Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Witold Szolginia, DZIDEK

Andzrej HiolskiCóż za nuda beznadziejna, i to przez całe trzy godziny... Za oknami maj, kasztany, bzy, katarynkowe melodie – a ty, człowieku, chcesz czy nie chcesz, musisz tu siedzieć jak na pokucie. Za jakie grzechy?
Chłopaki idą ku katedrze i wracają do ławek. „Ptakowi” taśma przesuwa się sprawnie, ale ja przecież nie zostanę przez nią przeniesiony tam, do przodu. Vrabetzowi szkoda by było tracić czas na mnie. Bo i z jakiego powodu? Ma wiele znacznie godniejszych jego uwagi. Jeżeli jednak zechce mnie nawet wywołać (choć bardzo w to wątpię), zrobi to znacznie później. Jestem na „S”, prawie na samym końcu alfabetu.
Cudownie jest tam na zewnątrz, nie sposób jednak godzinami gapić się w okno. Dobrze, że wiedziony jakimś przeczuciem, wziąłem z domu „Ulicę Sandalników”. Poczytam sobie pod ławką.
...Szperam właśnie wraz z Papirusem w jego sekretnej kartotece (nie miałem pojęcia, że w starożytnym Rzymie była tajna policja, nie uczono nas tego) – kiedy do mojej rozdwojonej pomiędzy książkę i klasę świadomości dociera wypowiedziane właśnie przez „Ptaka” nazwisko kolejnego delikwenta:
– Hiolski!
Przyskrzyniam szefa rzymskich tajnych agentów wraz z jego kartoteką w szybko zamkniętej książce. Teraz bowiem interesuje mnie bardzo, co będzie z Dzidkiem.
Ba, Dzidek...
Niby jeden z nas, w takim samym mundurku, w takiej samej czapce, teczka z książkami też prawie taka sama – a przecież jest zupełnie odmienny od każdego w klasie. Wszyscy różnimy się oczywiście jakoś między sobą – wyglądem, charakterami, usposobieniem, postępami w nauce i tak dalej – on jednak, on jedyny, ma w sobie coś jeszcze, co go wyodrębnia spośród nas wszystkich w sposób wyjątkowy.
On już na pewno wie, czego właściwie chce, ot co. Nie zauważyłem jakoś dotychczas tej cechy u żadnego innego z naszej klasy. Mnie samego nie wyłączając. Owszem, owszem, ten interesuje się tym, tamten owym, ja na przykład rysowaniem i literaturą – ale tak naprawdę, na serio, na fest, to żaden z nas nie zdecydował się jeszcze na coś konkretnego. Na coś, o czym się wie na pewno, że właśnie to, a nic innego pragnie się robić zawsze, przez całe życie.
Dzidek nie ma co do tego żadnych wątpliwości: będzie śpiewakiem, i szlus. I chyba nawet już nim jest, bo śpiewać potrafi ex-pe-di-te. Nie żadne tam głupie przeboje i piosenki z filmów, ale prawdziwe pieśni, a nawet arie operowe! Z czymś takim nie ma żartów, to trzeba poważnie studiować, ustawiać głos, ćwiczyć jego siłę i tak dalej. Bardzo to trudne i żmudne, ale Dzidek daje radę. I to jak!
Nieraz nam śpiewa, kiedy go tylko na to namówimy. Nie certuje się i nie trzeba długo go prosić. Wtedy właśnie odmienia się, robi zupełnie inny niż my wszyscy.
Jakby jeszcze urasta, choć Bozia i tak wzrostu mu wcale nie poskąpiła, poważnieje, spogląda jakimś takiego! Patrzy na nas wyraźnie podejrzliwie, potem wstaje z krzesła i zbliża się do Dzidka. Z przekrzywioną na bok głową okrąża go powoli drobnymi kroczkami, patrząc nań nieufnie przez przytknięte do zmrużonego oka szkiełko cwikieru. Raptem przystaje, prostuje się sztywno, i pyta, ni to Dzidka, ni to nas:
– A co on może, hm, zaśpiewać?
Oddychamy z ulgą i triumfem: dobra jest, udało się! Co Dzidek zaśpiewa? Cóż za pytanie! Oczywiście swój popisowy kawałek, któremu nikt, nawet Vrabetz nie jest w stanie się oprzeć. Absolutnie.
– „Starego kaprala”, panie profesorze, „Starego kaprala”!
„Ptaku” zastanawia się jeszcze, trochę jakby się waha, ale my już wiemy, że się zgodzi. I rzeczywiście. Oto zakłada kciuki obu rąk za wycięcia kamizelki i decyduje: – Chłopcy siedzą teraz cicho, chłopiec Hiolski pieje, a pan profesor słucha. No?
Przez klasę przechodzi coś, co ja bym nazwał ogólnym dreszczem. Tak, to chyba właściwe określenie tego nastroju, który nas w tym momencie ogarnia. Wiemy, co nas teraz czeka. Tu i tam skrzypi nagle ławka pod niespokojnym poruszeniem, słychać czyjeś głębokie westchnienie. Potem zapada zupełna cisza, pełna wyraźnie wyczuwanego napięcia. Ach, żeby Dzidek nie zawiódł nas i siebie, żeby mu się udało! Mamy tremę jak cholera. Za niego.
Bo on sam zupełnie nie. Odwrócony w naszą stronę stoi sobie spokojnie i przelotnym, porozumiewawczym uśmiechem uspokaja nas: wszystko w porządku, nie obawiajcie się. Dotychczas trochę, jak to on, zgarbiony – prostuje się, „wyrasta”, unosi złączone dłonie ku piersiom i kieruje wzrok gdzieś daleko przed siebie.
I oto chrząka – tak, jakby w jego gardle potrąciły nagle lekko o siebie dwie bryłki jakiegoś szlachetnego metalu. Poprawił głos, zaraz zacznie. Już...

Naprzód, naprzód marsz, rębacze!
Broń na ramię! Wszak nabita!
Dajcie fajkę! Precz te płacze!
Pożegnajcie mnie i kwita!...

Dźwięczny jak wiolonczela i jak dzwon głos Dzidka brzmi władczo i rozkazująco. I jak zawsze przy tej pieśni dokonuje w nas zadziwiającej przemiany.
Tam, pod tablicą, stoi teraz nie szczupły, wysoki chłopak, nasz szkolny kolega – ale zupełnie ktoś inny. To stary wiarus, który oto już wkrótce zginie. I to z naszych rąk, rozstrzelany przez nas – jego własnych kamratów. Prowadzimy go przecież na miejsce kaźni... A on nas jeszcze ponagla... Ech, dobrze mu rozkazywać: „precz te płacze!”, kiedy nie można, no, niepodobna powstrzymać skurczu gardła i mrugania oczami...
Jest nam strasznie ciężko i ogromnie mu współczujemy. I buntujemy się: za co właściwie mamy go rozstrzelać? Za to tylko, że zamalował w gębę młodego rotmistrza, bo ten go obraził? Daremny jednak nasz bunt – wojsko to wojsko, rozkaz jest rozkazem: „stary kapral umrzeć musi”. Dlatego, że nie mógł znieść obelgi – on, który „bohaterowi służył”. Świetnie go rozumiemy; w podobnej sytuacji postąpilibyśmy tak samo.
Służył bohaterowi, czyli Napoleonowi. Mówi przecież, że szedł „z Moskwy w przedniej straży”. Nie wiem, dlaczego wyobrażam sobie, że stary kapral był w gwardii cesarskiej, tej w bermycach. A zresztą, gwardia nie gwardia, bermyce nie bermyce – w końcu wszystko jedno. Dziwniejsze jest to, że ten stary kapral jest dla mnie Polakiem – jakby na pół Soroką z „Potopu”, na pół Żubrem z książek Gąsiorowskiego. Mimo, iż wiem od Dzidka, że to Francuz. Bo przecież słowa tej pieśni napisał ten jakiś Beranger, a nasz Syrokomla tylko je przełożył. Melodia zaś jest Moniuszki. Może to właśnie przez niego Francuz zmienił mi się w Polaka?
Kiedy rozbrzmiewają słowa: „Tam do licha! Fajka zgasła...” – każdy z nas chciałby natychmiast podskoczyć ku niemu – jak to pewno zrobili jego właśni żołnierze – z zapałkami... No nie, skąd z zapałkami, wtedy chyba nie było ich jeszcze, raczej z krzesiwem i hubką. Niech sobie biedak jeszcze popyka tę swoją fajkę, zanim...
O właśnie, już... Oto ten straszny, wspaniały moment:

Do szeregu! Czekać hasła!
Oczu wiązać nie pozwolę!
Ej, kamraci, ej, najszczersi!
Wara płakać! Broń gotowa!
Strzelać celnie – w same piersi...

Potworne – w takiej okropnej chwili jeszcze samemu dawać komendę... Serce wali, w gardle ściska, ale nie – nie roztkliwiajmy się, nie wolno. Przecież nieszczęsny wiarus w tej oto chwili potężnie komenderuje:
Naprzód wiara! Iść przytomnie!
Tylko wara płakać po mnie!

Powtarza to raz jeszcze – i milknie. Koniec. Przed nami stoi teraz już nie stary kapral, tylko znowu nasz kolega, Dzidek Hiolski. Rozplata ręce, opuszcza je powoli, zakłada do tyłu. Na twarzy ma lekkie rumieńce, wygląda na zmęczonego. Ale uśmiecha się lekko.
Po zamilknięciu Dzidka przez długą chwilę jest w klasie cicho jak makiem zasiał. Potem cisza ta nasiąka zwolna lekkim szmerem i różnymi nieśmiałymi odgłosami. Tu ktoś się poruszył, tam ktoś chrząknął, ktoś inny przełożył z szelestem zeszyt. Wszystko to jest jakieś ostrożne, wahające, niezdecydowane.
I ten wyraz wszystkich twarzy, mojej chyba też: niepewny i jakby zawstydzony. Podobny mają czasem na swych twarzach ludzie w kinie, kiedy po jakimś wzruszającym filmie nagle zapali się światło na widowni. Wyglądają wtedy tak właśnie, jak my teraz: trochę spłoszeni, trochę zażenowani. I co szybciej nadrabiają miną, w pośpiechu naciągają maski na swe oblicza, aby przypadkiem nikt nie spostrzegł, że się wzruszyli.
A jak tam nasz „Ptaku”?
Zerknąłem na niego podczas śpiewu Dzidka. Profesor stanął sobie w przejściu między rzędami ławek, pilnie słuchając. Jeżeli można tak powiedzieć, słuchał całym sobą – całą pochyloną nieco ku przodowi postacią. Stuloną jak muszla dłonią osłaniał sobie ucho, jakby nie chciał uronić ani jednego tonu.
Czy pan, panie profesorze, naprawdę dobrze słyszał? Przekonał się pan, że uczeń Hiolski rzeczywiście umie śpiewać?
Vrabetz jest już znowu przy katedrze. Patrzy i patrzy na Dzidka jak sroka w kość. Potem nagle wsadza nos w swój notes i mruczy półgłosem, który jest świetnie słyszany nawet w ostatnich ławkach:
– Algebra – bez pojęcia, źle, czyli pięć... Śpiew – celująco, czyli jeden... Razem sześć... Z tego średnia – trzy, czyli dossstatecznie...
I, nieco podnosząc głos, wydaje z namaszczeniem polecenie:
– Chłopiec Hiolski siada!

Fragment wyjęty z książki Witolda Szolgini: „Dom pod żelaznym lwem” wyd. PAX 1971, str.176–181). Tytuł pochodzi od redakcji.