Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Barbara Czałczyńska, PODRÓŻ NA WSCHÓD (4)

Dziedzictwo
I tak jednego z październikowych dni stanęłam przed cmentarną bramą. Żelazne sztachety złączone były grubym łańcuchem, z którego zwisała potężna kłódka. Boczna furtka też była zamknięta. Poprzez sztachety mogłam obejrzeć stojące bliżej nagrobki, a nawet na niektórych odczytać napisy. Wydawało się, że tylko wystarczy sięgnąć ręką, odsunąć ciężkie odrzwia bramy, żeby znaleźć się wśród mogił. W trzymanej pod ręką torebce spoczywał, przechowywany przez lata, jak najświętsze relikwie kwit cmentarny z wypisaną kwaterą, w której znajdował się grób mojej matki. I oto teraz, kiedy po wielu latach udało mi się dotrzeć do tego miejsca, przede mną wyrosła broniąca wstępu brama. Z szarego nieba lały się strugi deszczu, a mnie zdawało się, że to niebo płacze wraz ze mną i że to nie strugi deszczu spływają strumieniami wzdłuż drogi, a że to moje łzy. Skądeś wyszedł jakiś człowiek i na moje zapytanie kiedy można wejść na cmentarz powiedział wrogo:
– Nie lzia. Zakryto.
– A kagda możno? – spytałam.
– Nikagda – odpowiedział krótko i znikł tak, jak się pojawił.
Odchodziłam z wolna. Przez chwilę zdawało mi się, że słyszę wołający mnie z oddali głos. Ale było to tylko przywidzenie. Umarli już nic nie mogą powiedzieć. Wiedziałam, że nigdy tu już nie uda mi się przyjechać. Straciłam ostatnią szansę odwiedzenia grobu mojej matki. Moja matka umarła zaraz po moim urodzeniu. Nigdy nie miałam kłopotu z odliczeniem lat, które upłynęły od jej śmierci. Były to po prostu lata mojego życia. Jej odchodzenie w niepamięć było moim wrastaniem w życie. Niewiele też o niej wiedziałam. To co wiedziałam to było jak okruchy rozbitego lustra, którego już niepodobna złożyć, a którego kawałki przechowuje się na wszelki wypadek, bo a nuż się dopasują. Na jedynej pozostałej fotografii moja matka miała kapelusz z szerokim rondem, o którym ktoś mi kiedyś powiedział, że był zielony i skórzany. Przez długi też czas miałam jej torebkę z czerwonej laki. Torebka była wyłożona wewnątrz irchą, leżał w niej owinięty w bibułkę warkocz i w małym pudełeczku przybory do manicure. Był tam mały śmieszny pilniczek i przyrząd do odsuwania skórki u paznokci z perłowej masy i składane nożyczki. Torebkę ukradł ktoś przy którejś z moich przeprowadzek. Przez długi czas nie mogłam pogodzić się z jej stratą i szukałam w rozmaitych miejscach w nadziei, że jednak się znajdzie. Moja koleżanka, którą powiadomiłam o tej stracie powiedziała beztrosko:
– I cóż ci po takiej starej torebce. Jak dorośniesz będzie już niemodna.
Torebka nie znalazła się, za to została mi oprawna w skórę książeczka do nabożeństwa, z odciśniętym na okładce monogramem. Na pierwszej stronie było coś napisane ołówkiem. Napis zacierał się coraz bardziej w miarę upływających lat, postanowiłam go więc utrwalić przesuwając po śladach pozostawionych przez ołówek piórem. Było tam napisane:
– Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali.
I to było wszystko co zdołała mi przekazać matka.
Jedna z moich ciotek, kiedy jechałam do Lwowa wyjaśniła mi:
– Jak będziesz chciała odnaleźć grób matki to kieruj się w stronę pomnika Obrońców Lwowa. Nie będziesz miała trudności z szukaniem. Grób jest zaraz obok.
W parę miesięcy po moim powrocie z Lwowa zatelefonował do mnie mój znajomy.
– Wiesz – powiedział dziarsko – byłem we Lwowie i udało mi się wejść na cmentarz. A nawet udało mi się zrobić parę zdjęć.
– Mam nadzieję, że mi je pokażesz? – spytałam
– A tak, jak tylko będą gotowe to się do ciebie zgłoszę.
Przyszedł rzeczywiście z fotografiami w parę dni później. Wyjął plik zdjęć i zaczęliśmy je oglądać. Na jednej z fotografii były jakieś chaszcze wśród których walały się butelki i puszki po konserwach, na drugiej jakieś kupki kamieni, na trzeciej stała jakaś trudna do zidentykowania machina.
– Miałeś mi pokazać zdjęcia z cmentarza – powiedziałam z wyrzutem.
– A to właśnie jest cmentarz. Tutaj – pokazał na kupkę kamieni – były groby Orląt Lwowskich. Ta machina to betoniarka. Zainstalowali ją koło cmentarza. Kruszywo mają z nagrobków. Widzisz jak dobrze pomyślane. A wieczorami chaszcze służą za dom schadzek. Muszą się przecież gdzieś komsomolcy kochać jak nie mają chaty.
–  A pomnik? – spytałam.
– Jaki tam pomnik! Żadnego nie widziałem. Przy wejściu to ten cmentarz jako tako wygląda. Ale dalej!    
Po czym znajomy wstał, pozbierał zdjęcia i powiedział:
– Muszę już iść. Spieszę się.
Całe szczęście, że się tam nie dostałam – pomyślałam kiedy zostałam sama. Ale potem zaczęłam żałować, że nie byłam tak przedsiębiorcza jak mój znajomy. Może bym jednak  coś znalazła...
– Abyście się wzajemnie miłowali...
Naprawdę. Trudne dziedzictwo zostawiła mi po sobie moja matka.

Spotkanie
Ranek był szary i nie wiadomo jaki dzień wyłoni się z tej szarości. Mgła przywierała do wysokich okien hotelowej jadalni, zdawało się, że przylepia się do wszystkich mebli i napełnia powietrze wilgotno-kwaśnym wodorem. Przy długim jadalnianym stole nie zwracano jednak uwagi na zmienność pogody. Tutaj zajmowano się sprawami konkretnymi. Atmosfera naładowana była cyframi. Przeliczano dolary na ruble, ruble na egipskie funty, a te znowu na jakieś inne waluty. Jak na giełdzie wykrzykiwano ceny aparatów fotograficznych w rublach, nylonowych skarpetek w egipskich funtach, przeliczano ilość skarpetek na ilość aparatów fotograficznych i kombinowano jak ma się to wszystko do futer z łapek karakułowych. Podawano sobie adresy handlarzy, nazwy sklepów. Ktoś w ten cały rozgwar wtrącił flegmatycznie:
– Dalibyście przynajmniej spokojnie zjeść śniadanie.
Na chwilę wszyscy przycichli i spojrzeli podejrzliwie na wypowiadającego te słowa. Ktoś zakonkludował głośnym szeptem:
– Pewno wtyczka. Trzeba przy nim uważać.
Mówiono teraz ciszej i coraz to ktoś z wycieczki spogłądał w stronę amatora spokoju czy aby za dużo nie usłyszał.
Poprzedniego wieczoru współlokatorka z hotelowego pokoju, której nieopatrznie przyznałam się, że znam trochę rosyjski język, uprosiła mnie żebym poszła z nią do jakiejś kobiety, która chciała od niej coś zakupić. Miałam służyć za tłumacza w tych transakcjach.
– Niech pani idzie ze mną i tak pani więcej  ode mnie zrozumie, bo ja w tym języku ani w ząb nie umiem się porozumieć.
Współlokatorka miała dokładnie wyrysowaną marszrutę do miejsca spotkania. Amatorka zagranicznych artykułów mieszkała na parterze, w jednej izbie z dwojgiem dzieci. Była to prawdopodobnie kuchnia wydzielona z jakiegoś większego mieszkania. W kącie stał wielki kuchenny piec, na którym coś pyrkotało pod pokrywką wielkiego garnka, z czajnika parowała gotująca się woda. Ściany obwieszone były przeróżnymi makatami, a cała izba zastawiona meblami, między którymi trzeba było przeciskać się ostrożnie żeby czegoś nie potrącić. Kobieta postawiła przed nami szklanki z herbatą i rozpoczęły się transakcje. Moja towarzyszka wyjmowała po jednej sztuce: to milanezową halkę z koronkami, to bluzeczkę z wzorkami, to jakąś nieokreślonego koloru spódniczkę. Właścicielka mieszkania patrzyła ciekawie, pytała o ceny, niektóre rzeczy odkładała na bok, inne odpychła wzgardliwie, ale przy różowej halce z czarnymi koronkami straciła zimną krew i na jej policzki wystąpiły krwawe plamy. Targi były długie i zawzięte. Już w połowie straciłam wątek tego co się dzieje, zostałam uznana za osobę mało kompetentną przez obie układające się strony, które wydzierały sobie towar z rąk. Moja towarzyszka wyciągała coś z torby to znowu do niej chowała, na mnie patrzyła wrogo, bo okazało się, że jestem do niczego. W najmniej spodziewanym momencie burza ucichła i obie kontrahentki zaczęły przy użyciu palców, kartek monotonnie wymieniać cyfry, obliczać po dziesięć razy, bo stale im się coś nie zgadzało. A rano znowu to samo tylko w szerszym gronie. I to wszystko w pośpiechu, bo na przedpołudnie w programie było zwiedzanie miasta, w którrym wszyscy, aczkolwiek niechętnie, musieli uczestniczyć. Czysta strata czasu, który można spożytkować na obejście sklepów. Ale to ze względu na tego jednego, który już się wyrwał w czasie śniadania ze swoją niechęcią do handlowania, a po takim  można się spodziewać wszystkiego najgorszego.
Przed hotel zajechał wielki autokar, wszyscy zostali dokładnie przeliczeni najpierw przy wejściu, a potem już we wnętrzu, kiedy usadowili się na fotelach. Przewodniczka miała jasne blond włosy, ubrana była w sportowy kostium i nie przyglądała się nikomu zbyt dokładnie. Usiadłam koło okna i patrzyłam przez szybę autokaru, poza którą przesuwały się ulice miasta, do którego nie dane mi było wrócić po zakończonej wojnie i które teraz oglądałam w charakterze turystki z obcego kraju. Przewodniczka przez mikrofon wymieniała nazwy ulic, od czasu do czasu autokar przystawał żeby można było przyjrzeć się czemuś dokładniej. Nazwy ulic i placów i pomników zlewały mi się w jedną wartko biegnącą rzekę, z której niczego nie byłam w stanie wyłowić. Czułam się jak ktoś usiłujący na próżno wyłowić z wody poszczególne krople. W Stryjskim Parku usiadłam na chwilę na ławce. Z rozłożystego drzewa opadały liście i na ułamek sekundy wiatr przywiał ku mnie znajomy aż do bólu zapach jesieni. Ale już trzeba było jechać dalej, odwracać głowę to w prawo to w lewo, zależnie od woli przewodniczki, która dla nas niewidoczna nadawała kierunek naszym spojrzeniom. Kiedy wraz z innymi znalazłam się w hotelu w głowie miałam wielką pustkę. Nie tak wyobrażałam sobie spotkanie z miastem, w którym przyszłam na świat.
Od stolika, przy którym zebrało się parę osób dobiegał mnie gwar rozmów.
– Jak pani na imię? – pytał ktoś przewodniczki.
– Nadieżda, po naszemu Nadia.
– Ach – zachwycał się ktoś inny – jak pani ładnie mówi po polsku pani Nadiu. Gdzie się pani tak dobrze nauczyła języka?
– W szkole uczyłam się po polsku jako nadobowiązkowego języka. Miałam też parę koleżanek Polek, to trochę z nimi rozmawiałam.
– A pani koleżanki tu zostały?
– Niektóre zostały, niektóre wyjechały.
–  A pani nie chciałaby pojechać do Polski?
– Chyba tak zobaczyć. Bo na stałe to nie. Pojechała jedna od nas i nie bardzo jest zadowolona. Za duże wymagania. Trzeba stale chodzić do fryzjera, manicure robić...
Cała ta rozmowa dolatywała do mnie tak jakby nie odbywała się tuż obok, a wydobywała się z radia, albo telewizora. Jak coś co nie na tyle mnie interesuje żeby się temu przysłuchiwać uważnie. Nie wiem co mną spowodowało, że przysunęłam się bliżej. Może nie chciałam zbytnio odstawać od reszty towarzystwa. Albo... czy ja wiem co? Rozmowa, która była dosyć ożywiona urwała się nagle i wszyscy się rozeszli. Zostałam sam na sam z przewodniczką i nie wiem czemu powiedziałam do niej cicho:
– Byłam tu już kiedyś. A pierwszy rok wojny spędziłam w Jazłowcu.
Przewodniczka zaczęła bardzo dokładnie oglądać marmurowy blat stolika, pochyliła się nad nim i powiedziała stłumionym głosem:
– Ja także jestem z Jazłowca.
Stało się coś dziwnego. Obie jakbyśmy przestraszyły się wypowiedzianych słów i zamarłyśmy w bezruchu, nie odważając się spojrzeć na siebie. Trwało to ułamek sekundy, po czym przewodniczka wstała energicznym ruchem od stolika i odeszła. Popatrzyłam za nią jak odchodziła. Że też wcześniej tego nie dostrzegłam! Trochę przygarbione plecy, ciężki chód i to spojrzenie, którym patrzyła nie patrząc. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że cały czas kiedy siedziałam samotnie obok stolika, to właśnie spojrzenie spoczywało na mnie uparcie. Chciałam zawołać:
– Nadia! Czy to ty?
Ale usłyszałam tylko trzaśnięcie zamykanych drzwi. Wybiegłam przed hotel, lecz nie było tam już nikogo.
Popołudniową wycieczkę prowadził mężczyzna o tubalnym głosie z silnym ruskim akcentem.
A ja cały czas myślałam: Nadia to była, czy nie Nadia? A może ona nie była pewna czy ja, to rzeczywiście ja, czy ktoś inny? I do dzisiejszego dnia, chociaż od tego spotkania upłynęło już wiele lat, nie umiem sobie odpowiedzieć na to pytanie.
Koniec