Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021 | 2022

Władysław Krygowski, W STRONĘ DOWBUSZA

Hucuł. Fot. Włodzimierz Puchalski, wg widokówki wyd, Książnica-Atlas, Lwów 1939Każdy z nas ma jakąś górę, którą zachowuje w pamięci nawet wtedy, gdy na jej szczyt już nie wychodzi, a nawet już jej zobaczyć nie może. Jest to góra, której widok wywołuje zamyślenie i wzruszenie u najtwardszego człowieka, jest to góra, z której widok na wszystko, gdzie się nie było i już nie będzie, na wszystko, czego się w życiu nie zrobiło. Najbardziej twardy człowiek mięknie jak jabłko, które spadło zdrowe i stało się ulęgałką, gdy go nikt nie podniósł. Widzi się z tej góry, że było się igraszką przypadków, kłębkiem złudzeń, zwitkiem nadziei, splotem niedorzecznych wysiłków. Tyleż widać stąd szczytów, ile dolin, a wszystko poplątane dziesiątkiem zakrętów, niespodziewanych wzniesień, przysłopów i przełęczy, które przeszło się lub nie przeszło, grap i magur pełnych obietnic, wertepów i wyrębów zawalonych rozczarowaniami.
Kręte i niełatwe było przejście poprzez osiedle położone na zboczach do Bystrzca i odszukanie grażdy Piotra Gotycza. Znaliśmy to nazwisko i dom z przewodnika Gąsiorowskiego, który zalecał je na nocleg. Odpowiadało to nam, gdyż skracało drogę na Kostrzycę, dokąd chcieliśmy iść następnego dnia. Rozważaliśmy, co lepiej, czy przejść przez Maryszewską ze schroniskiem Karpackiego Towarzystwa Narciarzy i zejść do Foreszczenki, czy też przejść przez Kostrzycę ze schroniskiem harcerskim, do Ardżeluży. Wybraliśmy Kostrzycę – może dla nieporównanej panoramy od ściętego uskokiem Pietrosa i Howerli po krańce Balzatulu, może dla prześlicznego schroniska, którego Mileski nie znał, a może po prostu z przypadku.
Patrzyliśmy i patrzyli. Przypominały się różne w różnych czasach wędrówki. Chociaż przejście głównym grzbietem Czarnohory było niezapomnianą wędrówką po wzburzonej przestrzeni wierchów, tańcem wśród rozległości połonin, skał, kotłów, wysp kosodrzewiny, a w lipcu bajecznych różaneczników, wędrówką między nie kończącymi się dalami gór – najdziwniejsze były zakątki czarnohorskie, tajemnicze piętra Gadżyny, źródłowe kotły potoków spod Dancerza, Szpyci i Kozłów. Wielkie kamienne amfiteatry, kołyski cudownej roślinności i starodawnych legend o Dowbuszu. Tu rodził się świat ziół leczniczych, wróżebnej mitologii, tu tryskały zaczarowane kiernycie, źródła życiodajnej wody, tu przychodzili ludzie zbierać po świętym Janie zioła na różne choroby, dokuczliwe bóle i paskudne owrzodzenia. Nie każdy umiał znaleźć sławne skalne krzesło Dowbuszowe, pod którym pochowali w skale największego zbójnika, legendarnego opryszka, jego wierni towarzysze, chociaż inni twierdzą i daliby się zabić za to, że spoczywa gdzie indziej, pod kamieniem w przełomie Prutu. Z miłości i buntu zrodziła go córka Hucuła-bogacza, która pokochała zwykłego pastucha-biedaka, a urodziwszy pod jaworem poza wsią, nigdy do niej nie wróciła. Chłopak rósł i rósł, i już jako pięcioletni koziarz wyróżniał się siłą i odwagą. Nie bał się czarta ani burzy, w czasie której czart zamieniał się w pioruny. Dowbusz zawziął się na niego i zabił. Ale jak to wszystkim Dowbuszom i Janosikom się trafia, wydała go kochanka o nazwisku Dzwińczuk, z Kosmacza. Kobieta była dorodna, lecz zdradliwa, jak wszystkie z Kosmacza. Wprzód zdradziła dla Dowbusza męża, a potem przymilnymi pieszczotami wydobyła ze zbójnika tajemnicę, żeby go zdradzić, trzeba strzelbę nabić srebrną kulą, a na jej wierzchu położyć dziewięć ziaren pszenicy, które pop poświęcił i odmówił nad nimi dwanaście ewangelii. I ta kula, wystrzelona ze strzelby zdradzonego męża, dosięgła Dowbusza.
Przeszły wojny przez Czarnohorę, nie ma już czartów w kamiennych górskich teatrach, ale Dowbusz, którego duch włóczy się od Dniestru i Czeremosza po Czarną i Złotą Bystrzycę, czuwa, komu się gdzie krzywda dzieje. Chodzi za nim krok w krok dusza zabitego przezeń Diduszki z Krasnoiły. Bogaty był Diduszko i bał się o swoje talary. Poszedł więc wraz do Krzyworówni po pistolety dla obrony przed opryszkami. Spotkał po drodze starego człowieka; nie wiedząc, że to sam Dowbusz w przebraniu, zwierzył mu się, że dałby mnóstwo talarów i dukatów za głowę Dowbusza. Głupi był Diduszko, bo stracił wkrótce i dukaty, i talary, a także głowę, którą Dowbusz zawiesił na łańcuchu w głębi skalnych komór na szczycie Synyci nad Krzyworównią. Taki był Dowbusz. Ale bywał też łagodny. Gdy raz na Pokuciu naszedł na dwór Jędrzeja Karpińskiego, właśnie jego żona urodziła szlachcicowi syna, późniejszego poetę. Dowbusz, ujęty dobrym przyjęciem, nie zrabował dobytku, prosił tylko, by dziecko ochrzczono jego imieniem, ale jakoś tego nie spełniono, bo przyszły autor kolędy Bóg się rodzi, moc truchleje został Franciszkiem.
 
Kamień Dobosza w Jaremczu. Wg widokoówki sprzed 1939 r.
Na wiosnę Dowbusz wychodzi spod kamiennego krzesła i wędruje sobie po wierzchowinie; lubi iść na Pisany Kamień, lecz nikt nie wie, którędy i skąd, bo na szczyt można wejść z dziewięciu wsi dziewięcioma drogami. Niektórzy powiadają, że idzie sprawdzić, czy są jeszcze pod głazem jego ukryte skarby, ale mają chyba rację inni. Twierdzą, że wychodzi na Pisany Kamień, aby sobie wspomnieć, jak tu niegdyś wyszedł na wierch, aby popatrzeć na jawor, pod którym urodziła go matka na Gadżynie. Jawor ów rósł i rósł, ale i tak z wierchu nie było go widać. Podskoczył więc Dowbusz wysoko, aby go choć w locie zobaczyć. Zobaczył go rzeczywiście, ale gdy nogami dotknął kamienia, skała pękła pod zbójnikiem.
Taki był Dowbusz za życia, a jeszcze mocniejszy po śmierci. Ale najmocniejszy Dowbusz nie może zbójować samotnie, toteż na Stohu werbuje z wiosną co roku łeginiów młodzieńców, jak to czynił za życia.
Włóczy się więc Dowbusz po światach i zaświatach górskich, przybierając różne imiona. Mówią, że nigdy nie przystaje, bo wówczas stanąłby w miejscu czas. Tak mówią, ale to nieprawda. Śni mu się równość, nawet osiągnięta krwawo, marzy mu się swoboda, nawet za cenę śmierci. Woli wędrować po górach i tylko od czasu do czasu zagląda do Peczeniżyna, gdzie urodził się w 1700 roku, staje na cokole pomnika, który mu postawiono w jakieś dwieście pięćdziesiąt lat później, lecz i tu długo ustać nie może. Coś go gna naprzód siłą cudowności.
Czymże by się stało życie ludzkie, gdyby nie było nieprzerwanym szukaniem cudowności. Każdemu przecie zbrzydnie z czasem rzeczywistość, cóż dopiero zbójnikowi.
Schodziliśmy z Kostrzycy zmęczeni, lecz nienasyceni. Nie chciało się nam mówić, ale każdy z nas czuł, że myślimy o tym, cośmy to u starego Gotycza i innych usłyszeli. O wielkiej cudowności, która jest we wszystkim, co nas otacza, w chwiejącym się na wietrze drzewie, w kamieniu, na którym dyga szczęśliwa pliszka, w chmurze kryjącej błyskawicę, w oczach zaprzyjaźnionego z człowiekiem zwierzęcia, w nie pisanych opowiadaniach starych ludzi, w zapatrzeniu w siebie młodych, w chłopcu i dziewczynie, którzy wierzą, że w ich cudownej miłości kryje się tęsknota za jeszcze bardziej cudowną nierzeczywistością.

Powyższy tekst pochodzi z tomu pt. „W litworowych i piarżystych kolebach”, fragment opowiadania „W stronę nierzeczywistości”, (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1982). Tytuł fragmentu nadany przez redakcję. Patrz „sylwetka” Autora w tym numerze.

Dla wyjaśnienia: imię legendarnego zbójnika brzmi Dowbusz lub Dobosz – stąd „Kamień Dobosza” koło Jaremcza.