Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

NOWE KSIĄŻKI

Porwałem się na rzecz szaloną: omówienie książkowych leopolitanów z roku 1996. Wydawało się, że uda się to przedsięwzięcie zrealizować w jednym, góra dwóch numerach kwartalnika. Teraz mamy numer trzeci, a stos coraz to odkrywanych wydawnictw na mojej półce nie maleje, lecz rośnie. I już dochodzą tegoroczne. Tylko szkoda, że takie drogie!
Zacznijmy od wspomnień.

• Pierwsze słowa wypada poświęcić książce generalskiej. Profesor Marian Garlicki, lwowski chirurg, w młodych latach asystent w Szpitalu św. Zofii (róg Łyczakowskiej i Głowińskiego), a po wojnie profesor Wojskowej Akademii Medycznej w Warszawie i jej rektor, swoje wspomnienia zatytułował: Z medycyną od Lwowa do Warszawy (wyd. Polska Akademia Medycyny, W-wa 1996). Rzecz zaczyna się w Drohobyczu, gdzie Autor urodził się w 1908 r. – rodzice byli tam nauczycielami. Potem lata gimnazjalne – przerwane w l. 1918–20 wojną ukraińską i najazdem bolszewickim – w słynnym konwikcie jezuickim w Chyrowie, a dalej studia medyczne na UJK. Tu mnóstwo ciekawych szczegółów o znakomitych lwowskich profesorach i ich asystentach, ale także o balach i lokalach (nie samą nauką student żyje – pisze Profesor). Wreszcie pierwsza praca zawodowa przy prof. Adamie Grucy i – II wojna. Relacje Garlickiego z czasu obu okupacji i działalności lekarskiej w lwowskim AK zyskają na pewno znaczenie historycznego dokumentu. Powołanie do I Armii WP w 1944 r. i przeniesienie do Lublina kończą pierwszą, najbardziej interesującą dla nas część wspomnień późniejszego generała.

• W 20 lat po pierwszym wydaniu angielskim (w USA, Berkeley 1976), przetłumaczono na polski i wydano w kraju autobiografię, spisaną przez Stanisława M. Ulama, p.t. Przygody matematyka (wyd. Prószyński i S-ka, W-wa 1996). Ulam, urodzony we Lwowie (syn Michała, znanego architekta lwowskiego) w r. 1909, wstąpił na Politechnikę Lwowską, ale zamiast inżynierem został matematykiem. Był uczniem Kuratowskiego i Stożka, miał kontakty z wieloma innymi twórcami Lwowskiej Szkoły Matematycznej – szkole tej więc zawdzięczał start do swych matematycznych i życiowych sukcesów.
Już w rok po dyplomie (1935) znalazł się w Stanach Zjednoczonych, by na tamtejszych uniwersytetach i w ośrodku wojskowym Los Alamos (gdzie najwybitniejsi zachodni fizycy z Enrico Fermim na czele, prowadzili badania i zaprojektowali amerykańskie bomby, atomową i termojądrową) spędził całe życie. Zmarł w 1984 r.
Ulam opisuje całe swoje błyskotliwe życie i ludzi, których spotkał, poczynając od dzieciństwa i studiów we Lwowie. Wiele miejsca poświęca tzw. Księdze Szkockiej – zeszytowi zaprowadzonemu w Kawiarni Szkockiej przy ul. Akademickiej 5 – ulubionym lokalu matematyków – w której jedni uczeni zadawali problemy matematyczne, inni podawali ich rozwiązania. Księga Szkocka stała się niejako symbolem Lwowskiej Szkoły Matematycznej. Wywieziona ze Lwowa w czasie II wojny, przechowywana jest podobno w Ameryce.
Prace Ulama dotyczą wielu dziedzin matematyki oraz innych, związanych z nią nauk. Najważniejsze z nich zestawił na końcu książki Jan Mycielski, polski matematyk, także osiadły w USA (lecz o całe pokolenie młodszy od Ulama. W poprzednim numerze CL pisaliśmy o śmierci jego matki w Krakowie).

• Z okazji 130-lecia polskiego Sokolstwa, krakowski „Sokół” wydał dwie ciekawe książki, które doskonale wpisują się w formułę Cracovia-Leopolis, jak zresztą cała postawa krakowskiego gniazda, prowadzonego przez druha Konrada Firleja. Książki dokumentują dzieje obu najważniejszych placówek małopolskiego „Sokoła”: lwowskiej Macierzy oraz krakowskiej. Pierwsza (chronologicznie) jest reprintem pracy historycznej Mariana Wolańczyka, wydanej we Lwowie w 60-lecie „Sokoła” w 1927 r. – omówimy ją jednak w następnym numerze naszego kwartalnika.
Druga książka to wspomnienia wybitnego działacza sokolskiego, Edwarda Kubalskiego (1872–1958), pt. Z przeżyć i wspomnień sokolich, w której relacjonuje osobiście przeżytą ponad półwiekową historię krakowskiego gniazda (jego prezesem był w l. 1919–34), od powstania w 1885 r. aż do rozwiązania przez komunistów w r. 1948. We wspomnieniach zawarte są niezwykle ciekawe opisy wydarzeń, w tym z I wojny, w której „Sokół” miał swoją piękną kartę, a także relacje i refleksje z kolejnych zlotów. Nie brak tu licznych i sympatycznych akcentów lwowskich. Przytoczmy parę zdań, napisanych (w r. 1940) z okazji pobytu Kubalskiego we Lwowie w maju 1939 r.
[...] Do Lwowa jeździłem często, czy to na piękne Targi Wschodnie, czy dla admirowania urbanistycznego rozwoju tego kresowego grodu. Toteż i teraz wybrałem się z chęcią, uważając ten zlot za pewnego rodzaju pożegnanie spraw sokolich na terenie sąsiedniej dzielnicy. A przywoziłem też ze sobą sporą garść umundurowanych, ćwiczących, drużyny krakowską i podhalańską, które się potem na zlocie popisywały. Jakże miło było znaleźć się na starym boisku w okolu zieloności, jak miło powitać starych znajomych – prezesa Wolańczyka, naczelnika Kapałkę, a zwłaszcza siwego „dziadka” sokolego Filiberta Czajkowskiego i wielu, wielu innych – jakże miło defilować przez ulice miasta o gorącym nastroju, miasta, któremu serdecznego uczucia polskiego i entuzjazmu żadna przemoc nigdy nie odbierze.
Przebieg zlotu był jak zawsze we Lwowie podniosły, a złożyły się nań doskonały program, przemówienie prezesa Arciszewskiego, ujmujące zadania i obowiązki Sokolstwa, wreszcie serdeczne przyjęcia na strzelnicy, jakie nam urządzili Bracia Kurkowi, wszyscy w strojach polskich, kontuszach, każdy jak Sobieski z pomnika Barącza. Wśród przemiłej atmosfery tego zebrania czyż mógł kto przypuszczać, że po raz ostatni przed nadchodzącym kataklizmem widzimy to miasto, dziś podstępnie w szpony moskiewskie zagarnięte, że ten zlot będzie pożegnalną nutą Sokolstwa, która na długo pozostanie w uchu i w sercach wśród obecnych lat grobowej ciszy i udręki. [...]

I jeszcze dwa tomiki wspomnień dwóch zamieszkałych w Krakowie pań – niegdyś lwowskich dziewczyn, którym II wojna zabrała beztroskie lata wchodzenia w dorosłość, przysporzyła za to dramatycznych przeżyć i doświadczeń.

• Książeczka Marii Obercowej: Z wycieczką do Lwowa? Z wycieczką do mego domu? (Kraków, 1996) to ponad 40 krótkich wspomnień – głównie z czasu wojny – i refleksji, nakładających się na wędrówkę Autorki po Lwowie w kilkadziesiąt lat po jego opuszczeniu. Obercowa opisuje swoje AK-owskie (i nie tylko) przeżycia, sypie anegdotami, zwłaszcza z pierwszej sowieckiej okupacji, przytacza mnóstwo nazwisk. Wszystko napisane ze swadą, barwnie, wiarygodnie.

• Inną formę ma Mój pamiętnik Anny Fabiańskiej (wyd. Miniatura, Kraków 1996). Jest to na gorąco spisywany dziennik z pierwszego roku wojny we Lwowie. Bardzo dobry pomysł, że pani Anna to wydała, bo ciągle jest za mało dokumentów tamtego czasu. Ówczesne, jakże istotne przeżycia zacierają się – przecież tyle stało się przez następne pięć i pół dziesiątków lat! Jak wyglądał dzień powszedni pod pierwszą bolszewicką okupacją, co czuli Polacy, jak widziała to paronastoletnia dziewczyna – warto przeczytać. Przytoczmy jeden krótki zapis, z piątku 10 listopada 1939 r. (str. 48):
Jutro nasze państwowe święto. Postanowiłyśmy pójść na siódmą do kościoła, a po mszy uroczyście ubrane w mundurkach do szkoły.
W wielkiej tajemnicy dowiedziałam się, że na jutro przygotowuje się powstanie. Zobaczymy. Dzisiaj nasi mechanicy ukradli cztery samoloty! Ceśka opowiadała, że na Zaduszki przyszło kilku mężczyzn na Cmentarz Obrońców Lwowa, aby tam złożyć wieniec. Byli w starych paltach i kapeluszach, ale w chwili składania wieńca na Grobie Nieznanego Żołnierza odrzucili płaszcze i ludzie zobaczyli polskich oficerów w mundurach z odznakami i bronią – jak dawniej. Po krótkiej chwili, po modlitwie ubrali znów stare płaszcze i kapelusze i spokojnie odeszli.

I jeszcze jeden zapis:
Londyn 5.11.39 r.
Polacy!
Chwila wolności się zbliża, zniknie komunizm i hitleryzm. Powstanie Polska od Bałtyku do Morza Czarnego. Bądźcie gotowi, armia sprzymierzona i armia nasza blisko. Przyjmijcie ją z godnością godną Polski! Modlitwa, praca i wytrwałość niech krzepi Wasze duchy do Wielkiego jutra. Cześć Wam narodzie Wielki! Zwycięstwo bliskie. Gotowi i zwarci bądźcie Wy, jak jesteśmy my. Cześć Wam Polacy!
A więc czekamy. [...]
Przy okazji warto przypomnieć, że przed kilku laty ukazały się niezwykle interesujące wspomnienia ojca pani Anny – Tadeusza Fabiańskiego, przedwojennego sekretarza i referenta prasowego Rozgłośni Polskiego Radia we Lwowie, wydane pod całkiem mylącym tytułem Na skraju dzikich pól (wyd. APICAN, Kraków 1992). Książka chyba jeszcze do dostania – warto kupić!

Kolej na prace naukowe. Wyszło ich sporo, ale tu ograniczymy się do dwóch.

• Ks. Józef Krętosz, profesor Seminarium Duchownego w Katowicach, opublikował niezwykle ważną i interesującą pracę, która stanie się jednym z podstawowych źródeł naszej wiedzy o historii Kościoła lwowskiego w okresie przełomowym dla południowo-wschodniej części Polski: od I rozbioru do Kongresu Wiedeńskiego: Archidiecezja Lwowska obrządku łacińskiego w okresie józefinizmu (1772–1815) (wyd. Księgarnia św. Jacka, Katowice 1996).
Trudno tu omawiać pięknie wydany i opasły tom (prawie 400 stron), trzeba jednak wyjaśnić, że negatywne skutki józefinizmu, tzn. czasów cesarza austriackiego Józefa II (syna cesarzowej Marii Teresy, panował 1780–1790), a także jego następcy Franciszka I, są w jakiś sposób odczuwalne do naszych czasów. Przypomnijmy choćby masową likwidację klasztorów lwowskich (i nie tylko lwowskich);  
– wymieńmy te najbardziej znane:
– franciszkanów konwentualnych – obok Niskiego Zamku, przy Wałach Hetmańskich: gotycki kościół przerobiono na teatr miejski (tam miał swoją scenę Wojciech Bogusławski w l. 1795–99), a klasztor na szkołę. Później budowle te zburzono, a po latach wybudowano w tym miejscu gmach Muzeum Przemysłowego. Drugi kościół franciszkański, św. Antoniego na Łyczakowie, zamieniono na parafialny;
– dominikanów św. Marii Magdaleny: kościół stał się parafialnym, a w szkole powstała w r. 1816 szkoła pod tym samym wezwaniem (w 1996 r. obchodziła swoje 180-lecie!). Potem było tam więzienie dla kobiet (tylko główny klasztor dominikanów niedaleko Rynku ocalał);
– dominikanów-obserwantów przy ul. Zielonej: kościół oddano na zbór luterański, a klasztor na szkołę protestancką;
– jezuitów niedaleko Rynku: zlikwidowano w ogóle zakon, a mieszczący się w klasztorze uniwersytet (z czasów Jana Kazimierza) usunięto, robiąc miejsce dla urzędów gubernium austriackiego, potem dla sądu (stąd nazwa ul. Trybunalskiej);
– trynitarzy przy ul. Krakowskiej: zakon również zlikwidowano, a budynki najpierw oddano uniwersytetowi, wyrzuconemu z klasztoru jezuitów, zaś po pożarze w 1848 r. i półwiekowej przerwie ruiny kościoła przebudowano na cerkiew Przemienienia. Drugi klasztor trynitarzy przy ul. św. Mikołaja oddano na mieszkania dla kolonistów niemieckich, zaś kościół (św. Mikołaja) zamieniono na parafialny;
– karmelitów: dwa kościoły we Lwowie zamieniono na parafialne, klasztory na różne cele;
– paulinów: kościół św. Piotra i Pawła na Łyczakowie przekazano na cerkiew,
– brygidek: zamieniono na więzienie, które potem zyskało specyficzną sławę;
– karmelitanek trzewiczkowych: oddano wojsku, a po pożarze w 1812 r. obiekt zakupił J. M. Ossoliński i umieścił tam swoją słynną bibliotekę;
– dominikanek przy ul. Kopernika: przekazano na seminarium grecko-katolickie (zburzone w czasie II wojny, została tylko wieża powyżej głównej poczty);
– klarysek (na rogu Łyczakowskiej): zamieniono na urząd celny (stąd nazwa placu Cłowego za bernardynami), potem na fabrykę tytoniu. Na przełomie XIX/XX w. kościół odzyskano dla kultu;
– klasztor i szpital bonifratrów przy ul. Łyczakowskiej oddano na szpital wojskowy;
– pijarskie Collegium Nobilium na Łyczakowie zamieniono na szpital (tzw. Szpital Powszechny).
Poza wymienionymi skasowano we Lwowie kilkanaście innych jeszcze klasztorów, a w całej archidiecezji kilkadziesiąt. Samych klasztorów dominikańskich było 27, a zostało 9. Niektóre zakony w ogóle wyrzucono, część z nich wróciła dopiero po latach (np. jezuici).
Trudno tu powstrzymać się od komentarza. Rola kościoła, kleru i klasztorów w utrzymaniu polskości w warunkach ucisku zaborczego jest dobrze znana. Nie ulega więc wątpliwości, że owa „rzeź” klasztorów rzymsko-katolickich w specyficznych układach narodowościowych wschodniej Galicji musiała się walnie przyczynić do zachwiania proporcji, tym bardziej że zaborcy austriaccy w tym okresie także na innych polach okazywali szczególną aktywność pod hasłem dziel i rządź. W okresie autonomii galicyjskiej (a więc po upływie półwiecza i więcej od opisywanego okresu) nie było już możliwe odwrócenie zaistniałej sytuacji. Porównajmy to z historią bliższą nam w czasie: jakże trudno przezwyciężyć skutki tragicznego półwiecza 1939–1989! Nie brak zresztą analogii z tamtą epoką.
Tyle nasz komentarz, a wracając do książki ks. Krętosza – zahaczyliśmy tylko o jeden z licznych wątków. Inne są równie ciekawe.

• Ukazał się już ósmy tom serii zatytułowanej Galicja i jej dziedzictwo, a wydawanej przez Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Rzeszowie. Warto przypomnieć historię tej ciekawej serii: we wrześniu 1992 r. odbyła się w rzeszowskiej WSP konferencja naukowa pod wymienionym wyżej tytułem, a jej materiały opublikowano w czterech tomach. Oto ich tytuły: 1. „Historia i polityka” (1994), 2. „Społeczeństwo i gospodarka” (1995), 3. „Nauka i oświata” (1995) oraz 4. „Literatura-język-kultura” (1995). Każdy tom zawierał kilkanaście referatów, z których wiele dotyczy Lwowa i Małopolski Wschodniej.
Ale nie skończyło się na czterech tomach pokonferencyjnych i seria zaczęła żyć własnym życiem. Już w roku wydania tomu 1. wyszedł tom 5: „Pisarze galicyjscy” (1994, autor Cz. Kłak), tom 6: „Nauczyciele galicyjscy” (1996), tom 7: „Władysław Seredyński. Studium z dziejów pedagogiki galicyjskiej” (1995, autor W. Szulakiewicz), a wreszcie wspomniany na początku tom 8: „Myśl edukacyjna w Galicji 1772–1918” (1996). Obejmuje on 30 referatów, dotyczących edukacji i pedagogiki oraz szkół i nauczycieli, a także fachowego czasopiśmiennictwa, na tle historii szkolnictwa w Małopolsce od I rozbioru do progu XX-lecia międzywojennego. Większość artykułów tomu (zredagowanego przez Cz. Majorka i A. Meissnera) dotyczy w całości albo w części Lwowa i Małopolski Wschodniej. Warto zwrócić uwagę, że we Lwowie i jego kręgu (Stanisławów, Kołomyja, Sambor) wychodziły najliczniejsze i i najważniejsze pisma o charakterze pedagogicznym, np. „Szkoła” (1868–1921, zaś w l. 1921–39 przeniesione do Warszawy, ale tam podupadło), „Rodzina i szkoła” (1896–1913), „Skaut” (1911–39). We Lwowie odbył się w r. 1868 pierwszy polski zjazd pedagogiczny, na którym powołano Towarzystwo Pedagogiczne (od 1906: Polskie TP).
W tomie mowa także o edukacji dziewcząt, o „Sokole” i skautingu, o szkolnictwie dla głuchoniemych i ociemniałych oraz dla mniejszości narodowych. Padają nazwy Stanisławowa i Tarnopola, Przemyśla i Drohobycza, Złoczowa i Kołomyi, Stryja i Brzeżan.
Stefan S. Łukowski

• Pani Prof. dr hab. Henryka Kramarz (nasza Autorka – patrz CL 4/96) i ks. Prałat Janusz Bielański, proboszcz Katedry Wawelskiej (rodem z Tartakowa k. Sokala!) polecają nam coś z cracovianów:
Wśród publikacji, wydanych z okazji kanonizacji Królowej Jadwigi i wizyty Ojca Świętego w Krakowie, zwracają uwagę Dzieje Katedry Wawelskiej Piotra Bilińskiego (Kraków 1997). Jest to zwięzły zarys historii Katedry od jej powstania do czasów współczesnych, uzupełniony pocztami biskupów krakowskich i władców Polski.
Autor jest studentem Instytutu Historii WSP w Krakowie. Dzieje Katedry Wawelskiej są jedną z wielu jego prac debiutanckich, wykazujących walory naukowe i dydaktyczno-popularyzatorskie. Młody historyk należy do krakowian ogarniętych patriotyzmem lokalnym i dojrzałą pasją badawczą. W pracach nad Katedrą i dla Katedry patronuje mu ks. Prałat Janusz Bielański.
Dzieje Ołtarza Ojczyzny to w ujęciu Piotra Bilińskiego refleksyjny, konturowy przekrój przez historię Polski, który czyta się jednym tchem dla relaksu i integracji. Cieszą oko dobrze dobrane ilustracje w tekście oraz kolorowa okładka z Katedrą i sarkofagiem Królowej Jadwigi. Fotografie wykonał z kunsztem artystycznym i technicznym prof. Piotr Boroń.
Książeczka została ofiarowana Papieżowi, co ją szczególnie nobilituje.
Henryka Kramarz


Jest co czytać (2)

GŁOSY PODOLAN

Wśród wielu wydawnictw książkowych oraz czasopism, ukazujących się w Polsce, a poświęconych Ziemiom Wschodnim, jest też dwumiesięcznik „Głosy Podolan”, wydawany od listopada 1993 r. przez Klub „Podole”, działający od marca tegoż roku przy warszawskim oddziale Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich. Czasopismo to, o charakterze biuletynu, w swej treści i klimacie odnosi się do bliskiej sercu Ziemi, jej historii, kultury, obyczajów, ludzi, pejzażu, i tego wszystkiego, co od pokoleń składało się na bytowanie tam. W „Głosach Podolan” zamieszczane są też opisy osobistych odczuć, a najczęściej rozczarowań, będących wynikiem konfrontacji obrazów i zdarzeń zachowanych w pamięci, zarówno tych miłych wzlotów i uniesień z okresu młodości, jak też i tych tragicznych, pełnych bólu i męki z trzech okupacji, w konfrontacji z obecną sytuacją, obserwowaną podczas wycieczek na te tereny – do rodzinnych stron.
Myślą przewodnią zespołu redakcyjnego jest realizacja testamentu tych, którzy odeszli, których groby znajdują się na tamtej Ziemi, jak też i tych, których groby wskutek wysiedlenia z rodzinnych domów – ojcowizny – rozsiane są po całej Polsce i po całym świecie. Testamentu, narzucającego nam żyjącym obowiązek pamiętania i ocalenia od zapomnienia, dokumentowania oraz przekazywania żyjącym i dalszym pokoleniom tych ogólnoludzkich wartości, jakie wspólnie wypracowali i wnieśli nasi praojcowie żyjąc, pracując i tworząc na rubieżach Polski południowo-wschodniej – na Podolu. Aby owoce ich pracy, ich walka, męczeństwo, przelana krew, a często złożona ofiara życia nie uległy zapomnieniu.
Zespół redakcyjny, któremu przewodzi pani Irena Kotowicz, wyznaczył sobie rolę organizującą i integrującą środowisko, uważając, że ...biuletyn może też służyć jako jedna z form kontaktów między Podolanami w kraju, a może i poza nim. Podolanie, od czasu wysiedlenia z rodzinnej Ziemi, która już od pół wieku pozostaje poza granicami państwa polskiego, pozbawieni zostali fizycznych, rzeczywistych korzeni i popiołów – jak pisze Pani Irena, zmuszeni zostali do karmienia swojej nostalgii wspomnieniami i dobrami zastępczymi, to jest każdą rzeczą, która z pamięci wygrzebuje obrazy, wywołujące różnego rodzaju emocje.
Na łamach tego dwumiesięcznika, poprzez wszystkie jego numery, głównym nurtem są wspomnienia, w których opisane są zaskoczenie, strach, rozpacz i poczucie bezsilności w pierwszych dniach po zdradzieckim wkroczeniu armii sowieckiej na tereny polskiego Podola. Bardzo ciekawy jest cykl artykułów dra Stanisława Zb. Skotnickiego, ujmujący polityczno-prawne aspekty agresji radzieckiej w dniu 17 września 1939. Dzień ten dla Podolan stał się symbolem tragicznych wydarzeń i początkiem gehenny. Skutki agresji armii sowieckiej to nie tylko zbrodniczy okres panowania sowieckiego, ale i postanowienia konferencji jałtańskiej. Haniebny dla Europy był rok 1944, kiedy to Polska została przez aliantów sprzedana Stalinowi. Decyzją obcych, ale silniejszych, Podolanie zostali zmuszeni jeszcze w tym samym roku do opuszczenia rodzinnych gniazd.
Od listopada 1993 ukazało się już ponad 20 numerów tego periodyku. Obecnie trudne jest scharakteryzowanie, choćby w kilku zdaniach, każdego z zawartych w nich artykułów. Nie sposób jednak pominąć takich opracowań, jak określające położenie Podola – krainy geograficzno-historycznej, która stanowiąc część Małopolski, tworzyła województwo podolskie. Geograficznie Podole to wyżyna, ograniczona od zachodu przez Roztocze, od wschodu przez wyżynę naddnieprzańską, przez Polesie od północy i dolinę Dniestru od południa. Obszar ten leży w większości w zasięgu zlewiska Morza Czarnego. Głównym bogactwem Podola są bardzo urodzajne gleby czarnoziemne (H. Ogonowski, GP 17/96).
J. Stopa w artykule „Tarnopol – rys historyczny” ujął dzieje tego wspaniałego miasta, tj. od 14 kwietnia 1540 roku, kiedy to król Zygmunt I nadał przywilej założenia miasta nad Seretem hetmanowi wielkiemu koronnemu, Janowi Tarnowskiemu. Gród został założony dla obrony południowo-wschodnich kresów Królestwa Polskiego przed najazdami Tatarów. Opis dziejów kończy na ustanowieniu Tarnopola miastem wojewódzkim II Rzeczypospolitej w dniu 15 maja 1921 roku.
W „Głosach Podolan” można też znaleźć kilka artykułów o polskim skautingu na Podolu – opracowania I. Kotowicz, D. Butrównej-Stancel, P. Baja i W. Kubowa. Również ciekawe opisy konspiracyjnej działalności w czasie okupacji niemieckiej, podane w artykułach Z. Andruchowa (ps. Cwański), A. Majora, T.A. Czajkowskiego (ps. Sas, Kotwica).
Jednakże przeważająca liczba artykułów podaje opisy naocznych świadków zbójecko-rabunkowych napadów i rzezi ludności polskiej, dokonanych przez bandy ukraińskich nacjonalistów spod znaku OUN-UPA, w których tysiące ludzi zostało w okrutny sposób pomordowanych – zarżniętych, siekierami porąbanych, zakłutych widłami, porżniętych piłami, obdzieranych ze skóry, żywcem palonych, i to tylko za to, że byli Polakami. W każdym listopadowym numerze „GP” ze szczególnym bólem przywoływana jest pamięć ofiar kainowej zbrodni, ofiar fanatyzmu i okrucieństwa współplemieńców, karmionych obłędną ideologią OUN. Ofiar zaślepionych nienawiścią bliźnich, a niekiedy tylko prymitywnych, tchórzliwych i podłych – jak pisze I. Kotowicz. Szczególne nasilenie banderowskich napadów nastąpiło w latach 1944–45, i wtedy to we krwi i płomieniach stanęło piękne Podole, ale sowieccy okupanci na zbrodnie te patrzyli z wyrachowaną obojętnością, było im to na rękę – przyśpieszało bowiem proces wysiedlania. Krew niewinnych ofiar błogosławić Ukraińcom chyba nie będzie... (dr J.S. Dobrucki, „GP” 14/96).
Opisy tych strasznych zbrodni, zadanych cierpień i męki ludności polskiej na Podolu nie wynikają z chęci jątrzenia, siania nienawiści czy pragnienia odwetu, ale przede wszystkim stanowią przestrogę dla potomnych. Należy przebaczyć – ale nigdy zapomnieć, jak pisze W. Kubów i wielu innych autorów. Dobrze że w „Głosach Podolan” publikowane są też artykuły, opisujące czas, okoliczności, naciski polityczne i represyjne, jakie wywołały i towarzyszyły przymusowemu wysiedlaniu ludności z Kresów Południowo-Wschodnich. Zwłaszcza teraz, kiedy nasi sąsiedzi ze wschodu i zachodu podnoszą głosy o prawa majątkowe mniejszości narodowych, tych, których po II wojnie wysiedlono – lub sami wyjechali – do Vaterlandu, i tych, których objęła Akcja „Wisła”. My Podolanie też mamy prawo żądania zadośćuczynienia za straty, jakie ponieśliśmy wskutek rabunków i palenia naszych domostw oraz przymusowe wysiedlenie z Podola.
Zainteresowanych nabywaniem „Głosów Podolan” informujemy, że kolportażem zajmuje się Pani Irena Kotowicz, i na jej adres należy kierować zamówienia na bieżące lub na wybrane numery tego czasopisma: 02–536 Warszawa, ul. Narbutta 37, m.1.
Henryk Kleinrok