Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Kazimierz Kuczman, ROZDÓŁ I KOMARNO WE WSPOMNIENIACH KAROLINY LANCKOROŃSKIEJ

Karolina Lanckorońska (zdjęcie z roku 1927).Profesor Karolina Lanckorońska, ostatnia przedstawicielka zasłużonego rodu, doktor honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, „żywa legenda”, w sierpniu tego roku skończyła sto lat życia. To wyjątkowy przypadek, że wypada pogratulować osiągnięcia poważnego wieku damie. Nie potrafię dokładnie określić, kiedy Uczona znalazła miejsce w mojej świadomości. Niewątpliwie wcześniej, już w czasie studiów uniwersyteckich usłyszałem – czy może przeczytałem – o Jej wybitnym ojcu Karolu, związanym z odnawianiem Wawelu na przełomie ostatnich dwu stuleci, fundatorze nagrobka królowej Jadwigi w Katedrze wawelskiej. Założycielkę Fundacji im. Lanckorońskich i Polskiego Instytutu Historycznego w Rzymie, wydawcę i redaktora monumentalnych, największych serii źródeł dotyczących historii Polski, osobiście miałem okazję poznać stosunkowo późno, w roku 1986, po przyznaniu mi przez Nią naukowego stypendium do Rzymu. Siła charakteru, witalność, mądrość życiowa, urok osobisty, serdeczność, poczucie humoru, kolosalna wiedza historyczna, to cechy Jej niepospolitej osobowości, które fascynują każdego, kto miał okazję nawiązać z Nią bliższy kontakt. Wiedziałem już wtedy o istnieniu rodzinnej, tajemniczej kolekcji obrazów Lanckorońskich, jako pracownik muzeum zamkowego na Wawelu nigdy bym jednak nie przypuszczał, że kiedyś przyjdzie mi opiekować się główną częścią tej kolekcji. Przypomnę: Zamek Królewski na Wawelu z końcem 1994 roku otrzymał od Karoliny Lanckorońskiej niezwykłej wartości dar dzieł sztuki, którego trzon stanowią 84 gotyckie i renesansowe obrazy, w zdecydowanej większości włoskie (zob. CL 1/95). Trzydzieści odnowionych obrazów można obecnie obejrzeć na wystawie w zamku wawelskim, zatytułowanej Donatorce – w hołdzie.
Rozdół, Komarno – to miejscowości w okolicach Lwowa, o których po raz pierwszy usłyszałem od ich Dziedziczki. Główną siedzibą Lanckorońskich był okazały, neorokokowy pałac w Wiedniu, wzniesiony przez Jej ojca z końcem XIX wieku. W rozbudowanym przez niego w latach osiemdziesiątych minionego stulecia pałacu rozdolskim toczyło się co roku przez kilka miesięcy bujne życie rodzinne i towarzyskie. Utrwalone w około 200 rysunkach Jacka Malczewskiego, przyjaciela i podopiecznego Karola Lanckorońskiego, z czasem zostało opisane barwnym, literackim językiem przez samą Profesor Lanckorońską w kilku numerach „Tygodnika Powszechnego” z roku 1995 (fakt ten odnotował kwartalnik „Cracovia–Leopolis”). To rodzinne życie w Rozdole z przełomu stuleci wycisnęło olbrzymie piętno na kształtującej się osobowości kilkuletniej Karoliny, dziecka europejskiej elity kulturalnej (Jej matka, Małgorzata z domu Lichnowsky, była Niemką, w domu posługiwano się językiem francuskim), z czasem dumną reprezentantką polskości, porucznikiem Armii Krajowej, więźniem obozu koncentracyjnego w Rawensbrück. Dziś wiekowa Pani Profesor ma do tego świata „rozdolskiego” olbrzymi sentyment, a zarazem ciepły dystans. „Niezbyt lubiłam – mówi – gdy przyjeżdżał do Rozdołu Malczewski. Musiałam mu pozować, siedzieć nieruchomo. Skarżył się moim rodzicom, że Karolina jest zbyt ruchliwa i nie siedzi spokojnie”. Jej starszy, przyrodni brat Antoni i młodsza siostra Adelajda nie sprawiali tyle kłopotów. Z wielkim artystą zetknęła się po raz ostatni w Krakowie, w roku 1929 – martwym, na łożu śmierci. Przeżyła bardzo jego odejście. Tekę z 228 rysunkami „pana Jacka” (część z nich przedstawia również wyprawę archeologiczną Jej ojca, z udziałem kilku uczonych i artysty do Pamfilii i Pizydii w Azji Mniejszej) po zakończeniu wojny Profesor Lanckorońska odkryła przypadkiem wśród papierowych szpargałów w szufladzie komody, która miała być właśnie wyrzucona. „Podeszłam do brata, pokazałam mu moje odkrycie i mówię: Toniu! Zobacz, co znalazłam!”. Przekazała je również, w grudniu 1994 roku, do Zamku Królewskiego na Wawelu.
Widok Komarna. Akwarela Jacka Malczewskiego, 1896. Fot. Stanisław Michta

Gdy napisałem do Pani Profesor, że obejrzałem (częściowo zdewastowane) pałace w Rozdole i Komarnie, odebrała to ze wzruszeniem, a zarazem oceniła je – chyba nie tylko jako historyk sztuki, lecz osoba wyczuwająca, kiedy należy zachować skromność – niezbyt wysoko. „Niech Pan nie myśli, że ten Rozdół z lat osiemdziesiątych XIX w. był piękny, jak był cały! Ale oczywiście jego wspomnienie jest mi drogie. Dom w Komarnie, którego nie nazywaliśmy pałacem, był bardzo prosty i przyzwoicie umeblowany, ale poza książkami niczego tam nie było. Oba kościoły, w Rozdole i Komarnie, były wspaniałe, jak na prowincjonalne świątynie naszych stron. Wyposażenie ich, szczególnie rozdolskiego, było bogate”. Na wystawie wawelskiej prezentowana jest niewielka akwarela Jacka Malczewskiego ukazująca panoramę Komarna, ofiarowana Zamkowi Królewskiemu na Wawelu przez Panią Profesor w ubiegłym roku. Ofiarodawczyni telefonicznie wyjaśniła mi okoliczności powstania obrazka. Było to w czasie manewrów wojskowych w okolicy tej miejscowości, z udziałem cesarza Franciszka Józefa. Malczewski prosił Jej ojca, aby zabrał go za miasto. Chciał zobaczyć migające barwne mundury wojskowe. Utrwalony wtedy widoczek Komarna wykorzystany był podobno na okładkę menu w czasie przyjęcia wydanego na cześć cesarza przez Karola Lanckorońskiego.
Już w czasie moich pierwszych kontaktów z Profesor Lanckorońską usłyszałem z Jej ust wiele zachwytów na temat ludu wiejskiego zamieszkującego jej rodzinne posiadłości. „Cóż to byli za wspaniali chłopi! Mówili piękną, choć nieco archaiczną polszczyzną. Jak oni cudownie wymawiali «lanckorońszczyzna»!” Przywiązanie do ziemi i stosunek do ludu wiejskiego odziedziczyła po ojcu (w obecnym roku przypada 150. rocznica jego urodzin). Stanisław Krzywoszewski w roku 1903 w piśmie „Życie i Sztuka” napisał: „Hr. Lanckoroński posiada we wschodniej Galicji rozległe dobra. Ludność rusińska, zamieszkująca te włości, ma w nim dobroczynnego opiekuna, który szanuje odrębność religii i języka i przestrzega, by tej odrębności zgoła nie krępowano. Kiedy w całej niemal Galicji zarobek żniwiarzy wynosił «snop czternasty», w majątkach hr. L. obliczano go na «snop dziewiąty». Szkoły i kościoły otrzymują odeń hojne zapomogi”.
W czasie mego ostatniego pobytu w Rzymie, w ubiegłym roku, wielokrotnie w rozmowie Profesor Lanckorońska wracała do wspomnień związanych z majątkami rodzinnymi w Rozdole i Komarnie (do Lanckorońskich należała również Jagielnica we wschodniej i Wodzisław w centralnej Polsce, a także dobra w Austrii). Nieco prowokacyjnie zapytałem: „Pani Profesor, kto ufundował kościół w Chłopach [wieś koło Komarna]? Dowcipnie, nie bez dumy, odpowiedziała: „Chłopy i ja. Chodziliśmy do kościoła w Komarnie i uradziliśmy tam z chłopami z Chłopów, i z księdzem, że wybudujemy im nowy kościół. Chłopi podeszli do sprawy z wielkim entuzjazmem. Do wybuchu wojny zdążyli nawet wyposażyć nowy kościół w ołtarz i dwie rzeźbione figury. Dziś ten kościół jest cerkwią”. Zdradziłem mojej Rozmówczyni, że jeszcze obecnie jest wspominana przez niektórych mieszkańców Komarna. Początkowo nie dowierzała mi. Uwierzyła, gdy nadmieniłem, że starsi Ukraińcy pamiętają Ją jeżdżącą konno. Opowiedziała mi w związku z tym interesującą historyjkę, jakże znamiennie określającą jej osobowość. Gdy zrobiła we Lwowie habilitację, chłopi zastanawiali się, co to takiego habilitacja, czy to dla nich dobrze, czy źle, żaden bowiem dotychczasowy dziedzic w Komarnie nie habilitował się. Pewien tamtejszy poseł wyjaśnił im, że jest to związane z Jej pracą na uniwersytecie. Oburzyli się, że uczy we Lwowie, a nie ich. „I ja się tym przejęłam. Kupiłam przeźrocza i organizowałam dla nich wykłady z zakresu historii sztuki. Aby poruszyć ich wyobraźnię, jak wielka jest Bazylika św. Piotra w Rzymie, podałam jej powierzchnię w morgach. Przychodziło do mnie więcej ludzi niż do księdza plebana do kościoła!”
Wychowanka uniwersytetu wiedeńskiego, na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie zatrudniła się dzięki namowom Leona Pinińskiego, przyjaciela Jej ojca, wybitnego profesora prawa rzymskiego, byłego namiestnika Galicji, ofiarodawcy cennej kolekcji dzieł sztuki dla Zamku Królewskiego na Wawelu. Historycy wiedzą, a Pani Lanckorońska szczególnie podkreśla, iż Jej ojciec i Piniński toczyli boje w Izbie Panów parlamentu wiedeńskiego na rzecz opuszczenia Wawelu przez wojsko austriackie. Po habilitacji we Lwowie Karolina Lanckorońska nie doczekała się tam tytułu profesora. Realizację wniosku o przyznanie Jej tego tytułu uniemożliwił wybuch wojny. „Zamiast przysięgi profesorskiej rok później składałam przysięgę w Armii Krajowej”. Znakomita w skali europejskiej badaczka renesansu włoskiego, zwłaszcza twórczości Michała Anioła, w okresie międzywojennym była jednym z głównych filarów historii sztuki w Polsce. Do Jej najzdolniejszych uczniów należał Lech Kalinowski, obecnie emerytowany profesor UJ, chluba polskiej historii sztuki, Jej wieloletni przyjaciel. Wraz z wkroczeniem Rosjan do Lwowa rozpoczął się nowy, „wojenny” etap w życiu Karoliny Lanckorońskiej, utrwalony w pamiętnikach, które, jak sobie zażyczyła, mogą być wydane dopiero po Jej śmierci. Żądni tej ciekawej lektury życzymy jednak Pani Profesor, aby książka dotarła do naszych rąk jak najpóźniej.

PS. Wiedza o zasługach rodziny Lanckorońskich, której finał to najpiękniejszy akord tego rodu, zdecydowanie rozszerzyła się po wielkim, największym w dziejach polskiego muzealnictwa darze, docenianym przez naukę światową. Bardziej zainteresowanych czytelników odsyłam do wydawnictw: S. Cynarski, Dzieje rodu Lanckorońskich, Kraków 1996; Donatorce – w hołdzie, Katalog wystawy w Zamku Królewskim na Wawelu, Kraków 1998 (w druku ) oraz Folia Historiae Artium S.N., t. 4, 1998 (tom dedykowany Jubilatce, w druku).