Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Jerzy Hordyński, POEZJA

Porównanie
Wśród innych gór uczyłem się wierszy,
które dopiero miały mnie nawiedzić.
Szczyt naprzeciw domu zaglądał do nieba,
nikt nie wiedział dlaczego nazywa się Owidiusz –
czyżby tam się zabłąkał wygnany poeta?
Huculi na trombitach podnosili chmury,
w dole Czeremosz zmuszał tratwy do galopu.
Niewiele więcej pamiętają zdjęcia,
które pozwolił mi zachować czas,
abym uwierzył, że naprawdę minął.


Semper Fidelis
                   Docentowi Witoldowi Szolgini
Pamięć kołacze do wygnanych domów,
sprawdza cmentarze – jeszcze są na miejscu,
każda ulica odzyskuje nazwę,
by nie błądzili żywi i umarli,
chociaż naprawdę tam nikogo nie ma.
Wszystkie kierunki prowadzą do Lwowa!
Ostatni Noe skonstruował arkę,
zgromadził wieki, przywołał języki,
wiatrom nakazał dąć w rozwiane żagle,
aż wreszcie stanął nad wskrzeszonym miastem,
sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem,
jak oszukany wieszcz na pustym placu.
Tak dochowuje się wierności snom
i tym co padli z uśmiechem na ustach.

Wspomnienie
Ostap Ortwin – taki lwowski krytyk,
miał trochę ze szlagona, a trochę z rabina.
Dziwił się w pierwszych miesiącach wojny,
że wiersze piszę głównie w trybie przeszłym.
Poezja – mówił – to czas teraźniejszy,
on mieści to co było, co jest i co będzie.
W sowieckim Lwowie, trzęsący się z trwogi,
czekaliśmy na wiosnę. A ja dowodziłem,
że czas jest nieistotny, bo wszystek już minął.
Przecież w naszej przeszłości szukamy nadziei,
wspominamy zwycięstwa i płaczemy klęski,
więc co spełnione będzie dniem dzisiejszym.
W parę miesięcy później Ostap Ortwin nie żył.
Podzielił los rodaków w hitlerowskim Lwowie.


Rehabilitacja
Nie będę nudził, stroszył się jak paw,
w ręku potrząsał palmą męczeństwa,
nie będę pisał o sowieckich tiurmach
i nie będę wspominał – przekląłem na zawsze.
Niech inni mszczą się językiem i piórem.
Prawie nikogo już to nie obchodzi.
Nie chcę zapełniać domu upiorami
i żyć powtórnie w rozstrzelanym czasie.
Wystarczy, że codziennie budzę się o piątej,
w snach biegnę na apel, drżę przed egzekucją.
W Wielki Piątek roku czterdziestego piątego
stanął mój zegar i dotąd utyka.
Data skłaniała do śmiałych skojarzeń,
lecz Mesjasza nie było, zjawił się tylko kat.
Niewiele brakowało, bym poczuł się winny
istnienia. Cztery lata czekały na mój powrót.
Wróciłem z piętnem zbrodni, która zwie się Polska.
Pół wieku przeszło, zanim nadeszło
ze Lwowa obwieszczenie, że jestem niewinny
i że władza gotowa nawet coś tam zwrócić.