Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

NOWE KSIĄŻKI

• Ukazały się dwa niezwykle ciekawe dzieła o charakterze heraldyczno-genealogicznym, ale nasze szczególne dla nich zainteresowanie wynika z faktu, że ogromnie wzbogacają naszą wiedzę o określonym wycinku życia społecznego Małopolski Wschodniej (zresztą nie tylko tego regionu).
Pierwsza to luksusowo wydana księga pt. Genealogia rodów utytułowanych w Polsce, tom I, opracowany przez Tomasza Lenczewskiego, a wydany przez Oficynę Wydawniczą „Adiutor” (Warszawa 1995–96). Księga obejmuje 60 rodów książęcych, hrabiowskich i baronowskich (na 220 zamierzonych, co oznacza przynajmniej 4 tomy). Wśród przedstawionych w omawianym tomie rodzin, występuje oczywiście wiele takich, które wywodziły się, lub których gałęzie przez wiele pokoleń były osiadłe w Małopolsce Wschodniej. Spotykamy przy okazji wiele postaci historycznych, a także wiele nazw miejscowości i rezydencji, zapamiętanych z dziejów lub literatury, z przewodników, opisów, opowiadań lub widzianych osobiście. W tomie I znajdujemy wśród rodów książęcych: Czartoryskich, związanych z Żurawnem, Jabłonowskich – z Bursztynem, Lubomirskich (Miżyniec, Czerwonogród, cukrownia w Chodorowie) – którzy przez kilka pokoleń pełnili godność kuratorów Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. Wśród prezentowanych w tym tomie rodzin hrabiowskich, głównie z Małopolską Wschodnią byli związani: Badeniowie (Busk, Radziechów), Lanckorońscy (Rozdół, Komarno), Pinińscy (Grzymałów, Rozłucz), Wolańscy (Rzepińce w buczackiem, Świrz), baronowie Bruniccy (Zaleszczyki, Lubień Wielki), a także gałęzie rodzin: hr. Krasickich (Stratyn), Mycielskich (Borynicze), Reyów (Mikulińce, Psary), Rzewuskich (Podhorce, Rozdół) i kilka innych.

• Drugie dzieło – to Nobilitacje w Galicji w latach 1772–1918 Sławomira Górzyńskiego (wyd. DiG, Warszawa 1997). Jest to wykaz osobistości i rodzin, podniesionych do stanu szlacheckiego w Małopolsce-Galicji w całym okresie zaboru austriackiego. Rzecz dla nas równie interesująca, bo ponad połowa nazwisk wiąże się ze Lwowem (wiadomo, stolica!) i Małopolską Wschodnią (Stanisławów, Tarnopol, Drohobycz, Sambor, Nadwórna itd.) – bądź to miejscem urodzenia, bądź działalnością i stanowiskiem, a w większości jednym i drugim. Wśród uszlachconych są zarówno rdzenni Polacy, jak i napływowi – lecz zasiedziali, a nawet już spolszczeni, lecz także świeżo napływowi – Niemcy i Austriacy, Czesi i członkowie innych nacji habsburskiej monarchii. Tych drugich jest chyba najwięcej w omawianym wykazie, a jednak są oni dla nas niezwykle interesujący, bo ich potomkowie w pierwszym, a najdalej drugim pokoleniu byli już Polakami i polskimi patriotami. Są do dziś jednymi z nas, a może nawet sami nimi jesteśmy. W każdym razie któż z nas nie ma mniejszej czy większej dawki krwi (wcale nie błękitnej) owych okupacyjnych urzędników i wojskowych albo kolonistów? Nie szukając daleko: piszący te słowa ma wśród 16 przodków w czwartym pokoleniu (wstecz) 8 nazwisk o brzmieniu polskim, 4 austriacko-niemieckim, 2 czeskim, 1 węgierskim i 1 rusińskim. Ale uwaga: z wymienionych tylko owe dwa czeskie nie należały do Polaków.
Wracając jednak do nobilitacji: podnoszeni do stanu szlacheckiego dobierali sobie zazwyczaj tzw. predykaty (przydomki – nie mieszać z nazwami herbów, bo w Austrii herby nie miały nazw, tak jak w Polsce). Między nazwiskiem a predykatem stała partykuła „von” – po polsku „z” (tak jak Maćko z Bogdańca). Predykaty dotyczyły majątku, np. Krzeczunowicz von Olejewo (1785 r.) lub Wisłocki von Wisłucha (1916 r.!). Jednak nie wszyscy nowi szlachcice mieli majątki, bo byli urzędnikami, wojskowymi, kupcami lub profesorami, więc wymyślano sobie różne predykaty, np. od pól bitew, miejsc urodzenia, nazwiska matki itp. – przykładem: Estreicher von Rosbierski (1881) lub Rydygier von Ruediger (1903 r. – to ten, który spoczywa na Cmentarzu Orląt we Lwowie). Warto dodać, że owo von niektóre rodziny zamieniały później na sympatyczniej brzmiące francuskie de (znaczy to samo).
Trochę jak nie z tego świata, ale ciekawe i wiedzieć warto.

Tadeusz Cieński• Przed paru laty obdarzono nas pewną książką, której tytułu i autora nie wymienię (oczytany w leopolitanach Czytelnik i tak sam na to wpadnie), a w owej książce opisano ileś tam postaci, które autor uznał za synonimy Lwowa. Bieda w tym, że obok nazwisk autentycznie lwowskich i wartych zapamiętania, natrafiamy na takie jak Kuroń, Izabella Cywińska (Boża podszewka!) lub Irena Dziedzicówna i jeszcze parę innych pań i panów podobnego pokroju. Brak wyczucia? Jakaś polityka? Cokolwiek by było, pozostał niesmak.
Do nazwisk, które naprawdę można uznać za synonimy Lwowa – bo należą nie tylko do pojedynczych osób, w taki czy inny sposób zasłużonych dla Lwowa i Małopolski Wschodniej, lecz do rodzin – niemal dynastii, które dały krajowi, miastu i regionowi cały poczet wybitnych osobistości, nawet po kilka w jednym pokoleniu (podobnie jak np. w Krakowie Estreicherowie), należą Hausnerowie, Strońscy, Longchamps’owie, Łomniccy i jeszcze parę innych, a także – Cieńscy. Rodziny te w całości proszą się o osobne monografie, proszą się także ich wybitni członkowie.
Do takich wybitnych rodów zaliczają się wymienieni wschodniomałopolscy ziemianie Cieńscy. Wspomnijmy choćby dobrze pamiętane dwie sylwetki z nieodległych jeszcze czasów: braci księży Włodzimierza i Jana Cieńskich (patrz CL 4/97).
Na razie otrzymaliśmy biografię Tadeusza Cieńskiego (ojca wymienionych księży), wybitnego polityka konserwatywnego, działacza i gospodarza: Ziemianin – polityk Tadeusz Cieński 1856–1925. Z dziejów konserwatyzmu wschodniogalicyjskiego. Autor Adam Wątor, wydał Uniwersytet Szczeciński, 1997). Był to bogaty właściciel dóbr – Pieniaki w pow. brodzkim, Okno na Pokuciu i inne liczyły ok. 15 tys. hektarów – który nie szczędził środków na działalność polityczną i społeczną, oddając się jej z pasją przez wiele dziesięcioleci, jako członek sejmu galicyjskiego, a w Polsce Odrodzonej jako senator. Odegrał dużą rolę w okresie zmagań o odbudowę państwowości Polski i Obronie Lwowa 1918 r. (spoczął na lwowskim Cmentarzu Orląt). Jego wnuczka i prawnuk mieszkają w Krakowie, inni potomni w różnych częściach świata.

• Na przełomie kwietnia i maja otrzymaliśmy do rąk już piąty (czy dopiero piąty – ma ich być do czterdziestu!) tom serii materiałów inwentaryzacyjno-historycznych o kościołach na ziemiach południowo-wschodnich. Seria – jak pamiętamy z poprzednich doniesień (ostatnio CL 2/97) – oparta jest na inwentaryzacji ocalałych zabytków architektury i sztuki sakralnej (lub ich resztek), dokonywanej od kilku lat przez zespół młodych pracowników i studentów Instytutu Historii Sztuki UJ w Krakowie, pod kierownictwem naukowym prof. Jana Ostrowskiego. Tom V Kościołów i klasztorów rzymskokatolickich dawnego województwa ruskiego został wydany, jak poprzednie, przez Międzynarodowe Centrum Kultury (Kraków 1997).
Omawiany tom jest wśród dotychczasowych najobszerniejszy: 366 stron tekstu i 613 (!) zdjęć. Należy też do najlepiej zakomponowanych, ponieważ dotyczy jednej okolicy: dekanatu samborskiego (przed wojną była to diecezja przemyska, obecnie archidiecezja lwowska), choć brakuje tu kilku już wcześniej opublikowanych obiektów-pereł: kościołów w Dobromilu, Nowym Mieście i paru innych.
Nowy tom należy też do najbardziej atrakcyjnych, ponieważ obejmuje świątynie tak niezwykłego miasta, jakim jest Sambor, a także gotycki kościół w Felsztynie oraz obiekty Zakładu Wychowawczego w Chyrowie-Bąkowicach. Poza wymienionymi czołowymi, tom prezentuje kościoły w Biskowicach, Boryni, Brześcianach, Chyrowie, Czukwi, Ilniku, Komarnikach, Laszkach Murowanych, Łomnej, Rakowej, Rozłuczu, Sąsiadowicach, Starej Soli, Strzałkowicach, Turce, Wojutyczach i Wołczem.
Niezwykłą wartością całej serii jest każdorazowa konfrontacja stanu obecnego – z nielicznymi wyjątkami tragicznego – ze stanem dawnym, z uwzględnieniem rozwoju i przekształceń oraz wyposażenia (rzeźby, polichromie, obrazy, organy, ołtarze, meble, przedmioty i stroje liturgiczne itd.). Ujęcie takie znajduje też odbicie w doborze materiału fotograficznego, w którym nie pomija się przedmiotów zniszczonych, zagrabionych lub przeniesionych na inne miejsce.
Twórcom i wydawcom serii – podobnie jak autorowi analogicznych materiałów o rezydencjach, prof. R. Aftanazemu – należy się najwyższe uznanie i wdzięczność. Otrzymujemy bowiem niezwykle ważną dokumentację wielu wieków polskiej historii i kultury na ziemiach sztucznie odciętych jałtańską granicą.

• Skoro w tym numerze poświęconym Orientowi piszemy również o polskich Ormianach, to warto zwrócić uwagę na książki jednego z nich Tadeusza Petrowicza. Jest to dziś emerytowany inżynier-leśnik, mieszkający – po wielu życiowych przystankach – w Lublinie. Urodził się w Worochcie, gdzie jego rodzice prowadzili pensjonat.
T. Petrowicz napisał kilka książek (i sporo artykułów w czasopismach), nas atoli najbardziej interesują dwie: Od Czarnohory do Białowieży (Wydawnictwo Lubelskie, 1986) i niedawno wydana Zaczęło się w Czarnohorze (Wyd. „Łowiec Polski”, Warszawa 1996). Pierwszą poświęcił autor swoim barwnym kolejom życia. Jedna trzecia tomu odnosi się do jego ziemi rodzinnej – tej, w której się urodził, a także tej, skąd jego ród pochodzi – Armenii. Pisze ciekawie o polskich Ormianach, a nawet przytacza wiersz swego ojca, Kajetana Petrowicza, który i my powtarzamy w tym numerze. Duży rozdział poświęca górom i lasom Czarnohory, Worochcie, Hucułom, i swojemu wśród nich życiu. Dalsze 2/3 książki to lata powojenne: Proszowice, Sądeckie i Białowieża, a w końcu Lublin.
Drugą z wymienionych książek poświęcił autor swej wielkiej pasji – łowiectwu, jest bowiem zapalonym i wytrawnym myśliwym. I tu cały rozdział dotyczy Wschodnich Karpat, w których zdobywał swoje pierwsze doświadczenia i trofea. Opowiada o swych przyjaciołach, Polakach i Hucułach. Do książki dołączył autor na początku tekst Kostrzyca. Wspomnienia harcerki spisane w 1936 r. przez Halinę Iwaszkiewiczównę, a na końcu własną relację z podróży w Czarnohorę w 1992 r. Czterdzieści osiem lat później. Ten ciekawy i dramatyczny tekst kończy się jednak wnioskami, które niekoniecznie trafiają nam do przekonania. W pamięci zawsze mamy słowa, które do króla szwedzkiego na Wawelu wypowiedział ksiądz Szymon Starowolski.

• Z tych samych „orientalnych” powodów warto odnotować książeczkę wydaną przed 10 laty, a która przywołuje nieistniejący już świat chasydów: Dziewięć bram (wyd. Znak, 1988). Autor, Jiri Langer, to syn zasymilowanej w Czechach rodziny żydowskiej, który powodowany wewnętrznym nakazem udaje się do wschodniogalicyjskiego Bełza, przenosząc się zarazem z dwudziestowiecznej Pragi o dwa a może i pięć stuleci wstecz, do środowisk zacofanych chasydów, które żyły życiem nieustannego transu mistycznego, w stanie nie kończącej się ekstazy, zupełnie poza czasem, przestrzenią i materią.
Książka składa się z 9 opowieści (dziewięciu bram, jak owych bram Jerozolimy), których scenerią jest głównie wschodnia (i w ogóle cała) Małopolska, ale także Kongresówka i Ukraina, zaś bohaterami sławni cadykowie, związani ze znanymi skądinąd miejscowościami: Abraham Chaim ze Złoczowa, Aron i Szołem z Bełza, Jakub Icchak i Hirszełe z Żydaczowa, Juda Hersz ze Stratyna, Aron Łejb i Majer z Przemyślan, Mendełe z Kosowa, Mojsze Jidł Lejb z Sasowa, Pinches rabin we Frankfurcie – urodzony w Czortkowie. Padają nazwy Bóbrki, Kopyczyniec, Uhnowa. Świat całkiem zapomniany...

• Inny tom opowiadań żydowskich ukazał się w ub. roku: Henryka Grynberga Drohobycz, Drohobycz (Wydawnictwo AB, Warszawa 1997). Jednak poza przyciągającym tytułem niewiele w nim o tamtych stronach: na 11 opowiadań tylko dwa: tytułowe i drugie: Ucieczka z Borysławia, poza tym dwa wołyńskie. Mowa o Niemcach, Ukraińcach, o Brunonie Schulzu.

Mirosław Żuławski• Czytelnicy „Twojego Stylu” pamiętają zapewne felietony Mirosława Żuławskiego, które ukazywały się w tym miesięczniku w latach 1990–95. Już przy pobieżnym spojrzeniu na owe teksty rzucały się w oczy nazwy: Dobromil, Turka, Lwów, Czarnohora i wiele innych równie miłych sercu, nawet jeśli tekst dotyczył innej części Polski albo na przykład Francji lub Włoch. Po czym te felietony zebrano – niestety już po śmierci autora – i wydano jako książkę pod tytułem Album domowe (Wydawnictwo Książkowe „Twój Styl”, Warszawa 1997).
Bo też każdy felieton-rozdział jest fotografią jakiegoś okresu życia autora (ale fotografią czterowymiarową), a jej tłem to ta, to inna miejscowość. Żuławski doliczył się 16 miejsc zamieszkania w ciągu swego życia, od Turki nad Sanem po Dakar, ale gdziekolwiek się znalazł – nad wszystkim unosiło się wspomnienie Dobromila lub Lwowa. Wśród 53 ciepłych, refleksyjnych, mądrych i pięknie napisanych opowiadań (można czytać każde z osobna i wracać do nich po czasie), więcej niż połowa za bezpośrednie tło ma tamte strony.

• Na koniec nie o książce, lecz nowej kasecie magnetofonowej. Tarnowski oddział Tow. Miłośników Lwowa i Kresów Płd.Wsch. wydał kasetę-cegiełkę na odbudowę Cmentarza Obrońców Lwowa, a jej tytuł brzmi: Śliczna Gwiazda Miasta Lwowa Maryja (Tarnów 1998). Taśma zawiera 24 piosenki lwowskie, ale uwaga – w większości nowe. Autorami słów i melodii są różni twórcy, także sławni: teksty m.in. Hemara, Szolgini, Masiora, a także Krystyny Angielskiej, Jana Billa i kilku innych twórców, podobnie z muzyką.
Kasetę nagrał zespół wokalno-instrumentalny „Sercanie” parafii Najśw. Serca Pana Jezusa w Tarnowie pod dyrekcją Kazimierza Wesołowskiego (nb. autora połowy melodii). Wielkie brawa!
Stefan S. Łukowski

Jest co czytać (5)
GŁOS MAŁEJ OJCZYZNY
Spośród licznych pism kresowych (na myśli mam zwłaszcza najbliższe mi południowo-kresowe) cenię sobie szczególnie te, które odnoszą się do małych ojczyzn – miejscowości, okolic czy powiatów. Wygnańcze środowiska, które je z samozaparciem wydają, są z natury najbardziej predestynowane, by zbierać materiały i spisywać historię swojej ziemi oraz swojej rozbitej wspólnoty, pielęgnować jej tradycję i ratować przed zapomnieniem, a historykom pozostawiając przyszłe syntezy. Jestem przekonany, że właśnie te małe zespoły redakcyjne (a czasem pojedynczy szaleńcy Boży) robią najlepszą robotę, bo zajmują się tym, na czym najlepiej się znają i czują. Po prostu nie tracą czasu – swojego prywatnego i tego przeszłego, który nazywamy Historią.
Jest takich pism cały bukiet. Nad swoimi małymi (i nie całkiem małymi) ojczyznami pochylają się tarnopolanie-podolanie (o ich biuletynie pisaliśmy w CL 3/97), złoczowianie (CL 4/96), stryjanie, drohobyczanie, kołomyjanie, a także wygnańcy z przemyślańskiego powiatu. Należy żałować, że nie mamy periodyku stanisławowskiego (przy takim zapleczu wrocławsko-krakowsko-warszawskim!) ani samborskiego.
Sięgnijmy więc dziś do kolejnego z tych wartościowych i sympatycznych pism, które nosi tytuł „Spotkania Świrzan”*. Miasteczko Świrz, położone w przemyślańskim powiecie, prezentowaliśmy w naszym słowniku geograficzno-historycznym (CL 2/95), ale przypomnijmy, że leży ono u podnóża Gołogór, o 35 km na płd. wsch. od Lwowa, nad rzeczką Świrz, lewym dopływem Dniestru. W latach przed potopem liczyło ok. 2600 mieszkańców, a było wśród nich sporo ciekawych postaci. Na zamku świrskim rezydował w latach międzywojennych gen. Robert Lamezan-Salins i jego zięć – hr. Tadeusz Komorowski, późniejszy generał Bór. Stąd pochodziła poetka Mieczysława Piotrowska, po wojnie osiadła i niedawno zmarła w Zaleszczykach (w CL 4/98 poświęcimy jej wspomnienie i przedstawimy wiersze). Świrzaninem z urodzenia jest prof. Andrzej Żaki, którego sylwetkę przedstawiamy w tym numerze, oraz pani Marszałek Alicja Grześkowiak (sylwetka w CL 1/98). Wreszcie świrzaninem z dziada-pradziada jest pan Józef Wyspiański, redaktor omawianego tu pisma.
Skoro pada tu nazwisko Wyspiański, to trzeba zwrócić uwagę, że figuruje ono w najstarszych świrskich księgach metrykalnych z XVII w. Klan to szeroko rozrodzony, bo do SŚ pisuje chyba kilkanaście osób o tym nazwisku, z różnych stron Polski. Nie ma wątpliwości, że do tego samego rodu należał nasz piąty wieszcz – Archanioł Pański Stanisław Wyspiański, którego ojciec urodził się w pobliskiej Bóbrce (pisaliśmy o tym w CL 3/96).
Oto tylko cząstka wkładu małego Świrza w historię Polski. Historia to bogata – wiemy to choćby ze wspomnianego słownika (i nie tylko, o czym niżej), ale Świrzanie pamiętają przede wszystkim to, co sami przeżyli, a przeżyli wiele. Mimo upływu dziesięcioleci żywo tkwią w pamięci wydarzenia II wojny: trzy okupacje, sowieckie wywózki, niemieckie prześladowania Polaków i Żydów, bestialstwo ukraińskich nacjonalistów, walka podziemna, na koniec wysiedlenie. A potem powroty – na krótko...
Jest więc o czym pisać w „Spotkaniach Świrzan”, i jest o czym czytać. Redaktorowi Wyspiańskiemu wspaniale udało się skrzyknąć rozproszonych po Polsce i świecie wygnańców z tego znakomitego polskiego miasteczka. Nie tylko świrzan zresztą – w kwartalniku pisze się także o sąsiednich miejscowościach: Bóbrce, Dunajowie, Narajowie, o powiatowych Przemyślanach i nieodległych Brzeżanach i Glinianach. Opisuje się czasy staropolskie, galicyjskie i międzywojenne, obie wojny – o tej drugiej niewspółmiernie więcej. Mnóstwo relacji uczestników wydarzeń i naocznych świadków, duża ilość życiorysów, relacji o losach wojennych i powojennych, o miejscach kaźni i grobach, o miejscach powojennego postoju. Wspomina się świrski zamek i okoliczne dwory: redaktor jest w kontakcie z przedstawicielami ziemiaństwa, pp. Adamem Komorowskim (syn Bora, w Londynie), Piotrem Pinińskim, a najbardziej z panią Nadiną Pietruską z Tyzenhauzów z pobliskiego Kimirza, dziś osiadłą w Krakowie. Wreszcie omówienia wydawnictw, wiersze – najczęściej śp. Mieczysławy Piotrowskiej oraz Michała Błaszkowa (warto pamiętać te nazwiska), bogata korespondencja. Wszystko to razem czyni lekturę SŚ interesującą i pouczającą. Pismo staje się cennym źródłem dla historyków: warto je polecić niektórym pożal-się- -Boże znawcom, którzy w odniesieniu do Ziem Wschodnich przyjęli obcą optykę i naciąganą faktografię. A materiałom ze SŚ rzetelności trudno odmówić.
Barbara Kraśnicka

* Profesor Żaki zaproponował pewną modyfikację tytułu kwartalnika: „Spotkania Świrskie”. Naszym zdaniem miał rację: byłoby to bardziej zgodne z wykraczającym poza sam Świrz polem zainteresowań pisma, i zarazem podniosłoby jego rangę, a także prestiż Świrza, który byłby odtąd odbierany jako Kraków przemyślańskiego powiatu. Panie Józefie, przepraszamy, ale zachęcamy!