Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Horacy Safrin, PRZY SZABASOWYCH ŚWIECACH

Z dwóch tomików pod powyższym tytułem zaczerpnęliśmy kilka dowcipów i anegdot o polskich Żydach, spisanych przez jednego z nich, zmarłego przed kilkunastu laty literata, rodem z ziemi stanisławowskiej. Dlatego wybrane przez nas obrazki rodzajowe dotyczą właśnie tamtych stron.

Rabbi z Ottyni przepadał za dobrą muzyką, jakkolwiek znawstwo cudotwórcy ograniczało się raczej do wąskiej dziedziny pieśni synagogalnych.
Rokrocznie wielotysięczne rzesze chasydów oczekiwały z utęsknieniem uroczystych świąt Nowego Roku, kiedy zjawił się w Ottyni słynny kantor z Wyżnicy, Josele Słowik. Towarzyszył mu chór chłopięcy i doskonała kapela.
Jednak wszystko co ziemskie ma swój kres. Z biegiem lat niezawodne gardło Josela zaczęło słabnąć, głos odmawiał posłuszeństwa, śpiew kantora, choć jak dawniej pełen uczucia, coraz bardziej upodabniał się do zdartej płyty gramofonowej.
Cadyk przez pewien czas przysłuchiwał mu się z wyrozumiałym uśmiechem. Wreszcie wezwał go kiedyś przed swoje oblicze.
– Aj, Josele, Josele – powiedział – jaki z ciebie niepoprawny skąpiec!
– Dlaczego, rabbi?
– Przywiozłeś taki dobry chór, przywiozłeś taką dobrą kapelę... Przywiózłbyś jeszcze dobrego kantora – i wszystko byłoby w porządku!
* * *
Rabbi z Ottyni był nie tylko wytrawnym znawcą muzyki synagogalnej, ale zaskarbił sobie również opinię nieomylnego rozjemcy – człowieka o wrodzonym poczuciu sprawiedliwości. Jednak sam wystrzegał się procesów, o czym świadczy takie oto zdarzenie:
Pewnego razu – na długo przed wojną światową – wybrał się rabbi w podróż z Kołomyi do Kosowa. Jechał przedpotopowym wehikułem, przed którym kuśtykała chuderlawa klacz. Już niedaleko Kosowa, przed zjazdem z tak zwanej Góry Kosowskiej, cadyk nieoczekiwanie zlazł z taradajki.
– Rabbi, co się wam stało? – zaniepokoił się furman.
– E, nic... Tylko ty nie masz hamulca przy wozie.
– Ależ, rabbi! – zdumiał się bałaguła. – Was obleciał strach? Was, którzy jesteście świętym mężem i żyjecie na poufałej stopie z samym Panem Bogiem?!
– Mój dobry człowieku! – odparł z uśmiechem cadyk. – Gdyby ten koń poniósł i gdybym ja wskutek tego znalazł się na tamtym świecie i pozwałbym konia przed Najwyższy Sąd za spowodowanie mojej śmierci – z pewnością bym proces wygrał! Ale po co mi się procesować z głupim koniem!...
* * *
Chasyd opowiada:
Do cadyka z Bóbrki przybył pewnego dnia chasyd z głuchoniemą córką. Rabbi – oby żył długo! – przyrzekł stroskanemu ojcu, że córkę uzdrowi. Wdział tedy swój soboli kołpak, ujął kostur i stuknąwszy nim trzy razy w podłogę, zawołał wielkim głosem:
– Saro, córko Lei, rozkazuję ci, przemów!
A dziewczyna nic, milczy.
– Saro, córko Lei, rozkazuję ci, przemów!
A dziewczyna nic, milczy.
Więc kiedy Sara, córka Lei, po raz trzeci pozostała nieczuła na jego słowa, rabbi – oby żył długo! – wpadł w złość i zakrzyknął:
– Uparłaś się, a więc do samej śmierci nie wydobądź z niesfornych swoich ust żadnego dźwięku!...
I co wy na to? Sprawdziły się, jak zawsze, słowa – oby żył wiecznie! – rabbiego Elchanana z Bóbrki: dziewczyna po dziś dzień jest niema i głucha jak pień...
* * *
W Stanisławowie przy ulicy Karpińskiego mieściły się w jednej kamienicy trzy żydowskie sklepiki z obuwiem. Oczywiście, utarg we wszystkich trzech był znikomy.
Pewnego dnia jeden z właścicieli sklepików wywiesił duży szyld: „Tu odbywa się wyprzedaż modnego obuwia”. Gdy zauważył ten napis drugi Żyd, którego lokal znajdował się w przeciwległym końcu kamienicy, również wywiesił szyld: „Najtańsza wyprzedaż obuwia zagranicznego”.
Napisy te spostrzegł właściciel sklepiku w środkowej części posesji. Ten nie zastanawiał się długo i umieścił nad drzwiami swego składu duży szyld z napisem: „Główne wejście”.
* * *
Hotelik żydowski w Zbarażu. Szósta godzina rano. Gospodarz budzi śpiącego gościa.
– Na miłość boską! – protestuje gość. – Przecież prosiłem, aby mnie zbudzono o godzinie ósmej!
– To prawda – usprawiedliwia się gospodarz. – Ale kupiec z sąsiedniego pokoju chce jeść śniadanie...
– No to co mnie to obchodzi?!
– Pan śpi na naszym jedynym obrusie!
* * *
Żyd pochodzący z prowincji zgłasza się do lwowskiego Funduszu Bezrobocia i prosi o zasiłek.
– Kim jesteście z zawodu?
– Ja poluję na dzikie zwierzęta.
– A gdzie mieszkacie?
– W Bóbrce.
– Przecież tam nie ma dzikich zwierząt!
– Właśnie dlatego jestem bezrobotny.
* * *
Skłonny do medytacji kupiec Izrael Blau przybył do ważnego ośrodka handlowego na kresach Galicji wschodniej i pyta spotkanego na ulicy Żyda:
– Jednego nie rozumiem. Dlaczego wasze miasto nazywa się Brody?
– Nie rozumiecie, a to takie proste! Tu przecież mieszka rabin brodzki!
* * *
Kiedy w latach trzydziestych odbywał się we Lwowie Zjazd Rabinacki, w pociągu spotkało się dwóch cadyków. Po oficjalnych przywitaniach obydwaj pogrążyli się w myślach i milczeli. Na korytarzu tłoczyli się chasydzi, pragnąc cokolwiek usłyszeć z ust swoich mędrców. Wreszcie jednemu z chasydów wyrwało się pytanie:
– Wielebni rabini! Dlaczego milczycie?
Na to starszy wiekiem cadyk odezwał się z uśmiechem:
– Ja wiem wszystko i on wie wszystko – więc o czym mamy mówić?

HORACY (HIRSZ) SAFRIN, ur. 1899 w Monasterzyskach, zm. 1980 w Łodzi. Satyryk, poeta, aktor, reżyser, tłumacz, pochodził z rodziny o tradycjach rabinackich. Do szkół chodził w Stanisławowie i Wiedniu, studiował polonistykę na UJK we Lwowie. W latach międzywojennych pracował w pismach żydowskich i polskich oraz w teatrze żydowskim w Stanisławowie, a w czasie pierwszej okupacji sowieckiej we Lwowie. W latach 1941–46 przebywał w ZSRR, po wojnie osiadł w Łodzi. Ogłosił kilka książek, w tym Ucieszne i osobliwe historie mego życia (Łódź 1970) i dwa tomy Przy szabasowych świecach (1963 i 1981) oraz tomiki liryków i przekładów.