Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Zdzisław Nowak, O TURECKICH KULACH, KTÓRE DO CELU NIE DOLATYWAŁY

Kapudan-basza oblegał Lwów już od tygodnia. Pięćdziesiąt tysięcy Turków, a także wspomagających ich Tatarów, Kozaków i Wołochów ostrzeliwało miasto ze wszystkiego, co miało lufę. Pięćdziesiąt tureckich armat grzmiało marsowym basem zasypując obrońców gradem kul kamiennych i żelaznych.
Warowny klasztor Bernardynów, osłaniający mury obronne Lwowa koło Bramy Halickiej, od sześciu dni odpierał szczególnie zaciekłe ataki tureckich janczarów. Wciąż z powodzeniem.
Siódmego dnia do celi przeora przybiegł furtian z meldunkiem, iż po zmierzchu, kiedy bisurmanie wstrzymują ostrzał miasta, on słyszy coś, co przypomina mu dziwaczne, bo podziemne kukanie kukułki albo stukanie głodnego dzięcioła.
– Cichajcie, ojcowie! Niech nikt teraz nie gada, a nawet się nie poruszy, ani nie kichnie i nie mlaśnie gębą!
To rzekłszy przez pół pacierza przeor nasłuchiwał w skupieniu, z głową wsuniętą głęboko w klasztorne okienko strzelnicze. Wieki minęły – tak przynajmniej zdało się obecnym – zanim wreszcie ją cofnął.
– I co? I co, ojcze nasz troskliwy?
– Nie podobają mi się tamte głuche odgłosy. Zapewne wróżą nam coś niedobrego. Ba, ale co? Z tego, com słyszał o zwyczajach wojennych bisurmanów, możemy spodziewać się z ich strony jakiegoś niebywale plugawego podstępu. – Przeor ściągnął siwe brwi i zamyślił się, lecz tylko na moment, bo wnet machnął ręką w kierunku Rynku i wykrzyknął: – Wołajcie mi pana Łąckiego! Jeśli może, niechaj tu migiem przybywa!
– Bracie furtianie, dyrdaj po imci pułkownika do ratuszowej wieży, w której siedzi na szczycie jak bociek na gnieździe, by z wysoka śledzić wszystko, co się dzieje dookoła za murami! Przeor klasztoru pragnie go widzieć w ważnej sprawie.
Jeszcze w sierpniu hetman wielki koronny Jan Sobieski, spodziewając się napaści Turków, na komendanta obrony Lwowa wyznaczył zaufanego oficera, pułkownika Eliasza Łąckiego, męża prawego, z niezliczonymi fortelami w głowie i z sercem nie znającym uczucia lęku. Pułkownik stawił się w klasztorze po kilku minutach. Wysłuchał uwag przeora i rzekł spokojnie:
– Zaraz wszystko dokładnie sprawdzimy. Tymczasem niech ksiądz przeor każe przynieść nam kryształowy kielich. I dzbanek z wodą.
Dostarczony kielich pułkownik postawił na murze, nalał doń wody i począł mu się pilnie przypatrywać. Wszyscy wstrzymali oddechy.
– Proszę, niechaj ojciec wielebny spojrzy teraz.
Pochylił się przeor nad kielichem, w ślad za nim, jak za panią matką, pochylili się i inni. Nieodczuwalne pod stopami wstrząsy ziemi, w kielichu były widoczne. Powierzchnia wody falowała co prawda leciutko, lecz wyraźnie.
Stary Lwów i jego fortyfikacje w czasie oblężenia turecko-kozackiego (1672?). Obraz z pocz. XVIII w. Wg O. Czerner, Lwów na dawnej rycinie i planie
– I cóż takiego odczytujecie w onym kielichu, mości pułkowniku?
– A to, że ani chybi Turczyn zamierza was, ojcze wielebny, Panu Bogu odesłać wprost do nieba.
– Jakże to?
– Ano zwyczajnie. Klasztor wraz z załogą bisurmany chcą wysadzić w powietrze. Więc podkop długi w głębi ziemi zaczęli kuć oskardami, stąd te odgłosy i drgania. Potem tęgą kiszkę nadziewaną prochem w dziurę włożą, lont siarką natarty przywiążą, drugi koniec podpalą i buuuum!
– Oj, święty Jacku z pierogami, ratuj nasze biedneńkie ciała i nasze niewinne dusze! – jęknął rozpaczliwie przeor i przeżegnał się z rozmachem. – Mości pułkowniku, pomyśl, błagam, czy nie ma na tę prochową kiszkę jakiegoś skutecznego medykamentu?
– Jest! – przyznał Eliasz Łącki bez zastanowienia. – Ale przedtem dobrze byłoby dowiedzieć się, od której strony bisurmanie drążą ów podziemny korytarz. Gdybyśmy wiedzieli dokładnie, gdzie jego początek, wyprawilibyśmy pod osłoną nocy zbrojną wycieczkę, aby podkop zawaliła. No a przy okazji zakłuła i kilku pogańskich specjalistów od onej kreciej roboty. Nie zawadziłoby też zagwoździć jedną, dwie albo i ze trzy tureckie bombardy, bo dokuczają nam tu bardziej niźli wściekłe szerszenie pracowitym pszczołom.
– Mości panie pułkowniku – szepnął brat furtian i pociągnął oficera za kaftan – znam zucha, który dowie się wszystkiego, czego od niego wasza miłość zażąda. Siostrzeńca mam, sprytnego piekarczyka nie bojącego się nawet diabła z widłami, a przy tym znającego każdy zakamarek, każdy strych i każdą piwniczkę w caluchnym Lwowie jak własną kieszeń. O, wierzę święcie, że mój Adaśku bisurmanom w kaszy łatwo zjeść się nie da!
– Gdzież on?
– Mówiłem już, że Adaśku piekarczykiem jest. Ani chybi wraz z inszymi piekarzami pod komendą majstrów Baszty Piekarskiej broni.
– Tej przy Furcie Jezuickiej?
– Tej samej, wasza miłość. Niedaleczko.
Pułkownik nie wahał się.
– Wołajcie go zatem! – rozkazał. – Byle szybko.
Dwa pacierze nie minęły, gdy Adaśku z roziskrzonymi oczami i roześmianą gębą meldował się przed ojcem przeorem i panem Eliaszem Łąckim.
– Oho, zdaje się, że wiesz już – pułkownik przymrużył oko – po co kazaliśmy cię wołać?
– Wuj po drodze powiadał, iż wejście do dziury bisurmańskiej mam znaleźć. Do podkopu, spod którego Turczyn mur klasztorny chce wysadzić w powietrze. Pójdę, znajdę właz do owej dziury w ziemi i wrócę tu bezpiecznie. Janczarowie nawet nie spostrzegą, żem się między nimi kręcił. Zresztą, na wszelki wypadek gębę wysmaruję sadzami, barani serdak kłakami na wierzch nadzieję i będę wyglądać jako wypisz-wymaluj pierworodny syneczek tatarskiego agi.
– A nie boisz się, chłopcze, że język cię zdradzi? – zaniepokoił się przeor.
– Na wpół głuchego od armatniego grzmotu będę udawać. Albo pół niemowę od urodzenia.
– Adaśku, nie obawiasz się ani tyci, że może ci tam być odrobinę za gorąco?
– Mnie? – obruszył się chłopiec. – Ależ, mości panie pułkowniku, przeciem piekarczyk z ojca i dziada. Od świtu do zmierzchu przy piecu chlebowym bochenki białkiem pędzluję, makiem i kminkiem posypuję, drewnianą łopatą w tę i we wtę suwam, więc od maleńkości przywykłem do wszelakiego gorąca. Dam sobie radę.
Rzeczywiście, Adaśku sprawił się, że lepiej nie można. Z okienka pod stromym dachem zsunął się zręcznie po sznurze i, nie zauważony przez nikogo, gdzie trzeba było przebiegł chyłkiem, gdzie trzeba przeczołgał się na łokciach albo i na brzuchu i po półtorej godzinie powrócił z wiadomością dla klasztoru cenniejszą od wora złota: początek podkopu znajduje się w piwnicy zrujnowanej chałupy Piskorzów na samym początku ulicy Łyczakowskiej.
Kto wie, jak zakończyłaby się owa nocna wyprawa zbrojnych mieszczan poza mury klasztoru bernardyńskiego, gdyby nie nieoczekiwana i to podwójna pomoc, rodzimego nadpełtwiańskiego diabła oraz świętego Jana z Dukli. Noc, na szczęście prawdziwie atramentowa, bezksiężycowa i bezgwiezdna, sprawiła, że grupa ochotników – najdzielniejszych z klasztornej załogi, uzbrojonych w szable, długie noże i pistolety, prowadzonych przez porucznika Zawadę i piekarczyka Adaśka – wysunęła się przez uchyloną żelazną furtę i zniknęła w mroku, nie dostrzeżona przez nikogo.
Tylko czy rzeczywiście przez nikogo?
Akuratnie, w czasie kiedy gromadka zbrojnych mężczyzn opuszczała warownię ojców bernardynów, naprzeciwko, na kominie spalonej chałupy siedział w kucki Kosmacz, czart turecki przybyły pod Lwów wraz z armiami Kapudana-baszy, i dłubiąc ostrym pazurem w nosie gapił się na klasztor. Oczywiście zbrojnych lwowian wypatrzył od razu. Domyślił się też celu nocnej wyprawy.
„Oho, Lachy wylazły z nory i skradają się po cichuśku, aby jakowąś krzywdę moim wyrządzić. Może jeńca bardzo znacznego chcą wziąć? A może niewierne giaury odgadły, że moi podkop drążą pod ziemią, ażeby w murach fortecznych dziurę olbrzymią prochem wywalić, więc zamierzają go zasypać pod osłoną nocy? Trzeba sprawdzić, czy janczarowe straże u wejścia do podkopu aby nie drzemią.”
Zerwał się stambulski czart na równe kopyta, żeby nie zwlekając popędzić do zrujnowanej chałupy u wylotu ulicy Łyczakowskiej, gdzie mieścił się tajemny właz do tunelu, lecz – nie zdążył.
Przed nim stał inny diabeł i trzymał go z całej siły za rękaw. Diabeł miejscowy. Znaczy się – lwowski, spod Czartowskiej Skały. W polskim kaftanie, w butach z żółtej cielęcej skóry kryjącej kopyta i ze szlachecka podkręconym wąsem. No i nie z takimi rogami i nie tak kosmaty jak diaski znad Bosforu. Solidnej postury, przystojny, choć już z czpryną mocno przysypaną mąką siwizny.
– Hej, a ty dokąd wybierasz się, cycku pogański? Swoich chcesz uprzedzić o wycieczce moich lwowiaków? – wrzasnął poirytowany Pełtwiak, bo on właśnie był tym miejscowym czartem, nie wypuszczając z garści bisurmańskiego rękawa. – Czyżbyś zamierzał wtrącić się do ludzkich porachunków? A to jakim prawem? Won mi stąd! Natychmiast! A może, mantełepo pogańska, tobie samemu zamarzyła się krwawa wojaczka?
Jeśli tak, to najsamprzód ze mną spróbuj się zmierzyć. Zaraz zamienię ci nos w dorodny kleparowski ogórek, ucho zaś w dojrzały jałowiecki kalafior. Skoro chciałeś, to masz, chuda tyczko! I jeszcze raz! Ta jeszcze na dokładkę! Ta i na poprawiny!
Kosmacz zabulgotał coś paskudnie po turecku, po czym schwycił się za podbite oko, zapominając i o jakichkolwiek argumentach w pysku, i o jakiejkolwiek zasłonie przed gradem spadających nań ciosów. Tymczasem naczelnik nadpełtwiańskiego plemienia najwyraźniej miał już dość tureckiego intruza. Błyskawicznie złapał go za ogon, zakręcił nim gigantycznego młynka nad głową i jak nie puuuuściiii!
Ani Polacy, skryci za murami obronnymi Lwiego Grodu, ani Turcy i ich pobratymcy na legowiskach rozmieszczonych wokół Lwowa nie potrafili odgadnąć, skąd ni z tego, ni z owego w powietrzu rozległ się przeraźliwy skowyt, niknący powoli gdzieś hen za Łyczakowską Rogatką i za Winnikami. Ale to niechaj nikogo nie dziwi, tajemnicę bolesnego wycia znał przecież jedynie ogoniasty Pełtwiak.
Zanim nocna wyprawa lwowian nieco okrężną drogą, zmuszona do wymijania gęsto tutaj rozstawionych tureckich i tatarskich posterunków, dotarła do zrujnowanej chałupy Piskorzów, Turcy zataszczyli na koniec podziemnego wykopu ogromną kichę z prochem. I pewnie wysadziliby mur klasztorny w powietrze, gdyby nie święty Jan z Dukli, patron Lwowa od ponad dwustu pięćdziesięciu lat nie opuszczający swego miasta w nieszczęściu i w nagłej potrzebie. Widząc z wysoka, co się święci pośrodku Ziemi Czerwieńskiej, runął na kolana, wołając błagalnym głosem:
– Panie Jezu miłosierny, spuść wielką wodę na pogańskiego Turka i na jego podkop pełniusieńki prochu! Nie zwlekaj ani pół chwili, gdyż i janczar czekać ze swą zbrodnią nie myśli! Widzę, że ichni aga właśnie przytknął płonącą żagiew do nasmołowanego lontu. Panie Jezu, pośpieszaj z pomocą, nie pozwól, aby klasztorowi, a tym samym i mojemu umiłowanemu miastu stała się straszliwa krzywda!
Ledwie święty patron Lwiego Grodu zdążył wyrzec słowa rozpaczliwej prośby, na niebie pojawiło się dwóch silnych aniołów w pośpiechu pędzących z Bożej łąki obłok nasycony wodą. Zatrzymali się dopiero nad skrajem ulicy Łyczakowskiej i tak szczodrze chlusnęli tu ulewą, że woda z groźnym bulgotaniem momentalnie zalała podziemny korytarz, gasząc płonący już lont, kichę prochu zaś przemieniając w szaroburą maź, w błocko nie bardziej groźne dla ojców bernardynów – a i dla miasta – niż najzwyklejsza packa na muchy.
Zgodnie z rozkazem pułkownika Łąckiego drużyna dzielnych lwowian zawaliła na amen mokry podkop ciągnący się od ulicy Łyczakowskiej ku murom bernardyńskiej twierdzy, wyrżnęła w pień chrapiącą słodkim snem wartę, zniszczyła cztery ciężkie, sułtańskie armaty i, zanim Turcy ockęli się z zaskoczenia i pośpieszyli z pomocą napadniętym, z wziętym do niewoli naczelnikiem janczarów powróciła szczęśliwie do klasztoru.
– Cud! Cud prawdziwy, że się im powiodło we wszystkim podczas tej niebezpiecznej wyprawy! – radował się przeor zakonu bernardynów.
Braciszek bernardyn, który akurat gorącą kaszę przyniósł z refektarza, nie mówił nic, jeno gębą różową ruszał w milczeniu i wznosząc oczy ku niebu, posapywał niby miech kowalski w kuźni na Zamarstynowie. Natomiast brat furtian mruczał pod nosem, ale nie za cicho, lecz tak, ażeby to jego mruczando docierało i do uszów pana Eliasza Łąckiego, i do uszów burmistrza Zimorowicza, i do uszów pozostałej starszyzny:
– Cud! Oczywiście, że cud! Lecz ciekaw jestem, ile by zdołano dokonać podczas króciuchnej nocy w pogańskim obozie, gdyby w spełnieniu najcudowniejszego z cudownych cudów nie dopomogli odważni ludziska, rycerze o lwich sercach, przede wszystkim mój Adaśku, a także pan porucznik Zawada oraz pozostała gromadka rębajłów!
Nie mniejszy cud oczekiwał obrońców miasta nazajutrz. Ale o tym za chwilę.
Kapudan-basza, namiestnik tureckiego sułtana w tej wojnie, na wieść o zawalonym lochu i zniszczonych armatach najpierw poczerwieniał na gębie jak ćwikłowy burak, następnie wciągnął kilka głębokich haustów powietrza, po czym zaczął wrzeszczeć ile tchu w płucach:
– Jakże to możliwe, aby garstka Lachów z byle zielonym młokosem na czele dobrze przemyślane plany w ciągu jednej krótkiej nocy obróciła w perzynę, zamieniła w figowego zgniłka? Byłem pewien, iż mam pod komendą pięćdziesiąt tysięcy nieulękłych wojowników Proroka, a tymczasem mam tutaj zaledwie pięćdziesiąt tysięcy ryżowatych myszy bojących się jak ognia paru chudych kotów!
I za karę, również jako przestrogę dla innych, naczelnikom odpowiadającym za rozstawienie nocnych straży, kazał powrzucać za koszule po dwa żywe wygłodniałe szczury, mocno podwiązać rzemieniem i srogo pilnować, ażeby przed upływem doby nie umknęły na swobodę. Rano, wciąż jeszcze rozgniewany, wszystkie pięćdziesiąt armat (dokładnie: czterdzieści sześć, jako że cztery największe lwowiacy wszakże zagwoździli) rozkazał skierować na klasztor bernardyński oraz na co ważniejsze obiekty w mieście i prowadzić nieustanny ogień tak długo, dopóki żelazne i spiżowe lufy nie rozgrzeją się do czerwoności.
– Dobrzy ludzie, patrzajcie, co się dzieje! Tureckie kule dolatują do nas, ale niezupełnie! – zawołał brat furtian i nie bacząc na armatni ostrzał, z wielkiej radości zaczął podskakiwać na jednej nodze pośrodku klasztornego dziedzińca. – Na dwa łokcie przed murem zatrzymują się, by zaraz potem spaść na ziemię niczym dojrzałe lubaszki albo ulęgałki!
Ku niezmiernemu zdumieniu lwowian podobnie było i w innych częściach miasta. Armatnie kule, jak zaczarowane, spadały przed murami katedry łacińskiej i katedry unickiej Świętego Jura, przed murami żydowskiej synagogi Złotej Róży oraz prastarej katedry ormiańskiej. Także i tym razem nikt z mieszkańców Lwowa nie domyślił się, że kolejny cud miasto zawdzięczało świętemu Janowi z Dukli, że to na prośbę patrona Lwiego Grodu aniołowie pracowicie strącali tureckie kule w powietrzu, zanim jeszcze zdołały dotrzeć do celu.
Deszcz, który lont pod ziemią gasi i proch przemienia w błocko, nocna wycieczka lwowian, która szkody straszliwe wyrządza, a której nikt wypatrzyć na czas nie zdołał, kule armatnie nie dolatujące do dobrze wymierzonego celu... Nie, tego wszystkiego Kapudanowi-baszy było już za wiele. Wódz turecki zrezygnował ze zdobywania Lwowa. Aby ratować honor choć częściowo, zgodził się na wzięcie okupu od mieszczan oraz kilku zakładników, po czym zwinął oblężenie i wycofał się jak zbity kundel, pośpiesznym marszem w kierunku Kamieńca i tureckiej granicy.
* * *
Wszyscy mieszkańcy Lwowa – a i goście odwiedzający niegdyś to urokliwe miasto – doskonale wiedzą, że na zewnętrznym murze katedry od strony prezbiterium wisiały na łańcuchach dwie okrągłe kamienne kule. Jedne z wielu tureckich kul armatnich, które nie doleciały do celu, a zachowane dla potomnych na pamiątkę oblężenia grodu w roku 1672 przez Kapudana-baszę, miały przypominać na wsze czasy o cudownym ocaleniu.

Opowiadanie zaczerpnięto z książki Zdzisława Nowaka pt. Lwowskie baśnie i legendy, wyd. Oficyna Panda, Warszawa 1993. Książka jest nadal do nabycia w księgarniach.