Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Barbara Czałczyńska, FELIETON ZIMOWY

Zima tego roku była wyjątkowo mroźna i śnieżna. W ogrodzie wszystkie alejki były jak przekopane w śniegu tunele. Śnieg sięgał wysokości ogrodzenia i tylko z jednego miejsca można było spojrzeć na stok przeciwległej góry. Rzeczka płynąca u stóp klasztoru zamarzła i tylko miejscami w słońcu pobłyskiwała lodowa tafla.
Patrzyłam na obrośnięte lasem zbocze sąsiedniej góry; jesienią mieniło się purpurą i złotem, a teraz drzewa stały szare, nagie, pozbawione liści. Nagle na skraju lasu pokazała się sarna. Stała chwilę nieporuszona, potem wykonała wielki skok do przodu i aż po uszy zaryła się w śniegu. Z daleka widać było jak usiłuje wydostać się z nieoczekiwanej pułapki, szamocząc się to w bok, to w tył, to w przód, i zapadając się coraz głębiej. Wystawał jej już tylko ledwo widoczny na białym śniegu brązowy czubek głowy, który z daleka wyglądał jak miotany wiatrem liść. Zadzwonił dzwonek od progu budynku i trzeba było wracać do domu odrabiać lekcje. Nie wiem co stało się z sarną.
Moje koleżanki siedziały już w ławkach i niby coś robiły, ale właściwie to było to niecierpliwe czekanie. Zbliżał się sylwestrowy wieczór, miałyśmy obiecane nabożeństwo w kaplicy, a potem sylwestrową zabawę. Trzeba było odczekać kiedy z budynku klasztornego odejdą wszyscy nauczyciele, a przede wszystkim dyrektor szkoły, który zostawał zawsze popołudniu w kancelarii. Siostry przemykały się od czasu do czasu korytarzem, ażeby przekonać się, czy szpara w drzwiach kancelarii błyszczy jeszcze, czy już zniknęła. My nadstawiałyśmy uszu, żeby usłyszeć trzask zamykanych drzwi i kroki na schodach.
Tego roku wszystkie dni się nam pomyliły, święta nie były świętami, a nasze oczekiwanie rozkładało się nie tylko na poszczególne tygodnie, ale na całe miesiące. Czekałyśmy aż przyjdzie wiosna, a z wiosną... ach Boże... skończy się wojna, wrócą polscy żołnierze, przed Matką Boską Jazłowiecką pochylą się proporczyki Jej ułanów.
Wreszcie trzasnęły drzwi, zaskrzypiały schody, czarna figurka dyrektora ukazała się na białym dziedzińcu i zniknęła w bramie. Pędem pobiegłyśmy do kaplicy. I wszystko odbyło się tak pięknie! Siostry w białych habitach i błękitnych płaszczach, i kolędy śpiewane na głosy, i ponad wszystkim Matka Boska z białego marmuru. A potem świąteczna kolacja i zabawa, i zegar odmierzający z powagą i namaszczeniem dwanaście godzin odchodzącego roku.
A rano, o szarym świcie obudził nas dochodzący z korytarzy przeraźliwy, rozdzierający lament. Zdawało się, że to mury pękają z bólu. A to był płacz matek, żon i córek, które nocą biegły po zaśnieżonej drodze za ciężarówkami, uwożącymi niewiadomo dokąd ich mężów, ojców, synów...
Był ranek nowego, 1940 roku, i była to pierwsza noc wywózek. Na zasypany śniegiem klasztor, na miasteczko, padła groza. A przecież jeszcze poprzedniego dnia było tak pięknie.
Wspominając tamte czasy, a przede wszyskim Jazłowiec, myślę sobie nieraz, jak to dobrze, że dana jest nam łaska nieświadomości tego co ma przynieść nam życie. Bo wtedy, 1 stycznia 1940 roku nikt z nas nie wiedział, ile przed nami ciężkich lat i przez ile strasznych dni trzeba nam będzie przejść. I w tamte dni mieliśmy, mimo wszystko, jakąś wielką, choć pozbawioną sensu nadzieję, że wszystko się dobrze i szybko zakończy. Kiedy jednak spoglądam wstecz na te, przebyte od tamtejszych sylwestrowo-noworocznych wydarzeń lata, to widzę, że ta bezsensowna nieraz nadzieja pomogła nam wszystkim przetrwać wiele ciężkich lat. Bo przecież zawsze oczekuje się na tę prawdziwą wiosnę. Jeśli jeszcze nie jest nią ta, która nadchodzi, to może ta następna, albo te po niej nadchodzące?