy mężni i wytrwali, jak główny dowódca Ukraińskiej Powstańczej Armii – generał chorąży Roman Szuchewycz, którego powstańcy nazywali Tarasem Czuprynką. Zginął w boju z moskiewskim wrogiem 5 maja 1950 roku w pobliżu wsi Biłohorszczy.

Zawsze noście w swoich duszach obraz Stepana Bandery – przywódcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Zginął on 15 maja 1959 roku. I znowu uczyniła to podstępna ręka „złoczynnej” Moskwy.

Dlatego, moi drodzy przyjaciele, jak zwraca się do nas prorok i uczony Taras Szewczenko: „Myślcie, czytajcie, abyście stawszy się dorosłymi, mogli godnie przysłużyć się swoim rozumem, talentem i uczynkami naszej Matce-Ukrainie. Niech przeczysta Dziewica Maryja dopomaga wam w tym”. [...]

Komentarz na podstawie książki Wiktora Poliszczuka Ludobójstwo nagrodzone: Semen Petlura stał na czele Dyrektoriatu Zachodniej Ukraińskiej Republiki Ludowej utworzonej 1 XI 1918, kiedy Ukraińcy przejęli władzę we Lwowie po bohaterskiej obronie miasta przez Orlęta Lwowskie i klęsce Ukraińców.

Jewhen Konowalec – pułkownik, dowódca Ukraińskiej Halickiej Armii (UHA), wraz z wojskowymi działaczami zorganizowali w Pradze w 1920 r. Ukraińską Wojskową Organizację (UWO), której celem była walka z Polską, prowadzona wszelkimi metodami, nie wyłączając działalności terrorystycznej. UWO prowadziła też działalność wywiadowczą na rzecz Niemiec.

Roman Szuchewycz, zwany Tarasem Czuprynką, był jednym z dowódców batalionu „Nachtigall”, współpracującego z armią hitlerowską, czołowym działaczem Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) Bandery, później głównym dowódcą UPA (Ukraińskiej Powstańczej Armii). W przeddzień najazdu Niemiec hitlerowskich na Związek Sowiecki OUN Bandery w porozumieniu z Abwehrą zorganizowała w ramach tej niemieckiej organizacji Drużyny Ukraińskich Nacjonalistów (DUN), w składzie batalionów „Nachtigall” i „Roland”, które brały udział w agresji Niemiec na Polskę i Związek Sowiecki, jak również w operacjach pacyfikacyjnych przeciwko cywilnej ludności – czystkach etnicznych.

Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) – podziemna siła zbrojna Stepana Bandery dążyła do zdobycia władzy państwowej. Od swego powstania do końca wojny współpracowała z Niemcami. Od marca 1943 r. UPA przystąpiła do planowej akcji likwidacji elementu polskiego na Wołyniu. Aktywiści Bandery dokonywali pogromów Żydów we Lwowie. UPA była wykonawcą ideowo-programowych wskazań, dotyczących czystek etnicznych.

(MW)

Stefan S. Łukowski, Krystyna Stafińska (KS), Marta Walczewska (MW)