Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

NOWE KSIĄŻKI

• Młody historyk krakowski, dr Krzysztof Ślusarek wydał niezwykłą książkę: „Drobna szlachta w Galicji” (Księgarnia Akademicka, Kraków 1994). Jest to owoc paroletnich poszukiwań, które już wcześniej publikował fragmentarycznie, głównie w czasopiśmie „Studia Historyczne”. Ślusarek wyróżnia na terenie całej Małopolski cztery obszary zasiedzenia drobnej szlachty: skupisko sądeckie (sięgające na północy poza Tarnów i Bochnię), skupisko lwowskie oraz dwa wielkie rejony: podolski i podkarpacki – ten ostatni rozciągający się od ziemi sanockiej po granicę z Bukowiną. Autor omawia trzy kategorie drobnej szlachty: dominikalną, wolną i rustykalną, jej rozmieszczenie, strukturę, pozycję społeczną, a następnie, w układzie słownikowym, wymienia ponad 700 miejscowości (z czego większość w Małopolsce Wschodniej) i również setki nazwisk. Praca benedyktyńska, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę niełatwy dostęp do źródeł.

• Na wyższym szczeblu drabiny społecznej plasuje się sfera, która jest tłem arcyciekawych, 3-tomowych wspomnień profesora Stefana Świeżawskiego, wybitnego filozofa i historyka tej dyscypliny, którego niezwykle ciekawe życie los powiązał z trzema głównymi ośrodkami polskiej nauki i kultury. Świeżawski, rodem z północnych rubieży województwa lwowskiego, opisuje swoją karierę zawodową, rozpczętą studiami na Uniwersytecie Jana Kazimierza, środowiska naukowe paru epok i krajów, kręgi związane z Kościołem (od „Odrodzenia” we Lwowie, poprzez udział w Soborze Watykańskim II, aż po przyjaźń z Janem Pawłem II i wielkimi postaciami nauki i kultury katolickiej), wreszcie szeroko relacjonowane związki rodzinne i towarzyskie, ziemiańsko-inteligenckie oraz arystokratyczne (w które wszedł przez małżeństwo). Poszczególne tomy wspomnień Świeżawskiego noszą tytuły: „Wielki przełom. 1907–1945” (tu dominuje Lwów), „W Nowej rzeczywistości. 1945–1965” (głównie Kraków) oraz „Owoce życia. 1966–1988” (lata warszawskie). Całość wydała Redakcja Wydawnictw KUL. Lublin 1989–1993.

• Nazwisko Jan de Witte (1720–1785) znane jest co najmniej z dwóch całkiem różnych kart naszej historii. Niewiele wiadomo o jego pochodzeniu, wywodził się zapewne z rodziny holenderskiej, ale wychował się w Kamieńcu Podolskim i tamże w 17. roku życia wstąpił do korpusu artylerii konnej. Tam także odbył studia wojskowe, ze szczególnym uwzględnieniem sztuki fortyfikacyjnej i architektury, należy jednak – po owocach późniejszej twórczości – sądzić, iż nie były to jedyne jego studia w zakresie architektury i że pogłębił swoją wiedzę i umiejętności gdzieś za granicą. W 47. roku życia był już generałem artylerii, a w pięć lat później został dowódcą twierdzy kamienieckiej i tam odniósł wielkie zasługi dla obrony Rzeczypospolitej przed Turkami i Rosjanami. To jest pierwsza karta Jana de Witte.
Druga, to jego działalność architektoniczna i artystyczna. De Witte sporządził kilka wybitnych projektów (kościół Karmelitów w Berdyczowie, fasada katedry w Kamieńcu Podolskim, rozbudowa kościoła św. Marii Magdaleny we Lwowie, pałac w Równem i kilka innych), ale do historii architektury polskiej i europejskiej wszedł jako twórca wspaniałego kościoła Dominikanów (p.w. Bożego Ciała) we Lwowie.
O tym właśnie wątku działalności architekta traktuje książka p.t. Jan de Witte, pióra Zbigniewa Hornunga, nie żyjącego już profesora historii sztuki Uniwersytetu Wrocławskiego. Monografia, oparta na szerokim materiale porównawczym, bogato zilustrowana rysunkami i zdjęciami, została luksusowo wydana przez Instytut Sztuki PAN (Warszawa, 1995).
Nie od rzeczy będzie zacytować słowa Autora o architekcie i jego dziele:
(...) kościół lwowskich Dominikanów nie może być żadną miarą pominięty w łańcuchu rozwojowym architektury XVIII w. Jego twórca powinien znaleźć należne miejsce na kartach powszechnej historii sztuki jako jeden z czołowych mistrzów, którym przypadło w udziale wyciągnięcie ostatecznych konsekwencji z założeń stylowych rokoka w ukształtowanie fasady i owalnego wnętrza. Wytrzymuje on zwycięsko porównanie z najznakomitszymi architektami epoki (...)
Warto na koniec dodać, że Autor, prof. Zbigniew Hornung († 1981), urodzony we Lwowie, był bratem lekarza ftyzjatry, profesora Akademii Medycznej w Krakowie, Stanisława Hornunga. Obaj byli wychowankami Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie.

• Osobom interesującym się 10 narciarstwem (w jego przedwojennym, wschodniokarpackim wydaniu), 20 sportem szybowcowym i lotniczym, 30 bitwą o Anglię, 40 podróżami po świecie (Himalaje, Nowa Zelandia) i jeszcze paroma innymi tematami, opowiedzianymi z ogromnym talentem narracyjnym, pełnym barw, ale i refleksji (co rzadkie u inżynierów) – można polecić książkę napisaną przez Bolesława Jana Solaka, zmarłego niedawno w słynnym Aspen w Górach Skalistych (USA).
Dwaj bracia Solakowie (drugi – Jerzy – mieszka w San Francisco) urodzili się w Przecławiu (w środkowej Małopolsce, teraz wojew. tarnobrzeskie), potem mieszkali w Wyżnicy na Bukowinie (po jednej stronie Czeremoszu leżą Kuty, po drugiej Wyżnica), w końcu we Lwowie. Tam studiowali na Politechnice, jeździli na nartach w Czarnohorze i Gorganach, latali w Aeoroklubie Lwowskim na szybowcach i awionetkach. Wojna rzuciła ich do Anglii, wyprawiali się nad Niemcy w Dywizjonie 300. A po wojnie Ameryka. Parę dziesiątków lat przeminęło im na pracy, podróżach – i tęsknocie za Polską. To uczucie przebija przez całą piękną książkę, która nosi tytuł „Joga słońca” (wyd. Oficyna Wydawnicza „Ajaks”, Pruszków 1994).
Na marginiesie: czytałem list Jerzego Solaka, który z zawodu jest inżynierem-lądowcem, napisany przed kilku laty po pamiętnym trzęsieniu ziemi w San Francisco. Pan Jerzy opisuje tragiczne skutki tego kataklizmu i donosi z dumą, że pośród setek powalonych lub spękanych budowli, jego konstrukcje nie doznały szwanku. Chwałę za to przypisuje nie sobie, lecz uczelni, na której miał zaszczyt studiować. Polska nie leży na obszarze sejsmicznym, ale absolwenci Politechniki Lwowskiej potrafili się lepiej uporać z nieznanymi sobie wcześniej problemami, niż ich amerykańscy koledzy. Ładne, prawda?
Stefan S. Łukowski

• Czym byłby Kraków bez „Zielonego Balonika”? Trudno dziś wyrokować. Czy ten zaistniałby, gdyby nie „Cukiernia lwowska” przybyłego ze Lwowa Jana Apolinarego Michalika? Kto wie?! W roku ubiegłym minęła 100. rocznica założenia „Jamy Michalika”, może nie nazbyt hucznie obchodzona, jak na zasłużoną dla dziejów naszego miasta instytucję przystało. Obchody mają jednak to do siebie, iż są ulotne. Dobrze, jeśli jakiś skryba odnotuje w annałach, iż miały miejsce... Przeto z satysfakcją odnotować trzeba trwałą pamiątkę jaka pozostanie po tejże rocznicy. Oczywiście mam na myśli książkę „Jama Michalika. Przewodnik literacki.”, której autorem jest prof. Bolesław Faron. Głęboki ukłon należy się Oficynie Cracovia za piękną graficznie szatę i wyjątkową staranność edytorską przy tej – przecież szczególnej – książce.
Autor owego przewodnika nie skupia naszej uwagi tylko na „Zielonym baloniku” czy też dziejach obiektu kawiarnianego. Traktuje je bowiem jako zjawiska i to nie tylko w kontekście miejscowym ale i europejskim. Faron prowadzi czytelnika przez dzieje tej krakowskiej kawiarni aż po czasy nam współczesne, kiedy to Michalikowe tradycje usiłują od niedawna przecie odgrzać obecni właściciele „Jamy Michalika”, państwo Ewa i Stanisław Kulisiowie. Do lektury o takim miejscu zachęcać chyba nikogo nie trzeba.

• Do niedawna jeszcze niektórzy uczestnicy wydarzeń, jakie miały miejsce we Lwowie w czasie okupacji – sowieckiej i niemieckiej – ukrywali się nawet przed historykami, dokumentalistami, ludźmi pióra. Ilu z nich odeszło zabierając wiele bezcennych informacji na zawsze? Tylko cierpliwość, „aptekarska” wręcz skrupulatność i wiele szczęścia pozwoliły Stanisławowi M. Jankowskiemu zawrzeć na stronach książki „Kwadrans na Zamarstynowie” (Wydawnictwo Zakonu Pijarów, Kraków 1995) wiele cennych wspomnień uczestników konspiracji AK, fotografii żyjących i nieżyjących bohaterów tamtych wydarzeń. A cała książka, licząca bez mała 200 stron, napisana żywym, barwnym językiem, dotyczy zaledwie jednej tylko akcji na Zamarstynowie, przebieg której konspiracyjny Biuletyn Informacyjny Ziemi Czerwieńskiej streścił w dwóch zdaniach: Dnia 15.IV patrol Sił Zbrojnych dokonał napadu na klinikę zakaźną, gdzie byli umieszczeni więźniowie polityczni z więzienia przy ul. Łąckiego. Patrol uwolnił 16 więźniów, nie ponosząc żadnych strat.
Janusz M. Paluch