Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

NOWE KSIĄŻKI

Tych, którzy nie umieją się oprzeć zakupom nowo wydanych książek, poświęconych Lwowowi i Małopolsce Wschodniej, ubiegły rok 1996 naraził na poważne wydatki. Z trzech powodów: 1o ukazało się sporo nowych wydawnictw, 2o są szalenie ciekawe i ważne, 3o horrendalnie drogie. Warto zauważyć, że większość tych pozycji wychodzi w Krakowie i Wrocławiu.

• Zacznijmy od grubego tomu, zatytułowanego „Kronikarskie zapisy z lat cierpień i grozy w Małopolsce Wschodniej” (Kraków 1996). Autor, ks. Józef Anczarski (ur. 1912 w Złoczowie) spisywał od 4 sierpnia 1939 do dnia wygnania z Tarnopola 23 maja 1946 wydarzenia, przeżycia i osobiste refleksje. Powstała w ten sposób niezwykle wiarygodna i sugestywna, „od dołu” widziana lokalna historia II wojny i trzech okupacji. Na kartach książki przewijają się głównie miejscowości Tarnopolszczyzny: Tarnopol i Trembowla, Złoczów i Buczacz, Podhajce i Skałat, niezliczone wioski i oczywiście Lwów. Lekka narracja sprawia, że czytelnik staje się niemal uczestnikiem wydarzeń, zdobywa szeroką wiedzę o dniu powszednim czasu wojny, przeżywa dzień po dniu grozę bolszewickich, hitlerowskich, i przede wszystkim ukraińsko-nacjonalistycznych zbrodni.
Książka-dokument, którą warto polecić przemądrzałym znawcom z Polski centralnej.

• Ludzie, którzy przeżyli czasy II wojny i okupacji (wszystkich), pamiętają „gadzinówki”. W Krakowie był „Goniec Krakowski”, we Lwowie najpierw „Czerwony Sztandar”, potem „Gazeta Lwowska”, potem znowu „Czerwony Sztandar”. Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego dało nam już 2. wydanie monograficznej pracy Grzegorza Hryciuka pt. „Gazeta Lwowska. 1941–1944” (Wrocław 1996). Tytuł to bardzo ze Lwowem zżyty, bo dziennik o tym tytule ukazywał się tam od 1811 r. do II wojny światowej. Zauważmy, że w owym, 128-letnim okresie ukazywania się Gazety Lwowskiej, mieściły się aż trzy epoki polityczne. Pierwsza i druga to niewola austriacka, ale jak różniące się między sobą! Do lat 1860-tych jest to twardy reżim zaborczy, nieprzyjazny Polakom. Potem następuje epoka autonomii galicyjskiej, z polską w pełni administracją. Staje się ta era pomostem, przygotowaniem do epoki trzeciej: niepodległości 1918–1939. Przez te 128 lat była „Gazeta Lwowska” dziennikiem na pół urzędowym, na pół popularną gazetą z całym wachlarzem tematyki politycznej, lokalnej i kulturalnej.
Po dwuletniej przerwie (na okupację sowiecką) tytuł pojawił się znowu – tym razem jako organ niemieckich władz okupacyjnych dla Distrikt Galizien. Ukazywał się przez trzy lata. To już czwarta epoka polityczna.
Dziennik ten określa autor jako „gadzinówkę”, bo tak wtedy w GG nazywano gazety okupantów, choć zdaje mi się, że słowo to we Lwowie nie było w takim znaczeniu znane i używane, poznaliśmy je dopiero później (nb. autor zbyt często używa tego wyrazu – mój zarzut dotyczy stylistyki, a nie meritum).
Czy jednak „Gazeta Lwowska” z lat 1941–1944 była gadzinówką w pełnym tego słowa znaczeniu? Jej warstwa polityczno-propagandowa na pewno zasługuje na taki epitet, ale czy całkiem podobnej, dla Polaków obrzydliwej propagandy nie serwowały nam po wojnie niektóre gazety PRL, zwłaszcza w latach pięćdziesiątych (a może i wiele lat później)? Nikogo nie może dziwić, że obca władza uprawia swoją propagandę, a wydaje się, że większą niż niemiecka – per saldo – szkodę wyrządziły Polakom gazety i propaganda komunistyczna, bo na tę pierwszą byliśmy dostatecznie uodpornieni (i trwała względnie krótko). Propaganda niemiecka była niemal całkowicie nieskuteczna, a niektóre wiadomości wzbudzały śmiech, prowokowały powstawanie niezliczonych dowcipów politycznych. Niestety nie tak odbierano propagandę komunistów, bo na tę tylko wygnańcy z Ziem Wschodnich byli wystarczająco uodpornieni. Nawet i dziś, kiedy o czasach „realnego socjalizmu” staramy się zapomnieć, podawane są gdzieniegdzie treści, które świadczą o utracie godności i poczucia interesu narodowego w środowiskach niekoniecznie postkomunistycznych.
„Gazetę Lwowską” z lat 1941–1944 rehabilitują natomiast materiały, które tam były publikowane niejako na marginesie. Autor książki poświęcił jeden z obszernych rozdziałów problematyce kulturalnej, w tym dzienniku zamieszczanej. Stwierdza, że głównym czynnikiem, który kształtował specyfikę tej gazety (w odróżnieniu od innych gazet polskich w GG), był właśnie rozbudowany dział kulturalny. Obsadzony był przez redaktorów polskich, których celem było – w miarę możliwości – prezentowanie niektórych bodaj zagadnień z polskiej historii, literatury i sztuki, szczególnie w odniesieniu do Lwowa oraz innych miast, miasteczek i zabytków Małopolski Wschodniej. Nie trzeba uzasadniać jak ważne to było dla polskiego społeczeństwa, szczególnie młodzieży, w istniejących warunkach. Pozwolę sobie na osobistą dygresję: jako 11–12-letni chłopak z uwagą czytałem właśnie te artykuły i wiele mi z nich zostało, jeśli nie szczegóły, to na pewno umiłowanie mojej „małej ojczyzny”. Nie była więc Gazeta Lwowska typową „gadzinówką”.
We wstępie do książki poznajemy m.in. strukturę administracyjną dystryktu Galicji i jego demografię. O prasie w całym GG i we Lwowie mówią rozdziały „Polskojęzyczna prasa jawna w GG w latach 1939–1945” oraz „Jedyny dziennik polski dystryktu Galicji”. Bardzo ciekawy jest rozdział najdłuższy: „Dzień powszedni Lwowa pod okupacją niemiecką”. Jeszcze inne rozdziały omawiają sprawę polską w l. 1941–1944 oraz propagandę antysowiecką i antysemicką.
Książka jest pięknie wydana. Ale czy nie lepiej i dla wydawcy i dla autora – nie mówiąc o szerszym kręgu nabywców – gdyby miała skromniejszą szatę, a za to była tańsza?
Na koniec trzeba zwrócić uwagę, że tytuł „Gazety Lwowskiej” ukazał się na nowo w 1991 r. Ale o tej piątej epoce innym razem.

• Działający w Krakowie Klub Złoczowski (wspominaliśmy o nim w poprzednim numerze, omawiając jego Biuletyn) zainaugurował w 1996 r. serię wydawniczą pn. „Biblioteka Złoczowska” dwoma starannie opracowanymi tomikami.
Pierwszy, to „Szkice historyczne” (tom I). Składają się nań materiały z sesji organizowanych przez Klub, a poświęconych dziejom Ziemi Złoczowskiej. Przypomnijmy, że powiat złoczowski leży w północno-zachodniej stronie województwa tarnopolskiego, a geograficznie składa się z dwóch części, rozdzielonych pasmem Gołogór i Woroniaków. Wzgórza nie imponują wysokością (kilkadziesiąt do stukilkudziesięciu metrów wysokości względnej, ale – wyznaczają główny europejski dział wód. To też północna część Ziemi Złoczowskiej należy za pośrednictwem Bugu do zlewiska bałtyckiego, zaś południowa poprzez Złotą Lipę, Strypę i Seret – dopływy Dniestru – do Morza Czarnego.
Tomik zawiera 9 artykułów o charakterze popularno-informacyjnym, w części dotyczących nie tylko Ziemi Złoczowskiej i jej stolicy. To też czytelnikowi zainteresowanemu tym właśnie obszarem należy polecić przede wszystkim prof. Danuty Quirini-Popławskiej „Początki Złoczowa (XV–XVI w.)” oraz dwa artykuły o zbrodniach czasu II wojny: K. Kotarby o zbrodniach sowieckich i W. Konarskiego o zagładzie Huty Pieniackiej.
Pozycją niezwykle udaną jest drugi tomik: wspomnienia Zbigniewa Kratochwila, zatytułowane: „Złoczów, ulica Gliniańska”. Autor jest bratem świetnego malarza Mariana (zamieszkałego w Anglii; o jego niedawnej wystawie w Krakowie pisaliśmy w CL 3/96). Ojciec był sędzią, a w Złoczowie mieszkał z rodziną w latach 1905–1928. Autor urodził się w roku 1913.
Złoczów to jedno z ważniejszych miast Małopolski Wschodniej, choć pod względem wielkości nie należał do czołówki. Po Lwowie i dwóch innych miastach wojewódzkich, Stanisławowie i Tarnopolu, plasuje się grupa miast, których bogata historia szła w parze ze znaczeniem we współczesności, przerwanej w sposób nienaturalny II wojną światową. Takie miasta, jak Drohobycz i Borysław, Kołomyja, Sambor, Stryj, Brody i Złoczów, a zaraz potem Czortków, Gródek Jagielloński, Sokal, Rawa Ruska, Żółkiew, Brzeżany, Buczacz i całe mnóstwo mniejszych i najmniejszych, były pepinierą polskiej inteligencji, wcale nie tylko w skali regionalnej. Czy nie czujemy tego do dziś, jeśli nie w wymiarze ilościowym, to na pewno jakościowym, mimo upływu półwiecza?
Kratochwil maluje sceny z życia takiego właśnie miasteczka, zapamiętane przed siedmioma-ośmioma dziesiątkami lat, lub później zasłyszane. Opowiada o rodzinie i domu, o kolegach, znajomych i sąsiadach, o zabawach i wycieczkach, o najeździe bolszewickim 1920 roku i o mniejszościach narodowych, a wreszcie o losach złoczowian, wygnanych ze swojej „małej ojczyzny”.
W sumie dostaliśmy wartościowy dokument, spisany bez pretensji do wielkiej literatury. Bierzmy przykład i utrwalmy na papierze własne wspomnienia. Nie trzeba być do tego historykiem ani pisarzem. Podobnych dokumentów powinno powstać wiele.
Stefan S. Łukowski

• Z dużym zainteresowaniem sięgnąłem po książkę „Gdzie jesteś Ojczyzno. Antologia wierszy współczesnych poetów polskich zamieszkałych na Ukrainie” pod redakcją Teresy Dutkiewicz. Wydawcy „Stowarzyszeniu Wspólnota Polska” udało się zgromadzić wiersze (nie wiem – „tylko” czy „aż”) 15 autorów: Mieczysławy Piotrowskiej, Walentyny Czeńcowej, Ireny Sandeckiej, Witolda Wróblewskiego, Longiny Skirnickiej, Ludwika Markulaka, Jarosława Pawluka, Krystyny Angielskiej, Zbigniewa Zwarycza, Jerzego Wasidłowa, Łucji Uszakowej, Jana Billa, Beaty Fedorcio, Ireny Nuckowskiej, Ilony Kuryluk. Poetów o różnej rozpiętości wiekowej, a tym samym różnym doświadczeniem życiowym. Czy są to wszyscy Polacy żyjący w Państwie Ukraińskim parający się piórem? Nie wiem, ale takie wrażenie można odnieść po lekturze tej książki. Dobrze, że atologia ta wyszła drukiem, choć stało się to o wiele lat za późno. Wcześniej nie było warunków – to prawda. Pocieszający jest fakt, iż pośród tych piętnastu poetów jest kilku młodych twórców urodzonych po wojnie, a wiersze niektórych są literacko obiecujące. Faktem jest też, że ci młodzi ludzie studiują w Polsce. Czy wrócą w rodzinne strony? Jeśli tak, na nich spadnie obowiązek stworzenia środowiska literackiego we Lwowie. Ferment literacki zawsze pobudza życie intelektualne. Ale na ten moment trzeba chyba jeszcze poczekać. Póki co, chylmy czoła przed poezją polską powstałą w warunkach szczególnych.

• Wśród natłoku (tak, tak, natłoku) kresowych wydawnictw, należy odnotować książki – niewiele mające wspólnego z Kresami – pióra Adama Zielińskiego rodem z Lwowskiej Ziemi, a konkretnie ze Stryja. Autor od 40 lat mieszka w Austrii. Po wojnie związał się z Krakowem, w którym do dzisiaj ma wielu znajomych i przyjaciół, i do którego chętnie wraca z Wiednia. Właśnie krakowskie oficyny wydawncze edytowały dwie jego powieści o wątkach autobiograficznych: „Garbaty świat” (1993, Oficyna Cracovia), „Powrót” (1996, Oficyna Wydawnicza „Argus”). W swych książkach sięga autor do korzeni, do ziemi swych ojców, przywołuje z pamięci znane sobie postacie, przypomina wydarzenia znane z historii, stosuje finezyjny kamuflaż. Lektura interesująca, jeśli czytelnika nie brzydzi świat polityki, a może politykierstwa.

• „Nasłonecznienie” (Wrocław 1996, Oficyna Wydawnicza Oddziału Wrocławskiego PTTK) to kolejny tomik wierszy autora, którego znamy, którego polecać nie trzeba. Jerzy Masior tę książkę zawierającą – o czym mówi podtytuł – „Wiersze kresowe i lwowskie”, poświęcił „Witoldowi Szolgini, Poecie Lwowa, Najwierniejszemu Dziecku Łyczakowa”. W tym Mieście łatwo było być poetą – pisze w jednym z utworów poeta. Jego wioersze to owoc tęsknoty do rodzinnych stron, miejsc zajmujących w pamięci autora szczególne miejsce. Masior nie tylko wspomina. Wenę twórczą czerpie z częstych wyjazdów na Kresy. W książce czytelnik napotka ilustracje wykonane przez Masiora, które stanowią doskonałe uzupełnienie aury stworzonej przez wiersze pisane uczuciami. Warto po tę książkę sięgnąć, by wraz z Jerzym Masiorem powędrować Gródecką „utartych fioletów” przez Kleparów bardziej muzyczny / Janowskie biednych zaduszek...

• Częstym gościem Zakopanego jest Adam Hollanek. Tej postaci czytelnikom „Cracovii – Leopolis” przybliżać też nie trzeba. Jego wędrówki po Tatrach i ulicach Zakopanego zaowocowały wydaniem przez Spółkę Wydawniczo–Księgarską książkę „Pacałycha. Zakopiańskie wspomnienia” (Warszawa 1996). Doskonała gawęda, pełna anegdot i cennych informacji, która – jak pisze Jan Pieszczachowicz – stanowi istotny przyczynek do wiedzy o szeroko rozumianym środowisku kulturalnym Lwowa, Zakopanego i w ogóle Polski.
Janusz M. Paluch