Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021 | 2022

Dragomira Drozdowska, INŻYNIER TRZECH EPOK

Inżynierowie starszego i średniego pokolenia, którzy pracowali w krakowskich biurach projektowych w ciągu pierwszego powojennego ćwierćwiecza, pamiętają zapewne inżyniera Józefa Stiksę, świetnego fachowca starej daty w branży instalacji sanitarnych, a przy tym eleganckiego pana, w którym – dzięki charakterystycznej wymowie – z łatwością rozpoznawano czeskie pochodzenie.
Jego córka opisuje niezwykle barwne losy tego czesko-lwowsko-krakowskiego inżyniera. Tytuły pochodzą od Redakcji.

Z MORAW W ŚWIAT
Urodził się na Morawach w 1884 roku. Pochodził z 18-dzietnej rodziny nauczycielskiej. Szkołę skończył z odznaczeniem, a chcąc się dalej kształcić, musiał sam lekcjami zarabiać na własne utrzymanie, stancję w Brnie i naukę w tamtejszej „przemysłówce”. Tę szkołę również ukończył z odznaczeniem.
Miał niewiele ponad 20 lat, gdy rozpoczął pierwszą pracę zawodową w biurze technicznym firmy „Zakład Budowy Wodociągów i Pomp – Antoni Kunz” w Hranicach w Czechach (z firmą tą zwiąże się niemal na całe życie). Projektował wodociągi, z płacą 50 koron miesięcznie, ale niebawem firma wysłała go do ówczesnej Galicji, i tam szybko opanował język polski.
Kolejnym miejscem za granicą, do którego został wydelegowany, była Kolonia. Wiele tam skorzystał: wydoskonalił swoją niemczyznę, a to z kolei pozwoliło mu na korzystanie z niemieckiej literatury fachowej. Tam rozpoczął kolekcjonowanie swojego pierwszego księgozbioru, którego pozbawiła go pierwsza wojna. Drugą wspaniałą bibliotekę, zebraną w czasie międzywojennego XX-lecia, stracił w drugiej wojnie.
W Kolonii podjął 3-letnie eksternistyczne studia w Szkole Inżynierii Sanitarnej, a że niebawem firma skierowała go do swego oddziału we Lwowie, gdzie miał nadzorować kilka realizacji wodociągów, rozsianych po całej Galicji – ze Lwowa dojeżdżał na zaoczne studia do Kolonii! W r. 1911 zdał ostatnie egzaminy i zdobył stopień inżyniera.
Inż. Józef Stiksa z żoną (lata 1950.)
WE LWOWIE
osiadł na stałe jako pracownik firmy Kunz. Ale właściciel konkurencyjnej firmy we Lwowie, inż. Rodakowski, zaproponował mu pracę u siebie na znacznie lepszych warunkach. Stiksa zgodził się, wtedy jednak zareagowała firma Kunz: dała jeszcze lepsze warunki i stanowisko kierownika oddziału lwowskiego. Oczywiście na to przystał, a jego uposażenie zwiększyło się do 1000 koron miesięcznie (w stosunku do pierwszej pracy wzrost co najmniej 20-krotny!), lecz wzrosły także obowiązki: do 15 godzin pracy dziennie.
Nieco wcześniej w roku 1909 firma wydelegowała młodego pracownika na budowę wodociągu do guberni berdyczowskiej w carskiej Rosji. Trafił przy okazji do majątku osiadłej w tamtych stronach czeskiej rodziny. Efektem wizyty był ślub z ich piękną córką w 1912 roku. W małżeństwie tym urodziło się we Lwowie przed, w trakcie i po I wojnie troje dzieci: Jarmila, Milosz i Dragomira. Gdy wybuchła I wojna, a do Lwowa zbliżali się Rosjanie, Stiksowie opuścili swoje nowe, 5-pokojowe mieszkanie i zbiegli na Morawy. Niebawem wrócili, ale mieszkania i dobytku (z biblioteką!) już nie odzyskali.
Rezultatem wojny było powstanie Czechosłowacji, i tam pozostała firma A. Kunz, jej oddział zaś w polskim Lwowie. Ze względów formalno-prawnych dokonano podziału firmy: we Lwowie powstała osobna firma, pod dotychczasową zresztą nazwą, a jej wspólnikami stali się: Towarzystwo Akcyjne A. Kunz w Hranicach z 75%, oraz inż. Stiksa z 25% udziałów.

NA SWOIM
Firma miała warsztaty przy ul. Na Bajkach, biura mieściły się nie opodal przy ul. Leona Sapiehy. Jednak dla rozwijającego się zakładu nie było to wystarczające, więc w roku 1922 wynajęto realność przy ul. Króla Leszczyńskiego, mieszcząc tam warsztaty, składy i biura. Firma liczyła wtedy 40 pracowników. Tymczasem w r. 1925, gdy na stanowisku prezesa rady nadzorczej centrali w Czechosłowacji nastąpił wakat, kierownictwo tej firmy postanowiło powołać na to stanowisko inż. Stiksę, a lwowską firmę sprzedać. Stało się jednak inaczej: Stiksa propozycji nie przyjął, do Czechosłowacji nie wrócił, a lwowską firmę w całości wykupił.
Od tego czasu następuje szybki rozwój firmy. W r.1928 jest już 200 pracowników, warunki pracy musiały się więc pogorszyć. Stiksa podejmuje przeto decyzję zakupienia nieczynnych obiektów dawnej fabryki maszyn i odlewni na Zniesieniu. Tam przeniosła się cała firma i tam zamieszkał właściciel z rodziną.
W tym czasie wykonywał zamówienia z całej Polski. Projektował i realizował m.in. instalacje dla różnych zamków, np. w Dzikowie (hr. Tarnowskich) k. Tarnobrzega. W zamku łańcuckim do dziś można podziwiać piękne łazienki z herbami, a także łaźnię z urządzeniami gimnastycznymi, zamówioną przez hr. Alfreda Potockiego. W r.1937 jeździł inż. Stiksa w tej sprawie do Anglii. Jeszcze do dziś w wielu miastach Polski, szczególnie na Wschodzie, także we Lwowie, zauważa się na ulicach przykrywy studzienek kanalizacyjnych z napisem „A. Kunz” – to właśnie były roboty inżyniera Stiksy.
Nadszedł jednak światowy kryzys. Liczba pracowników firmy musiała zmniejszyć się do 50, a ich jedynym zajęciem był remont i konserwacja stojących maszyn. Niebawem jednak przyszła pomoc ze strony rządu polskiego: oto dla złagodzenia bezrobocia wśród niekwalifikowanych rząd uruchomił rezerwy, które przeznaczył m.in. na budowę sieci wodociągowo-kanalizacyjnych (infrastruktura miejska nie była w tamtych czasach w polskich miastach rozwinięta). Stiksa zdobył wtedy zlecenie na dostarczenie części mechanicznych do urządzeń, a to zapewniało mu powrót do prosperity. Do 1939 r. firma stanęła mocno na nogach.
Ale zbliżał się czas wojny. Pierwsze sygnały nadciągającej burzy sprowokowały Stiksę do poczynienia zapasów materiałowych – na rok. Niestety, już wkrótce, w ciągu 5 minut utracił owoce kilkudziesięcioletniej, nieustającej i uczciwej pracy. A było to tak:
Wojska sowieckie wkroczyły do Lwowa w piątek po południu (22 września 1939). W niedzielę rano ujrzano z okien mieszkania wchodzącą na podwórze fabryczne grupę ok. 10 osób, a na jej czele majora Czerwonej Armii. Stiksa wyszedł naprzeciw i wtedy rozwinęła się następująca rozmowa:
Major: Wy gospodarz (wy chaziaj)?
Stiksa: Tak.
Major: No to już nie jesteście gospodarzem. Wy teraz dyrektorem fabryki. Jutro puścicie fabrykę w ruch, jak zwykle. Tylko już nie jako gospodarz, lecz jako dyrektor.
Stiksa: Niczym innym nie byłem, a fakt, że w urzędzie figuruję jako właściciel udziałów, nie ma znaczenia.
Major: Proszę oddać klucze od kasy i fabryki.
Stiksa: Klucze są na portierni, pod opieką portiera.
Mimo iż „nacjonalizacja” zakładu poszła tak gładko, major zostawił dwóch milicjantów z bagnetami do pilnowania.
Inż. Stiksa pracował w charakterze dyrektora prawie przez cały październik. Zaraz na początku stworzono „radę robotniczą”, która po całodziennej naradzie przyniosła protokół, który zobowiązywał dyrektora do wprowadzenia go w czyn, bez prawa krytyki. Postanowiono tam m.in., że kto nie miał urlopu w tym roku, idzie na urlop od jutra. Dyrektor Stiksa na to odrzekł: – Ja w tym roku nie miałem urlopu, i w ogóle nigdy w swoim życiu, więc jutro udaję się na miesięczny urlop. Tak się też stało, i zaraz odwołano pilnujących go milicjantów. W ciągu kilku dni opuścił Lwów (pod pretekstem wyjazdu na Wołyń po żywność), dotarł do Przemyśla i przez San przeszedł do strefy niemieckiej. 1-go listopada znalazł się

W KRAKOWIE
Przyjechał tu w jednym ubraniu, w jednej parze butów, z potrójną zmianą bielizny. Wynajął sobie pokój i pierwsze kroki skierował do Zakopanego. Przed samą wojną budował tam oczyszczalnię ścieków, jeszcze nie ukończoną, a z tytułu tej pracy należało mu się jeszcze 40 000 złotych. Niemcy oczywiście odmówili honorowania długu przedwojennego zarządu miejskiego, ale skorzystali z sytuacji i zaangażowali go do ukończenia budowy oczyszczalni, a nawet wypłacili z góry 15 tysięcy. Obiekt został ukończony z początkiem stycznia 1940, a zarobiona gotówka umożliwiła start na nowo w Krakowie. Założył więc własne biuro techniczne. W tym czasie dobrnęła do Krakowa żona z najmłodszą córką. We Lwowie wyrzucono je z mieszkania, ale szczęśliwie dostały się do transportu, którym wracali do okupowanej przez Niemców zachodniej Polski „bieżeńcy”.
W 1941 r., zaraz po zajęciu Lwowa przez Niemców, inż. Stiksa pojechał tam na rozeznanie sytuacji w swojej przedwojennej firmie. Zastał tam Ukraińców, swoich dawnych pracowników, ale ci pozbawili go złudzeń: „Nie ma tu niczego dla pana, firma Kunz jest nasza, ukraińska”. Mimo to wystarał się, że Niemcy oddali mu zarząd firmy, prowadził więc równolegle swoją lwowską i biuro w Krakowie. W 1944 r. przewidując powrót Sowietów, wyjechał ze Lwowa do Krakowa.
Zaraz po wojnie – był już po sześćdziesiątce – podjął pracę w krakowskich biurach projektowych, a potem w Kierownictwie Odnowienia Zamku Królewskiego na Wawelu. Pod jego nadzorem projektowano instalacje w wielu zamkach: w Pieskowej Skale, Suchej, Baranowie, Krasiczynie, Wiśniczu. Był zawodowo czynny jeszcze w wieku osiemdziesięciu lat. Zmarł w Krakowie, w wieku 93 lat.


DRAGOMIRA DROZDOWSKA, z domu Stiksówna, ur. we Lwowie, tamże ukończyła szkoły. Studia farmaceutyczne rozpoczęła w czasie II wojny na tajnych kompletach UJK, ukończyła na UJ w Krakowie. Pracowała w aptekach krakowskich, obecnie na emeryturze. Jej mąż, inż. Jerzy Drozdowski, pochodził z Doliny w Stanisławowskiem.