Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Władysław Krygowski, W BURKUCIE

Gorgany. Fot. Z. Hankiiewicz, wg pocztówki wyd. Książnica-Atlas, LwówW czerwcu 1934 roku znalazłem się wraz z Witoldem Mileskim w Żabiem. Autobus wysadził nas na rozwidleniu dróg i z naładowanymi plecakami ruszyliśmy w drogę do Burkutu. Nie przypuszczałem wówczas, że wycieczka ta zostawi mi tyle wspomnień i że stanie się podnietą do dalszych poszukiwań przeszłości Burkutu. Już sama nazwa bulgocąca onomatopeicznie, a w naszym języku wspominana w źródłach historycznych z 1247 roku przy wzmiance o źródle koło Bardiowa, przyciągała i wabiła. Powtarzała się i powtarza w różnych miejscach Karpat i zawsze łączyła się z miejscami, gdzie wypływały silne źródła mineralne, przede wszystkim szczawy alkaliczno-żelaziste. Pierwsi w ogóle pili wodę burkucką pasterze, ale pierwszymi pijącymi ją świadomie w celach leczniczych byli mieszczanie z Kut, głównie kupcy ormiańscy. Przybywali oni do Burkutu już z początkiem siedemnastego wieku i budowali sobie na lato szałasy, zwożąc na huculskich konikach najbardziej potrzebne sprzęty i zapasy. Droga była długa i uciążliwa i wcale nie wiodła cały czas – jak by można przypuszczać – wzdłuż doliny Czarnego Czeremosza. Doliną tą jechano do Uścieryk, a stąd nad Białym Czeremoszem do Hryniawy i dalej poprzez przełęcz Watonarkę w dolinę Czarnego Czeremosza. Szlak ten wiódł starym, wydeptanym od wieków płajem pasterskich chodów połoninnych z północy na południe Karpat.
Śladem pasterzy i ormiańskich kupców jechały w osiemnastym i dziewiętnastym wieku ludne karawany szlacheckich rodzin z Podola, Pokucia i Bukowiny, by leczyć się żętycą i pić wodę burkucką. Jak niebezpieczna musiała być ta podróż, skoro panie jechały z zawiązanymi oczyma, by nie widzieć przepaści! Szlak ten, użytkowany pierwotnie dla przegonu bydła i handlu z Węgrami, miał się stać później także ważną drogą strategiczną. Tędy w 1916 roku pędził Brusiłow carskie dywizje na Węgry, lecz bez sukcesu. Tędy niemiecki feldmarszałek Mackensen poprowadził nawet palami drewnianymi wysadzaną drogę, co umożliwiało przerzuty ciężkiej artylerii. Ślady tej drogi, wcale dobrze zachowane, spotykaliśmy nieraz i korzystaliśmy z niej w tej części Karpat i w innych. Droga pięła się na główny grzbiet karpacki i schodziła na Węgry.
Burkut przyciągał więc z dawien dawna co roku spore rzesze ludzi. Tak właśnie w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku zjechał tu Józef Korzeniowski, autor Karpackich górali, a później Wincenty Pol, w czasie jednej ze swych licznych wycieczek w te strony.
Zazwyczaj – pisze on – umawia się kilka rodzin z Pokucia, Podola lub Bukowiny [...], a wówczas biorą ze sobą lekarza, zakładają wspólną kuchnię i urządzają sobie letnie szałasze, w sposobie salonów, do zabawy wspólnej. O muzykę zawsze nietrudno, a nawet o najwyborniejszą, bo Cyganie wietrzą takich gości i przysyłają do Burkutu swoje wyborne kapele.
Czego tam wtedy nie było przed stu pięćdziesięciu laty. Nie mogę się powstrzymać, by nie mówić słowami Pola, o stylu burkuckich wakacji.
Na pięknej małej łączce postawiono ozdobny szałasz, z kory starannie zbudowany, i był to wielki salon z ościennymi gabinetami – podłoga była wyłożona huculskimi dywanami [...]. Przed samym szałaszem było kilka klombów, pełnych kwitnących wonnych kwiatów [...] były głównie lewkonie, gwoździki i miesięczne róże w obrzeżeniu kwitnącej rezedy. Były także drzewka mirtu i bukszpanu, tu i ówdzie po klombach (wkopane widocznie z wazonami) [...]. Przed szałaszem siedział, o kilkadziesiąt kroków na łączce, na berle orzeł, na długim łańcuszku upięty za nogę i podrywał się za zbliżeniem ludzi.
Były cztery oswojone sarenki, a w salonie zwierciadła, ozdobny kominek, stoły i kanapki, małe pianino i „fisharmonika”, na pianinie nuty, a na stołach cacka, przyrządy do gry i zabaw, lampy, które wisiały u stropu.
Klomby, dywany, sarenki, cygańska kapela i ów orzeł spętany – cóż za obraz gustów i smaku ówczesnych letników, spędzających burkuckie wakacje przed półtora wiekiem! Czym by jednakowoż nie mogła być ta pustynia, gdyby tu cywilizacja przyłożyła rządną swoją rękę?! – wykrzykiwał pan Wincenty Pol. Jakże śmieszny jest nam dzisiaj ów wykrzyknik, choć każda epoka ma swoje śmieszności i nasza również nie jest od nich wolna.
W 1848 roku sześć szlacheckich rodzin wydzierżawiło od skarbu państwa, za rocznym czynszem 6 guldenów austriackich, otoczenie źródła i wybudowało sześć domków. Wkrótce jednak zniszczono pięć z nich z obawy, że staną się schronieniem dla powstańców węgierskich. Ślady po domkach istniały jeszcze w 1880 roku, gdyż wspomina o nich Leopold Wajgiel zwiedzający te strony. Przez pewien czas stał tu domek myśliwski, być może był to rozbudowany szósty domek – a w 1889 roku wzniesiono pawilon zdrojowy o ośmiu pokojach i jadalnię. Austriacki skarb przejął źródło burkuckie i prowadził na własny rachunek zakład kąpielowy. Kolejno ujęto źródło, wzniesiono nad nim altanę, sprowadzono kotły do ogrzewania wody, zbudowano stajnię, lodownię i kręgielnię, rozpoczęto wywóz flaszek z wodą burkucką. Pomyśleć – co za rozmach! Parę tysięcy butelek rocznie, trzydzieści osób w ciągu wakacji, a więc musi być kręgielnia! Przed pierwszą wojną światową podejmowano różne próby rozbudowy uzdrowiska, lecz brak dobrej komunikacji z Warszawą przekreślił wszystkie plany. Z pierwszej wojny wyszedł cało tylko ów pawilon zdrojowy z 1889 roku, przeżerany starością i grzybem i niszczony przez ówczesną straż graniczną. Budynkiem zajął się około trzydziestych lat Oddział Stanisławowski PTT.
Po raz pierwszy zobaczyłem ten dość dziwny budynek w 1931 roku. Ziała z niego wilgoć i pustka. Gospodarzył w nim kto chciał – żona leśniczego, przygodni turyści, pająki pod sufitem, drwale i pastuchy. Brakowało tylko gacków. Teraz, gdyśmy tego czerwcowego popołudnia dotarli na miejsce, było o wiele lepiej, ale pachniało starzyzną. Gdzież te cygańskie kapele, lampy, dywany, kąpiele? Spać mieliśmy na piętrze, w pokoju wychodzącym na zachód, w stronę potoku. Zasnęliśmy wcześnie i mocno. Zasnąłem chyba pierwszy, gdyż w półśnie słyszałem jeszcze Mileskiego, opowiadającego coś o geologicznej wyprawie profesora Tokarskiego, która zostawiła po sobie schrony na Furatyku i Popadii Czywczyńskiej, i że warto by je przejąć dla turystyki. Słyszałem słowa i zdawało mi się, że wciąż je powtarza w nieskończoność. Warto by je przejąć... warto by... co znaczyło, że już zasypiam. Cóż to za cudowny lek na wszystko, sen młodego człowieka, który ma w nogach trzydzieści parę kilometrów marszu, z dwudziestu paru kilogramami w plecaku! W nocy zbudziło mnie pragnienie. Na stole stał przezornie przygotowany dzbanek z wodą, więc sięgnąłem tylko ręką i już piłem. Za oknem było zupełnie ciemno. Linię lasów rozpoznawało się tylko po obszarze gwiazd. Tam ich migotanie i sypiący się srebrny pojazd Mlecznej Drogi, niżej ciemność lasów i grzbietów, tylko w dole, po drugiej stronie Czeremoszu, jedna jedyna gwiazda. Czyżby spadła? Nie, to po prostu w leśniczówce fundacji skarbkowskiej ktoś jeszcze nie śpi. Przyłożyłem zaraz głowę do poduszki i już spałem do rana.

Powyższy tekst pochodzi z tomu pt. „W litworowych i piarżystych kolebach” (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1982). Tytuł fragmentu nadany przez redakcję. W następnym numerze CL znajdzie się inny fragment tego samego opowiadania, a także „sylwetka” Autora.